Na siedzibę wybrali biurowiec, w którym działał kiedyś Polbank, polski oddział greckiego Eurobanku EFG, zanim został przejęty przez Raiffeisena i po restrukturyzacji opuścił budynek przy Fabrycznej 5a. Urzędnicy Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) od razu zwrócili uwagę na adres, bo grecka inwestycja zapadła im w pamięć. Polbank był pierwszym bankiem, który wszedł na rynek detaliczny w Polsce na podstawie europejskiego paszportu: to glejt wystawiany przez macierzystego nadzorcę, uprawniający bank do świadczenia usług w każdym kraju UE bez ubiegania się o zgodę lokalnych strażników rynku finansowego. Grecki oddział Eurobanku napsuł KNF sporo krwi, bo rozwijał się bardzo szybko, pompując bilans w tempie niewidzianym wcześniej w sektorze finansowym. Problem polegał na tym, że Polbank podlegał nadzorcy w Atenach, a finansował się z depozytów na polskim rynku, których bezpieczeństwo jest jednym z głównych celów KNF.

Szybko jak chwilówka
Od czwartku lokaty zbiera Inbank, beniaminek polskiego sektora bankowego, który z paszportem wszedł do Polski na początku roku. W styczniu AS Inbank z Estonii zakończył postępowanie notyfikacyjne w KNF dotyczące otwarcia oddziału. Wywołał w urzędzie trochę zamieszania, bo minęło już kilka lat, od kiedy detaliczny bank zaczynał działalność na rynku finansowym, więc trzeba było odświeżać stare procedury i formularze. Ostatnim był cztery lata temu Vanquis Bank z grupy Provident Financial, ale nigdy nie zbierał depozytów.
- Zastanawialiśmy się nad wystąpieniem do KNF o objęcie ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ale uznaliśmy, że na obecnym etapie nie jest to konieczne, gdyż skala biznesu jest na razie niewielka. Poza tym działalność na podstawie paszportu nie zwalnia nas ze składania raportów w NBP o sytuacji płynnościowej banku – mówi Maciej Pieczkowski, dyrektor generalny oddziału Inbanku w Polsce.
Bank płaci nieźle za depozyty, więcej niż średnia rynkowa, ale też nie przepłaca.
- Nie możemy drogo płacić za finansowanie, gdyż udzielamy kredytów o umiarkowanym koszcie. Maksymalne RRSO wynosi 20 proc., a więc jest daleko niższe niż w firmach chwilówkowych, z którymi nie mamy nic wspólnego. Interesuje nas wyłącznie klient bankowy, nie pożyczamy osobom nadmiernie zadłużonym, bez zdolności kredytowej – deklaruje Maciej Pieczkowski.
Hurtowe finansowanie
AS Inbank wyrósł z rynku pożyczkowego. To bardzo młoda instytucja, z metryką z 2010 r., która na początku udzielała pożyczek on-line. Dwa lata temu dwaj założyciele biznesu wystąpili o licencję bankową i przekształcili firmę w bank. Choć to młody zawodnik, to obecnie kontroluje 25 proc. rynku kredytów gotówkowych w Estonii. Oczywiście rynek bankowy jest tam zupełnie inny niż nasz – niewielki, zdominowany przez oligopol trzech banków skandynawskich, ale udziały rynkowe sporo mówią o umiejętnościach i systemie IT Inbanku.
W Polsce tort jest bez porównania większy (roczna sprzedaż kredytów gotówkowych to 80 mld zł), ale bardzo konkurencyjny, bo walczą o niego banki, Provident oraz chwilówki, których jest na rynku przeszło 20. Inbank nie idzie na zderzenie czołowe, ale szuka dla siebie nisz. Ma dwa pomysły, jak się do nich dobrać. Pierwszym jest serwis B2C dla wyselekcjonowanej kategorii klientów.
- Banki zrezygnowały z kredytów na niewielkie kwoty, na krótkie okresy. Klienta zainteresowanego takim finansowaniem zagospodarowały firmy chwilówkowe, oferując drogi produkt. Chcemy przejąć ten rynek. Obserwujemy sektor on-line i niczego nikomu nie ujmując, mamy najlepszy system i ofertę, stanowiącą połączenie najlepszych cech chwilówki i kredytu bankowego – mówi Tomasz Rzeski, zastępca dyrektora oddziału.
Drugim patentem na podejście polskiego rynku pożyczkowego będzie usługa B2B2C. Inbank chce zostać dostawcą finansowania hurtowego dla detalicznych sieci sklepów i e-commerce, przedstawiając ofertę szybkich pożyczek, kredytów ratalnych dla klientów, których nie stać na wysupłanie całej kwoty na zakup towaru. W ten sposób finansowane mogą być też usługi, np. medyczne.
- Jest to rozwiązanie bardzo typowe dla rynku estońskiego. W Polsce sprzedaż ratalna to około 30 proc. kredytów konsumenckich. Uważamy, że mamy szansę wyróżnić się w tym segmencie dzięki unikatowym rozwiązaniom. Na pewno nie będziemy konkurować ceną – mówi Tomasz Rzeski.
Zysk za dwa lata
W perspektywie 3-5 lat ta linia biznesowa ma stanowić główne źródło przychodów banku. Na początek jednak pozycję i bilans będzie budować bazując na trzech produktach: depozytach, długoterminowych kredytach ratalnych na większe kwoty (do 50 tys. zł) i pożyczkach na kilka tysięcy złotych, spłacanych w kilka miesięcy. W ofercie nie będzie ani kont osobistych, ani kart debetowych czy kredytowych. W tym roku Inbank chce udzielić pożyczek i kredytów wartych 100 mln zł. To mniej więcej miesięczna sprzedaż średniej wielkości banku. Za dwa lata wolumen ma się potroić. Wtedy też oddział ma osiągnąć próg rentowności.
Strategia przewiduje działalność wyłącznie poprzez kanały cyfrowe. Maciej Pieczkowski mówi jednak, że jeśli znajdzie się pośrednik oferujący tylko kredyty bankowe i nie sprzedaje „lichwy”, rozważy nawiązanie z nim współpracy.
Choć Inbank pochodzi z zagranicy, to w pewnym sensie jest to estońsko-polska inwestycja, bo kluczowi menedżerowie oddziału są współakcjonariuszami spółki AS Inbank, notowanej na estońskiej giełdzie. W 2016 r. wypracowała ona 5 mln EUR na poziomie EBIT wobec 483 tys. EUR rok wcześniej. Aktywa banku podwoiły się z 42,3 mln EUR do 84,7 mln EUR.