Stany Zjednoczone są dla Polski 16. co do wielkości partnerem w eksporcie i 10. w imporcie. My natomiast klasyfikowani jesteśmy przez Amerykanów na 56. miejscu w eksporcie oraz na 62. w ich imporcie. Deficyt handlowy Polski w obrotach dwustronnych jest zjawiskiem trwałym i w roku 2005 przekroczył 0,5 mld USD.
Przypomnienie tych elementarnych danych gospodarczych sprowadza do właściwego wymiaru dzisiejszą roboczą wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego u prezydenta George’a W. Busha. Sam deficyt handlowy można by sobie darować — przecież dużo większe notujemy w Europie — ale dysproporcja w hierarchii partnerstwa wciąż jest ogromna. O ile z polskiego punktu widzenia rozmowa obu głów państw w Gabinecie Owalnym zawsze stanowi Wydarzenie, o tyle dla gospodarzy jest zaledwie pozycją w codziennym grafiku Białego Domu. Nieco się to zmieniło w związku z militarnym partnerstwem polsko-amerykańskim w Iraku, ale nie w takim stopniu, jakiego naiwnie spodziewał się Aleksander Kwaśniewski i na jaki równie idealistycznie liczy jego następca.
Nie uwzględniając specyficznego wyjazdu do Watykanu, wyprawa do USA jest właściwie pierwszym kontaktem zagranicznym nowego prezydenta RP. Lechowi Kaczyńskiemu do republikańskiego George’a W. Busha jest ideowo blisko, podobnie jak naturalnym partnerem Aleksandra Kwaśniewskiego był demokratyczny Bill Clinton. Dokonaliśmy graficznego zestawienia wyników ostatnich wyborów — obu konserwatywnych prezydentów wybrała „prawdziwa” Polska oraz „prawdziwa” Ameryka, a liberalne stolice musiały przełknąć gorzką pigułkę. Największa rozbieżność w elektoratach prezydentów dotyczy postawy biznesu — amerykański bezwzględnie stawia na Busha, obniżającego podatki, chroniącego trucicieli przed kosztami ochrony środowiska, etc., nasz natomiast trzyma się od Kaczyńskiego jak najdalej, notabene z wzajemnością.
Przedsiębiorcy na całym świecie akcentują, że najważniejszym czynnikiem decydującym o biznesowym klimacie jest stabilność przepisów oraz przewidywalność polityków. Niestety, właśnie w tym kontekście zestawienie Polski z USA jawi się niczym porównanie padołu z niebiosami: w stabilnej Ameryce przy konstytucji ostatni raz grzebano, wnosząc XXVI poprawkę (dotyczącą praw wyborczych osiemnastolatków), w roku 1971; termin wyborów w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada jest po prostu świętością; potężny prezydent nawet nie śmie pomarzyć o rozwiązywaniu Kongresu, bo... nie ma takich uprawnień; projekt budżetu na rok zaczynający się dopiero 1 października został w miniony poniedziałek wniesiony do Kongresu — z gigantycznym deficytem, ale już wniesiony.
Podkreślając wartości, które mają nieocenione znaczenie dla amerykańskiego optymizmu oraz psychicznej podbudowy wszelkiej aktywności, zwłaszcza biznesowej, nie popadajmy oczywiście w jakiś fetyszyzm. Ostatnie lata obfitowały przecież w Ameryce w gigantyczne afery, związane z kreatywną księgowością, kolejni prezydenci są bliscy procedury zdjęcia ich z urzędu (Clintona pamiętamy, Bush też ma kłopoty), etc. Jednak zauważmy, że nawet gdy bohaterem sensacyjnego filmu jest urzędujący w Białym Domu drań, to w końcowym kadrze i tak musi pojawić się iluminowany Monument Waszyngtona — i od razu robi się lepiej. Wczoraj właśnie pod nim przyszła mi do głowy refleksja, że my takiej opoki nie mamy...