Jan Mroczka wkręcił się w przekładnię

opublikowano: 04-11-2018, 22:00

Przedsiębiorca z branży deweloperskiej od ponad dekady jest zaangażowany w budowę przekładni na którą naukowcy kręcą nosem

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

  • dlaczego znany inwestor zaangażował się w prace nad wynalazkiem
  • jak to rozwiązanie przyjmuje świat nauki

Zasada jest prosta — nie da się zrobić czegoś z niczego. Wielu jednak próbuje. — To zaczęło się dla mnie ze 12 lat temu. Mój przyjaciel Marek przyszedł do mnie z urządzeniem, które zrobił w piwnicy jego znajomy Jurek. Obejrzałem, posłuchałem i powiedziałem: Okej, wchodzę w to — opowiada Jan Mroczka.

LATA PRACY:
LATA PRACY:
Marek Terelak (z lewej) zaangażowany jest w prace nad skonstruowaną przez Jerzego Żbikowskiego przekładnią od półtorej dekady, a 12 lat temu pozyskał wsparcie przedsiębiorcy i inwestora Jana Mroczki (z prawej). Wynalazcy dysponują patentami i twierdzą, że przekładnia ma sprawność większą niż 100 proc. Eksperci mówią: niemożliwe.
Fot. GK

Jan Mroczka to przedsiębiorca i inwestor, prezes i główny akcjonariusz deweloperskiego Rank Progressu. Jurek to Jerzy Żbikowski, wynalazca amator z Zielonej Góry. Urządzenie, które zrobił w piwnicy, to przekładnia, mająca zrównywać prędkości obrotowe kół o różnych promieniach. A „to” — to historia marzenia, które pochłonęło kilka osób na kilkanaście lat.

„To jest nieprawdopodobne, ale to nie abstrakcja”* Większe i mniejsze koło otoczone łańcuchem z dziwnymi zębami, zahaczającym o największe koło numer trzy. Nie wygląda to jak zaawansowana technologia, raczej jak coś, co zapaleniec przygotował w warsztacie po godzinach.

— Konstrukcja przekładni jest nowatorska i nad jej udoskonaleniem pracujemy od lat. Jej fundamentem jest zrównanie prędkości obrotowych kół o różnych promieniach. To daje efekty, które są, delikatnie mówiąc, niespodziewane. Przekładnia jest już opatentowana w Unii Europejskiej, USA, Chinach i Indiach — mówi Marek Terelak.

Marek Terelak to współtwórca wynalazku. Razem z Jerzym Żbikowskim i trzema innymi osobami — wśród nich Janem Mroczką — ma prawa do patentów. Na jego wizytówce widnieje stanowisko „pełnomocnika zarządu” w Rank Progressie. Podczas prezentacji przekładni w redakcji „Pulsu Biznesu” na początku koncentruje się na prędkościach i momentach obrotowych, ale po chwili przechodzi do głównego punktu programu, czyli tego, co — jego zdaniem — z tego wszystkiego wynika.

— W pewnych zakresach przekładnia wykazuje sprawność powyżej 100 proc. Gdy o tym mówimy, większość ośrodków badawczych, w których chcemy przeprowadzać testy, natychmiast przerywa rozmowy — mówi Marek Terelak.

„Albo się wierzy, albo nie”

W tym miejscu wszystkim czytelnikom, którym z głowy wyleciały podstawowe wiadomości z fizyki, należy się małe wyjaśnienie. Sprawność powyżej 100 proc. na gruncie zasad fizyki nie jest możliwa do osiągnięcia. Kłania się zasada zachowania energii — żadna maszyna nie może wyprodukować więcej energii, niż użyto do jej napędzenia.

— Zasada zachowania energii to aksjomat: albo się w nią wierzy, albo nie. Co jakiś czas w różnych miejscach pojawiają się „niewierzący”, których rozwiązania miałyby tej zasadzie przeczyć, ale nikt nigdy takich tez nie udowodnił. Energii nie da się stworzyć, sprawność przetwarzania energii powyżej 100 proc. jest niemożliwa do osiągnięcia i nie ma co na ten temat dyskutować — mówi dr hab. inż. Wiesław Grzesikiewicz.

Wiesław Grzesikiewicz, emerytowany profesor Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej, to jedna z osób, z którymi konsultowaliśmy sprawę przekładni. W przeszłości zajmował się m.in. oceną wynalazków Lucjana Łągiewki, zmarłego w ubiegłym roku twórcy zderzaka, którego konstrukcja — zdaniem konstruktora — miała przeczyć prawom mechaniki Newtona. W ciągu ostatnich dwóch dekad o wynalazku tym kilka razy robiło się głośno w ogólnopolskich mediach, ale do tej pory nikt nie udowodnił stawianych przez autora wynalazku tez naukowych.

— Nie mam uwag do konstrukcji przekładni, podobnie jak nie miałem ich przy zderzaku Łągiewki. Konstrukcja przekładni jest nietypowa i pobieżna analiza wskazuje, że straty energii ze względu na kształt zazębienia powinny być większe. Każdy może jednak konstruować takie przekładnie, jakie chce. Odrębną sprawą jest to, czy przekładnia może robić to, co według jej twórców robi, czyli przetwarzać energię ze sprawnością powyżej 100 proc. Na gruncie fizyki jest to niemożliwe — mówi Wiesław Grzesikiewicz.

Teoretyczna niemożliwość stworzenia maszyny wytwarzającej więcej energii, niż użyto do jej napędzenia, nie oznacza, że nikt nie próbował takiej maszyny stworzyć. Przeciwnie, od setek lat próbowało wielu — perpetuum mobile było obsesją wynalazców od średniowiecza do czasów nowożytnych.

„Trzeba mieć p***a, żeby to ciągnąć”

Twórcy przekładni są przekonani, że dokonali przełomu, na który świat powinien się przygotować.

— Doszliśmy do wniosku, że to już ten moment, gdy sprawę przekładni warto nagłośnić. Zaczęliśmy kontaktować się z dużymi firmami przemysłowymi i producentami samochodów, szukamy kogoś, kto mógłby wdrożyć przekładnię w praktyce — mówi Jan Mroczka.

Marek Terelak w sprawę przekładni jest zaangażowany od blisko 15 lat. Dzięki finansowemu wsparciu Jana Mroczki wynalazek został opatentowany już pół dekady temu. We wniosku patentowym nie ma jednak ani słowa o sprawności przekraczającej 100 proc. — jest tylko o tym, że przekładnia pozwala na uzyskanie tych samych prędkości obrotowych w przypadku dwóch kół o różnych promieniach.

— Koszty uzyskania patentów były niemałe, a we wnioskach skupiliśmy się na prędkościach kątowych, nie na tym, co w wynalazku jest najważniejsze, czyli na sprawności powyżej 100 proc. W każdej procedurze patentowej na pierwszym etapie nas odrzucano, więc musieliśmy się odwoływać i udowadniać, że przekładnia jest innowacyjna, możliwa do wykonania i wdrożenia. W każdym przypadku udało się to udowodnić, patent przyznano, a — nim wygaśnie — będzie można zapewnić wynalazkowi ochronę na kolejne lata, zgłaszając jego kolejne właściwości — mówi Marek Terelak. Wynalazcy twierdzą, że przekładnia może znaleźć bardzo szerokie zastosowanie w przemyśle.

— Nie zamierzamy nikomu sprzedawać praw do wynalazku, a jedynie licencjonować wykorzystanie przekładni. Naturalnymi partnerami są koncerny samochodowe czy firmy energetyczne — mówi Marek Terelak.

„No k***a, działa?”

Kluczową kwestią w sprawie przekładni jest to, czy naprawdę działa i robi to, co — według jej twórców — ma robić. Nie udowodniono tego przy pomocy żadnych niezależnych badań.

— Przez te lata próbowaliśmy zbadać przekładnię w wielu miejscach, w tym na kilku politechnikach. Albo nam odmawiano od razu, albo po wstępnym badaniu odstępowano od dalszych prac i nie udostępniano nam oficjalnie wyników. Po prostu nikt nie chce podpisać się pod badaniami wykazującymi sprawność większą niż 100 proc. — tłumaczy Marek Terelak.

Wynalazcy demonstrowali działanie przekładni i jej efektywność w redakcji „Pulsu Biznesu” przy pomocy ciężarka, podwieszanego na kołach przekładni.

— Ten eksperyment niczego nie udowadnia i jest metodologicznie błędny. By udowodnić taką tezę, trzeba mierzyć jednocześnie prędkość i moment obrotowy. Tu dokonuje się pomiaru w statycznym układzie, co jest bez sensu — słyszymy od jednego z naukowców, z którymi się konsultowaliśmy. Twórcy przekładni krytyką się nie przejmują.

— Mamy urządzenie, które wytwarza więcej energii, niż samo pobiera. Tak, na pierwszy rzut oka zaprzecza to prawom fizyki, ale — powiem prowokacyjnie — co mnie obchodzi, dlaczego to działa? Efekt jest, jaki jest. Jeśli ktoś chce go zakwestionować, to zapraszam do przebadania przekładni — mówi Marek Terelak.

*wszystkie śródtytuły to nieautoryzowane cytaty z wypowiedzi bohaterów artykułu

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane