Jabłkowa klęska urodzaju

Idziemy na rekord. Tylko po co — pytają jedni. Nadpodaż uratują Chińczycy — dodają inni. Jest jednak kilka „ale”

Od klęski nieurodzaju do klęski urodzaju. Pierwsza — jeszcze trwa, druga — się zbliża. Kończący się latem sezon miał być dla jabłek największą katastrofą od kilkudziesięciu lat z powodu ogromnych strat w sadach, wskutek mrozów i przymrozków. W sumie nie był jednak taki zły, bo niższa podaż wywindowała ceny, więc kto miał towar — ten zarobił. Słabiej owocujące sady natomiast zebrały siły na nowy sezon.

Sadownicy
ćwiczą prawo popytu i podaży. W mijającym powoli sezonie górował popyt, w
nadchodzącym — będzie to prawdopodobnie podaż. Przyznają, że rozdrobienie
sprawia, że branża nie do końca ma właściwe odmiany i odpowiednie wolumeny.
Wyświetl galerię [1/2]

MIKROEKONOMIA:

Sadownicy ćwiczą prawo popytu i podaży. W mijającym powoli sezonie górował popyt, w nadchodzącym — będzie to prawdopodobnie podaż. Przyznają, że rozdrobienie sprawia, że branża nie do końca ma właściwe odmiany i odpowiednie wolumeny. Fot. Fotolia

— Należy obawiać się klęski urodzaju. Na razie pogoda sprzyja jabłkom — mówi Hubert Woźniak, prezes Grupy Producentów Owoców Rajpol.

— Wiele wskazuje na to, że polscy sadownicy idą w tym roku na rekord, jeśli nic się nie stanie po drodze, jak np. fala mrozów czy seria gradobić. Oczywiście bardzo duży urodzaj oznacza, że owoce mogą być wyjątkowo tanie, a koszty produkcji nie zostaną zrekompensowane — dodaje Michał Lachowicz, szef La-Sadu.

Stanisław Mączewski z Gospodarstwa Sadowniczego uważa, że będzie to rok prawdy.

— Sprzedadzą się tylko jabłka najwyższej jakości, a niektórzy sadownicy mogą podzielić los producentów porzeczek [którzy od lat mają ogromny problem ze zbytem i bardzo niskimi cenami — red.]. Pozwoli to branży być może przemyśleć, co i w jakich ilościach sadzić, bo produkcja na granicy sprzedawalności nie ma biznesowego sensu — mówi Stanisław Mączewski.

Gromadzenie zapasów

Nasze roczne zbiory jabłek to — według różnych szacunków — około 3-4 mln ton, z czego połowa to jabłka deserowe, reszta trafia do przemysłu. W tym sezonie niektórzy sadownicy przebąkują o produkcji nawet o 20 proc. wyższej niż w „normalnym” roku, tzn. takim bez solidnych przymrozków czy gradu.

— Przy rosyjskim embargu trudno będzie sprzedać zwiększony wolumen owoców. Dużo zależy też od tego, jak zachowa się przemysł — ile i po jakich stawkach skupi jabłka, tzn. czy nie będzie chciał wykorzystać tej sytuacji — mówi Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Zdaniem Michała Lachowicza, z powodu słabych zbiorów z trwającego wciąż sezonu nie ma zapasów soków i koncentratu jabłkowego.

— W nadchodzącym sezonie będzie więc czym zasypać tę dziurę. To też powinno pozwolić ściągnąć trochę dodatkowych owoców z rynku i być może podratować opłacalność produkcji jabłek — twierdzi szef La-Sadu.

Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, wskazuje też na sygnały o gorszej produkcji w Chinach, czyli u największego producenta jabłek na świecie.

— Jeśli te doniesienia się potwierdzą, może to być jakaś szansa na zwiększenie naszego eksportu — jabłek i koncentratu. Jednak nie wiemy, czy uzyskane na dwa lata dopuszczenie naszych jabłek na tamten rynek zostanie przedłużone. Chińczycy mają wymogi trudne do spełnienia i wielu producentów nie jest zainteresowanych sprzedażą w tym kierunku — mówi Witold Boguta.

— Nawet jeśli nie jabłka deserowe, to cena koncentratu — jako produktu globalnego — dzięki ograniczonej chińskiej produkcji, może być korzystna — dodaje Michał Lachowicz.

Podaż a popyt

Według Witolda Boguty, z doniesień z europejskich rynków wynika, że cały kontynent będzie miał wysokie zbiory, a koszty produkcji rosną.

— Zwiększającą się ilość jabłek musi ktoś zebrać. Nasadzenia rokrocznie się powiększają, ale siła robocza nie, co może znacząco utrudnić zbiory. Pracowników jest mało, żądają coraz wyższych stawek, więc spada opłacalność — twierdzi Stanisław Mączewski.

Widzi jednak w sektorze kilka nisz, w których ceny są satysfakcjonujące dla sadowników.

— To certyfikowana produkcja ekologiczna czy oferowanie owoców bez takiego certyfikatu, ale pozbawionych chemicznych pozostałości. Na tego typu produkty jest duży popyt na rynkach zachodnich, a odbiorcy są gotowi dobrze za nie zapłacić — mówi Stanisław Mączewski.

Jego zdaniem, jabłkowa górka może branżę czegoś nauczyć.

— Niektórzy sadzą wszędzie i każdą liczbę drzewek, nie zadając sobie pytania: ile i czego mogą sprzedać. To kwestia doboru odmian i zaproponowania owocu odpowiedniej jakości — nie takiego, jak i umiemy czy chcemy produkować, ale takiego, jakiego oczekują odbiorcy. Odnawianie sadów bez przemyślenia tej kwestii prowadzi wprawdzie do rekordów produkcyjnych, ale czyni też część tej produkcji niedochodową. Przecież odbiorcy, tak krajowi, jak zagraniczni, też wiedzą, ile mniej więcej będzie owoców na rynku, i na takiej nadpodaży korzystają — uważa Stanisław Mączewski.

Podkreśla, że taka sytuacja wynika m.in. z rozdrobnienia branży i konkurencji polsko-polskiej.

— Nawet duże jednostki nie mają mocnej pozycji negocjacyjnej. Wiedzą, tak jak ich kontrahenci, że jak wypadną z kontraktu, to czterech kolejnych czeka na to miejsce — dodaje Stanisław Mączewski. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Handel / Jabłkowa klęska urodzaju