Na Wall Street trwa koronawirusowa hossa. Pół roku temu giełdowe indeksy ustanowiły dno błyskawicznej covidowej bessy, po czym dziarsko ruszyły w górę. Po okresie zawahania, w czerwcu indeks S&P500 wznowił ruch w górę, w końcówce sierpnia ustanawiając nowe rekordy wszech czasów. Przez trzy miesiące indeks ten urósł o 18 proc. i pomimo wrześniowej korekty wciąż znajduje się na poziomach zbliżonych do szczytu ustanowionego tuż przed wybuchem pandemii.

Wysokie oczekiwania
Oznacza to, że w wycenach akcji inwestorzy zdążyli zdyskontować oczekiwaną poprawę wyników spółek po fatalnym drugim kwartale. Największe nadzieje wiązane są ze spółkami technologicznymi. Ta piątka (albo według niektórych szóstka) technologicznych gigantów od kwietnia prawie samodzielnie ciągnie w górę amerykańskie indeksy. To właśnie wzrost cen modnych wśród inwestorów akcji FANGMAN sprawił, że na początku września Nasdaq po raz pierwszy w historii osiągnął wartość 12 tys. pkt.
Pomimo wrześniowej korekty oczekiwania inwestorów wciąż trudno uznać za niskie. Na przykład Apple wyceniany jest na 35-krotność zysków za ostatnie cztery kwartały. Podobnie jak Microsoft (36-krotność), Alphabet (33-krotność) czy Facebook (31-krotność). O Amazonie wycenianym na 122-krotność zaraportowanych zysków nawet nie wspominając. Tak wysokie mnożniki cena/zysk świadczą o tym, że rynek spodziewa się przynajmniej 20-30-procentowego wzrostu zysku na akcję (EPS) w nadchodzących kwartałach.
Czego oczekują analitycy?
Wydaje się więc, że oczekiwania inwestorów są bardziej optymistyczne od prognoz analityków. Te ostatnie zresztą są regularnie niedoszacowywane. Tak aby spółki mogły gremialnie „pozytywnie zaskoczyć” i pobić rynkowy konsensus. Niemniej jednak na pierwszy rzut oka trudno o entuzjazm. Szacunki analityków z Wall Street zakładają, że w trzecim kwartale 2020 r. zyski spółek przypadające na indeks S&P500 (EPS) były o 21,8 proc. niższe niż rok wcześniej — wynika z obliczeń FactSet. Jeśli te przewidywania się potwierdzą, będzie to drugi najgłębszy spadek EPS-u od 2009 r.
W II kw. 2020 r. zyski 500 największych amerykańskich spółek stopniały aż o 37 proc. r/r. Jednakże jeśli spojrzymy na liczby bezwzględne, to sytuacja wygląda zgoła inaczej. Nawet EPS o jedną piątą niższy od zeszłorocznego byłby o jedną czwartą wyższy od tego z poprzedniego kwartału. Co więcej, w następnych kwartałach analitycy widzą EPS dla indeksu S&P500na stromej ścieżce wzrostowej. I choć poziom zysków amerykańskich spółek ma powrócić do stanu sprzed koronakryzysu dopiero w połowie 2021 r., to dla inwestorów oznacza to tylko jedno: będzie lepiej. A skoro rynek finansowy wycenia przyszłość, to hossa z poprzedniego półrocza wydaje się mieć uzasadnienie.
O ile jednak kierunek może być słuszny, o tyle tempo jest już dyskusyjne. Nawet jeśli giełdowe spółki spełnią oczekiwania analityków, to w dalszym ciągu inwestorzy płacą ponad 21 USD za jednego dolara przyszłego zysku wypracowanego przez następne cztery kwartały. To wyceny bardzo hojne, znacznie powyżej średniej z ostatnich 10 lat (wynoszącej 15,4) i jedne z najwyższych od czasów pęknięcia bańki internetowej 20 lat temu. Aż strach pomyśleć, do jakiej przeceny akcji może dojść, jeśli amerykańskie spółki nie pokażą czegoś „esktra”. Czegoś, co pozwoliłoby uwierzyć, że i tak już stroma ścieżka EPS-ów stanie się jeszcze bardziej nachylona. W tym kontekście nawet ważniejsze od samych liczb za kwartał trzeci może okazać się to, co zarządy spółek będą prognozowały na czwarty oraz na początek 2021 r.
Kryzys nie uderza tak samo
Nie jest tajemną wiedzą to, że koronakryzys uderzył w gospodarkę w bardzo nierównomierny sposób. Na wiosennych lockdownach nie ucierpiał sektor medyczny, technologiczny oraz spółki użyteczności publicznej (elektrownie, wodociągi, gazownie etc.). Według danych FactSet w tych sektorach można spodziewać się utrzymania zysków na poziomach tylko nieznacznie (o 1-3 proc.) niższych niż przed rokiem. Nie najgorzej powinny się też spisywać spółki dostarczające podstawowych dóbr konsumenckich czy działających w nieruchomościach. Tu roczna dynamika EPS-u szacowana jest odpowiednio na -6,6 proc. i -8,3 proc. Wynikowa katastrofa utrzyma się za to w sektorach stricte cyklicznych. Czyli takich, gdzie wyniki finansowe są silnie uzależnione od koniunktury w gospodarce. Rynkowy konsens zakłada, że w trzecim kwartale wyniki sektora finansowego były o prawie jedną czwartą niższe niż przed rokiem. Banki zmagają się z powrotem zerowych stóp procentowych, spłaszczoną krzywą rentowności i z potężnymi rezerwami na spodziewaną falę niespłacanych kredytów.
Ponieważ życie codzienne w wielu stanach Ameryki wciąż nie wróciło do normy, to cienko przędą spółki dostarczające dóbr konsumpcyjnych wyższego rzędu — tu oczekiwany jest spadek zysków o 41 proc. Prawie na całym świecie biznes tnie inwestycje, więc problemy mają spółki przemysłowe — analitycy oczekują spadku EPS-u w tym sektorze aż o 61 proc. Najgorzej ma jednak sektor energetyczny, w Nowym Jorku reprezentowany głównie przez firmy naftowe i gazowe. Stosunkowo niskie ceny ropy naftowej i gazu ziemnego w połączeniu z wciąż stłumionym popytem sprawiły, że analitycy oczekują, iż cały sektor wygeneruje stratę netto (czyli EPS spadnie o 108 proc. r/r).
Wyniki w cieniu polityki
Sezon wynikowy za Atlantykiem startuje już w następny wtorek, 13 października. Tradycyjnie otwierają go największe banki: Citigroup i JP Morgan Chase, a dzień później Bank of America i Wells Fargo. Jednakże prawdziwy wysyp korporacyjnych raportów nastąpi w ostatniej dekadzie października i w pierwszych dniach listopada. Zbiegnie się to w czasie z wyborami w Stanach Zjednoczonych. 3 listopada Amerykanie wybiorą prezydenta, a także nowych kongresmenów i 35 senatorów. Może się okazać, że wydarzenia polityczne w mediach przykryją wynikowe. Ale na koniec wybory wśród inwestorów niemal zawsze wygrywa Mr. EPS.