Indeksy na giełdach światowych przygotowują się do korekty

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-08-26 00:00

Indeksy amerykańskie dotarły w bardzo niebezpieczne regiony grożące korektą, której sprzyjać będzie wydłużony weekend, obawy przed rocznicą zamachów i przed cykliczną dekoniunkturą.

Z Ameryki

Ubiegły tydzień był wyjątkowy: bez większych wpadek, jeśli chodzi o wyniki spółek (już po sezonie) i prawie bez danych makro. Amerykanie wykorzystali to skrupulatnie. W piątek doszły jednak kolejne skandale. Prokurator generalny stanu Nowy Jork rozpoczął postępowanie wyjaśniające dotyczące możliwych nacisków wywieranych przez Citigroup na ich analityka, żeby podniósł rekomendację dla AT&T kiedy bank sprzedawał akcje AT&T Wireless Services. Z kolei SEC bada, czy menedżerowie AOL Time Warner nie sprzedawali akcji, kiedy ogłaszali publicznie dobre prognozy zysków. Widać wyraźnie, że złożone niedawno przez szefów największych spółek podpisy pod deklaracją, że nic złego w ich firmach się nie dzieje, niczego nie załatwiają.

Powodem wzrostów były między innymi dobre wyniki i prognozy Lowe’s i Home Depot. Z tego wyciągano wnioski, że konsument amerykański nadal kupuje. Zapomniano dodać, co kupuje — wszystko, co związane jest z domami, bo trwa (jeszcze) hossa na tym rynku. Wnioski o niezłomnym konsumencie są więc z gruntu fałszywe. Potwierdzają to dane Instinet Redbook: sprzedaż detaliczna w kolejnych dwóch tygodniach sierpnia spadała.

Być może indeksom pomogło również, że prezydent George W. Bush zaczął mówić o nowej redukcji podatków, tym razem nakierowanej na rynek giełdowy. Wprowadzenie tych propozycji może kosztować budżet federalny więcej niż 15 mld USD rocznie. Jednocześnie prezydent twierdzi, że rosnący deficyt może być niebezpieczny dla gospodarki USA i zagroził, że ograniczy wydatki (oczywiście nie zbrojeniowe). Można zastanawiać się, czy ograniczenie wydatków w sferze budżetowej nie zmniejszy zaufania Amerykanów, zamiast je zwiększyć.

Ciekawie kształtuje się sytuacja widziana przez pryzmat międzyrynkowej analizy technicznej. Cena ropy naftowej utrzymuje się ciągle na wysokim poziomie — to wynik obaw o możliwy konflikt z Irakiem. Konflikt, którego nie chce również wielu prominentnych polityków w USA. Tyle, że prezydent Bush nie ma już wyboru. Za długo wymachiwał szabelką. Poza tym George W. Bush wyraźnie stwierdził, że nie naruszy rezerw strategicznych nawet jeśli cena ropy na stałe przekroczy 30 USD za baryłkę. Oczywiście musi mieć rezerwy na wypadek wojny. Arabowie nie muszą nawet ograniczać dostaw ropy, żeby zaszkodzić USA. Financial Times napisał, że już wycofali ze Stanów 100-200 mld USD (podobno ulokowane mają 400-600 mld USD). Liczby wydają się przesadzone, ale pozostaje faktem, że Arabowie, szczególnie z Arabii Saudyjskiej, lokowali poważne pieniądze w USA. Teraz czują się zagrożeni zarówno sprawdzaniem działalności ich przedsiębiorstw, jak i szczególnym nadzorem nad ich kontami.

Indeks CRB znowu zaczyna rosnąć tak jak i rentowność obligacji. Za wcześnie jeszcze na wnioski, ale jeśli taki trend się utrzyma to inflacja w końcu musi się pokazać, albo znacznie spadną zyski spółek. Nic dziwnego, że ostatnie wypowiedzi mających prawo głosu członków FOMC sugerują, że obniżki stóp może jednak nie być. Jeśli faktycznie uważają, że polityka monetarna działa bez zarzutu, drugie uderzenie recesji nie grozi, a rynek nieruchomości nie jest nadętym balonem spekulacyjnym, rzeczywiście nie ma sensu obniżać stóp. Tyle tylko, że według mnie się mylą.

Ciekawie podziałały te wypowiedzi na giełdę. Jak wszyscy pamiętamy, jednym z powodów wzrostu indeksów było przekonanie, że Fed stopy obniży, żeby obronić gospodarkę przed recesją. Sugestie, że tak nie będzie, też podziałały pozytywnie. Inwestorzy doszli do wniosku, że z gospodarką jest tak dobrze, że nie potrzeba obniżki stóp. Aberracja? Nie, po prostu taka faza rynku, że wszystkie informacje były interpretowane na korzyść byków.

Ten tydzień nadal będzie wolny od wyników i chyba jeszcze od ostrzeżeń spółek, ale dostaniemy sporo danych makro. Przede wszystkim, ponieważ tak dużo ostatnio o nim się mówi, ważne będą informacje z rynku nieruchomości, które potwierdzą, bądź zaprzeczą danym sprzed dwóch tygodni pokazującym, że rynek powoli stygnie. Spadek w sierpniu indeksu HMI podawanego przez National Association of Home Builders może pokazywać początek zmiany trendu. Samo mówienie, że być może istnieje balon spekulacyjny, będzie działało negatywnie na rynek. Znamienny jest sondaż telewizji CNBC, w którym na pytanie „czy myślisz, że balon na rynku nieruchomości za chwilę pęknie” twierdząco odpowiedziało 60 proc. respondentów.

Poza tym dowiemy się jakie były zamówienia na dobra trwałego użytku, jaki był indeks zaufania konsumentów, przychody i wydatki Amerykanów, co pokazuje następne przybliżenie PKB oraz jak rozwijała się gospodarka w rejonie Chicago. Prognozy są umiarkowanie pozytywne. Po ostatnich wzrostach każdy zawód będzie srogo ukarany.

Indeksy amerykańskie dotarły w bardzo niebezpieczne regiony. S&P 500 doszedł do linii szyi 5-letniej formacji RGR (965 pkt) i mocno się odbił. Nasdaq jest blisko linii trendu spadkowego i też mocno się odbił. Pewne jest jedno — wzrosty w ciągu ostatnich 3 tygodni były bardzo duże (20 proc. na S&P 500). Rynek jest wykupiony, a gracze zaczęli brać nawet akcje spółek z trzeciej ligi. To wszystko sugeruje korektę, której początek mieliśmy w piątek. Mamy ciągle ten sam problem — za dużo byków. W tej chwili ze świecą można szukać analityka, który nie mówiłby, że lipcowe minima to nie było TO dno, kończące 3-letnią bessę. Najbardziej pesymistycznie mówią, że w okresie wrzesień — październik może nastąpić ponowny test tych minimów. Najbardziej optymistyczni — ogłasza to również telewizja CNBC — wieszczą nowy rynek byka i wielką hossę. Kolejny raz pytam: czy tak się kończą wielkie rynki niedźwiedzia? Czy nie powinno być tak, że olbrzymia większość widzi już tylko spadki i beznadzieję? Naprawdę nie widziałem jeszcze wielkiej hossy, której początek ogłasza telewizja.

Z Polski

Znudzeni inwestorzy mieli na naszym rynku jeden dzień emocji. W środę wreszcie nastąpiła sesja, której od długiego czasu można się było spodziewać. Nasz rynek — jak zawsze twierdzę — ma niezwykle spóźniony zapłon, ale jak już wystartuje...

Oczywiście można doszukiwać się tego, że dane o dynamice produkcji wyzwoliły ten entuzjazm, ale to według mnie był jedynie pretekst. Musieliśmy wcześniej czy później pójść za rynkami zagranicznymi. Szkoda tylko, że tak późno. Warto jednak zauważyć, że tę euforię wywołał duży popyt na znacznie przeceniony PKN Orlen, za nim podążał odbijający sektor bankowy, a sektor TMT dołączył w końcówce sesji i bardzo niechętnie. Nie było to bardzo przekonujące zachowanie rynku. Natychmiast powstało podstawowe pytanie: czy to nasze fundusze wywołały ten wzrost, czy zagraniczny kapitał spekulacyjny? Jeśli nasze fundusze, to nie można wykluczyć, że będzie to wyskok taki jak pułapka z 16 maja (wtedy pierwsze skrzypce grała TP SA, teraz PKN Orlen). Jeśli zaś zagraniczny kapitał spekulacyjny, to wzrosty będą trwały, a korekty będą się odbywały w trakcie sesji.

Czwartek i piątek przekonały mnie, że środowy atak to nie dzieło zagranicznego kapitału spekulacyjnego. Wróciliśmy do marazmu i małych obrotów, tak typowych dla naszego rynku przed tym jednodniowym wzrostem. Być może w środę zakupy robił jakiś fundusz nastawiony na dłuższy czas (wejście do UE?), a podłączyły się nasze OFE. Z jednej strony to lepiej, bo kapitał spekulacyjny może jeszcze nadejść. Z drugiej gorzej, bo czasu do poważnej korekty na świecie zostało mało, a nasze OFE nie bardzo mają kapitał, żeby prowadzić rynek w górę.

Mieliśmy w zeszłym tygodniu dobre dane makro i czekamy na podobne w nadchodzącym. Produkcja przemysłowa rzeczywiście wzrosła znacznie. Jednak te dane wcale nie są jednoznaczne. W odniesieniu do czerwca produkcja wygląda wręcz źle. W czerwcu mieliśmy 3 dni pracy mniej (15 proc.) a produkcja wzrosła tylko o 2,9 proc. Owszem trzeba brać pod uwagę, że lipiec to wakacje, ale nie można powiedzieć, że dane świadczą o znacznym ożywieniu. Podobnie wzrosła (nawet więcej) sprzedaż detaliczna, co potwierdzałoby, że lekkie ożywienie nadchodzi. Jednak daleko do twierdzenia, że to trwała tendencja.

Rozumiem jednak polityków — choćby wicepremiera Grzegorza Kołodkę — i członków RPP — np. Dariusza Rosatiego — którzy mówią, że te dane to początek trwałego ożywienia gospodarki. Samo mówienie o tym poprawia nastroje, a to powoduje ożywienie na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Myślę jednak, że obaj panowie są profesjonalistami i wiedzą, że jeśli USA wejdzie w drugą recesję, to Euroland podąży ich śladem, a nasze ożywienie skończy się tak szybko jak się zaczęło.

Pod koniec tygodnia zostaną podane wyniki handlu zagranicznego. Jeśli rosła produkcja, to musiał wzrastać eksport, bo przecież nie popyt wewnętrzny. Należy oczekiwać, że deficyt będzie bardzo dobry. Czy to coś pomoże giełdzie? Wątpię.

W środę dowiemy się, jakie decyzje podejmie RPP. Uważam, że pewne jest obniżenie stóp. Znając podejście rady, niestety, nie można oczekiwać czegoś odważnego. Obniżka o 100 pkt jest więc niemożliwa. O 25 pkt jest niepoważna. RPP obniży stopy o 50 pkt i zachowa nieśmiertelne, neutralne nastawienie. Wpływ na giełdę będzie tylko wtedy, jeśli obniżka zbiegnie się z dobrą atmosferą na rynkach zagranicznych.

W analizie technicznej sytuacja wygląda interesująco. Indeks cenowy ma jeszcze około 10 proc. do ważnego oporu. WIG pokonał opór na poziomie 13100 pkt i prawie zaliczył minimalny poziom prognozowany 13600 pkt. Pokonanie go otworzyłoby drogę do obszaru 14000-14200 pkt. Jednak zejście poniżej 13100 pkt będzie sygnałem, że wybicie było jedynie pułapką. WIG 20 zachowuje się bardzo podobnie — przełamanie 1150 pkt otworzyłoby drogę do 1200-1220 pkt, a powrót pod 1100 pkt sygnalizowałby pułapkę.

Analiza techniczna — bo fundamentalnie podstaw do wzrostu nie ma — sygnalizuje, że na WIG 20 wzrost powinien sięgnąć przynajmniej 1135 pkt. Jeśli weźmie się jednak pod uwagę długość okresu konsolidacji, to ten poziom wydaje się za mały. W tej sytuacji mamy problem — jeśli rynki światowe wejdą w korektę, mało prawdopodobne, żeby nasz szedł w przeciwnym kierunku. Rozwiązanie wydaje się proste. Albo nie będzie wyraźnej korekty na świecie (np. trend boczny) i wtedy nasz rynek będzie powoli rósł, albo taka korekta będzie, a wtedy wybicie okaże się jedynie pułapką, taką jak to z 16 maja, i WIG 20 wróci poniżej 1100 pkt.