Jego mośc i jegomość

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2014-08-29 00:00

AUTOPORTRET: Ruszyłem fotel króla. Tron znaczy. Źle się to skończyło — w serwisie. Na szczęście król ma poczucie humoru, a Mercedes wyrozumiałych pracowników.

Przebywanie wśród wysoko urodzonych to ryzyko. Bez doświadczenia i dyplomu z kindersztuby o wpadkę łatwiej niż o przekroczenie prędkości w mieście. Trzeba się pilnować. Oj, trzeba. I z daleka od tronu, śledziu!

Powrót do „fał”

Klasa V, czyli samochód, któremu poświęcam kilka tysięcy liter w tym wydaniu „PB Weekendu”, to duży, a nawet bardzo duży pojazd. Szczególarze powiedzą: segment K. Ja wolę mówić, że to van. Auto (jako klasa V właśnie) produkowane jest od 1996 r. W praktyce była to osobowa wersja dostawczego Mercedesa Vito. W 2003 r. auto znikło z oferty Mercedesa, a w jego miejsce pojawił się model Viano. W 2014 r. Mercedes — na targach motoryzacyjnych w Genewie — postanowił jednak uśmiercić Viano. W ten sposób zadebiutowała klasa V drugiej generacji (wersja dla złośliwych — V2). Dla szczególarzy: oznaczenie W447. Czym jest nowa klasa V? Tym samym, czym była stara, i tym samym, czym było Viano: największym pasażerskim modelem Mercedesa. Z tym, że teraz jazda nim nie odbija się dostawczakiem.

Do rzeczy. Osobowe odmiany Vito niezależnie od generacji trąciły warzywniakiem. Pozycja za kierownicą, ułożenie przełączników, fotele, prowadzenie, zawieszenie, manewrowanie i widoczność nie pozostawiały złudzeń. To auto dostawcze. Zbudowane z myślą o dystrybucji towarów. Owszem, w odmianach osobowych (V1 i Viano) lepiej wyposażone, przeszklone i w ogóle. Niemniej zawsze podczas prowadzenia tego auta obok woni skóry i lakierowanego drewna wyczuwałem delikatną nutkę… pora. Ot, przebrany w garnitur robotnik udający kamerdynera. Często też podróżowałem którymś z tych aut jako pasażer (to dość popularny tzw. shuttle car). Wówczas również miałem to wrażenie. Było luksusowo, ale tylko za sprawą skóry, telewizora czy lodówki. Zawieszenie „dostawcze”, odgłosy silnika „bazarowe” i tyle. Z takim też nastawieniem podszedłem do V2. Ot, przebrany tragarz. Tymczasem…

Drugi po królu

…to królewski pojazd. Serio. Bez cienia ironii. Bez krzty przesady. Stojący przede mną (znaczy stał przede mną w połowie czerwca) Mercedes V-Class drugiej generacji woził najprawdziwszą parę królewską. Król Holandii Jego Wysokość Wilhelm Aleksander wraz w królową Maximą używali tego właśnie pojazdu (tak, nie takiego, tylko tego) podczas pierwszej oficjalnej wizyty w Polsce. Teraz ja, choć nie składam ani pierwszej, ani oficjalnej wizyty i w ogóle nie jest to wizyta, mam zasiąść w tej arystokratycznej karocy. Pycha mnie rozpiera. I refleksja: że też wsadzili króla do dostawczaka…

Otóż nie wsadzili. Pierwsze wrażenie (drugie zresztą też) jest takie, że o ile poprzednie wcielenia tego auta były po prostu mniej lub bardziej ucywilizowanymi wersjami wołów roboczych, o tyle tego rumaka „spłodzono” z myślą o arystokratycznych pośladkach — mówiąc krótko, o wygodzie podróżnych. Oczywiście nie mam złudzeń i wiem, że V2 dzieli płytę podłogową z nowym Vito. Ale jest inaczej. Lepiej. Po pierwsze, V2 można zamówić z pneumatycznym zawieszeniem airMatic. Po wtóre, jest dużo lepiej wyciszone, po trzecie… niemal zupełnie inne niż jego dostawcza odmiana. Tym chętniej do niego wsiadłem. Na początek za kierownicę. O arystokratycznym pośladkiem wygniecioną skórę poocieram się później.

I co? No rewelacja! Cała deska rozdzielcza, zegary, ekran nawigacji, sterowanie urządzeniami i stylistyka rodem z nowej klasy C. Co ja mówię: rodem — żywcem. Dla odróżnienia pojazdu króla od pojazdu jego ogrodnika dostawczy brat klasy V (Vito) będzie miał bardziej plebejskie wnętrze (rodem ze Sprintera). Co się rzuca w oczy? Mianowicie to, że w klasie V wnętrze z klasy C leży lepiej niż w klasie C. Zdecydowanie lepiej. Ze smakiem i tak… do twarzy.

Skoro przy twarzy jesteśmy. Przednią część karoserii bardzo zmieniono — pojawiły się nowe reflektory, większy grill, inne zderzak i maska. Dzięki temu mimo pokaźnych gabarytów auto nie sprawia wrażenia bardzo ociężałego. Uroku to może nie ma, ale aparycji hutniczego pieca też nie. Idę na tył. Błękitem ponasiąkać.

Król chce vana

Wersja, którą dostałem do testu i którą przede mną jeździli wyłącznie król z królową (no i szofer pewnie), to Edition 1. To wersja „tradycja”. I nie chodzi o nowe imię, lecz o to, że Mercedes ma w zwyczaju przy wprowadzaniu modelu na rynek tworzyć specjalną wersję wyposażenia. Inauguracja taka. Do czego się to sprowadza? Do tego, że ma wszystko. I jeszcze trochę. Zatem najpierw króla (choć Jego Miłość zapewne przyzwyczajony), a teraz mnie po zajęciu miejsca z tyłu ogarnia dekadencka rozpusta. Pomyślcie, w dostawczaku! Kapusta ta… przepraszam, oczywiście rozpusta ta sprowadza się do doskonałego wykończenia wnętrza.

Ludzie od projektowania dużo więcej serca (niż przy poprzednikach) włożyli w takie skomponowanie i wykończenia miejsca dla króla, żeby poczuł się po królewsku, a nie jak podczas porwania przez bandę oszalałych hodowców bobu. Innymi słowy: trudno uwierzyć, że siedzę w aucie, które jak by nie było, powstało jako dostawczak. Nie chodzi o skórę, drewno i dywany kilkucentymetrowej grubości. Bardziej o atmosferę. Fakt, że moje odczucie potęguje pieszcząca ośrodek pychy świadomość, kto siedział na tym samym fotelu.

Nie jestem jednym z tych, którzy kupią gumiaki tylko dlatego, że kupiła je Paris Hilton lub inna gwiazda. Jednak błękit w powietrzu pozwala wczuć się w rolę. Co prawda ów błękit nie jest królewską aurą, a jedynie efektem wyposażenia (tzw. dyskretne oświetlenie), no ale jest miło. I wygodnie. Dużo wygodniej niż kiedyś w Viano. Choć obok komfortu klasy S klasa V nawet nie leżała. I ma z nią tyle wspólnego, ile obecny pasażer tylnego fotela (ja) z poprzednikiem (królem). Co nie zmienia tego, że klasa V jest jednym z najbardziej luksusowych vanów. Innymi słowy: jeśli król chce vana, to właśnie takiego.

Milczenie herolda

Poniższe informacje z dużym prawdopodobieństwem królów nie interesują. Może koniuszych. Nowa odsłona Mercedesa V-Class dostępna jest wyłącznie z silnikami wysokoprężnymi. Konkretnie z jednym (czterocylindrowy, rzędowy o pojemności 2,1 litra), za to w trzech wariantach mocy: 136 KM (V200 CDI), 163 KM (V220 CDI) i 190 KM (V250 BlueTec). Heroldowie na razie milczą o wersjach z silnikiem benzynowym lub napędem hybrydowym. Napęd na koła przednie może przenosić skrzynia manualna o sześciu przełożeniach bądź znany mercedesowski automat 7G-Tronic Plus. Kilka wariantów mocy i lista dodatkowego wyposażenia dłuższa niż autostrada A2 sprawiają, że nowa klasa V może z powodzeniem pełnić rolę przyjaciela rodziny, „biznesowozu” lub eleganckiego „szatla”. A że inżynierowie z Mercedesa zasłużyli na drugie śniadanie i postarali się o dobrze skrojone wnętrze i o to, by jak najbardziej (zarówno pod względem techniki, jak i aparycji) odróżnić V-Class od Viano, więc auto może pełnić również funkcję karocy.

Chociaż na miejscu króla wolałbym je prowadzić, niż dumnie zasiadać na tronie w tylnej części kabiny. Wbrew etykiecie, ale z korzyścią dla komfortu. O ile z tyłu (w testowanej wersji Edition 1) nie można narzekać na jego brak (cztery odseparowane wygodne fotele, które da się niemal dowolnie ustawiać, pełnowymiarowy stolik itp.), o tyle z przodu jest po prostu królewsko. Mimo przeznaczenia tej wersji (wożenie VIP-ów) przednie fotele są sterowane elektrycznie. A tyły — jakby to określił znajomy mechanik — „fikoły w fitnesie”. Co oznacza tyle, że są sterowane manualnie.

Oczywiście uzasadnieniem takiego rozwiązania jest konstrukcja podłogi (wiecie: dostawczak), niemniej… Król tylko w jedno miejsce piechotą chadza. Po wtóre, mimo ogromnego postępu w dziedzinie komfortu (w porównaniu do Viano) z tyłu nieco trzęsie. Mniej niż w Viano, ale bardziej niż z przodu. Na autostradzie to zupełnie znośne trzęsienie, jednak na polskich powiatówkach robi się nieprzyjemnie. Auto jest dostępne w dwóch wariantach rozstawu osi (3200 mm i 3430 mm), a także w trzech długościach (4895 mm, 5140 mm i 5370 mm). Każda wersja jest ogromna. Każda prowadzi się jak auto osobowe. Klasa V jest zaskakująco zwrotna. Jest też zaskakująco… niekonsekwentna.

Podważanie tronu

Zanim przejdę do próby przewrotu, jakiej dokonałem, podważając królewski tron, słowo o niekonsekwencji mającej się nijak do znanej w świecie niemieckiej precyzji. Wspominałem, że klasa V ma deskę żywcem przeniesioną z klasy C. Wspominałem również, że to świetny pomysł. Muszę jednak dodać, że to również pomysł nieprecyzyjny. Gdyż w tym przypadku żywcem naprawdę oznacza żywcem. Do tego stopnia, że malutka trójkątna strzałka przy wskaźniku poziomu paliwa na tablicy przyrządów, która zwyczajowo wskazuje stronę, gdzie jest wlew paliwa, wprowadza w błąd. Wskazuje nie tę stronę, o którą chodzi. W klasie C wlew jest z prawej, a w klasie V z lewej, no ale deska przeniesiona żywcem… Niby to żaden problem, jednak jakoś mnie mierziło. Jak przepalona żarówka albo rysa na lakierze. Nie chodzi już nawet o te 250-300 tys. zł. Bardziej o brak tego, co w niemieckich autach zawsze było. Precyzji i skupienia.

Drugi problem to problem wywrotowca. Król może spokojnie spać. Zachowa tron. Próbowałem zmienić ustawienie tylnych foteli. Podważyłem fotel króla. Po kilku minutach udało mi się go wyjąć (waży tonę, w Vito ważył dwie — jest postęp). Po kilku godzinach nadal nie udało mi się go włożyć na miejsce.

Zostawiwszy tron luzem (jeszcze raz przepraszam panów z serwisu, którzy nie dali po sobie poznać, że właśnie zalewa ich krew), spieszę do podsumowania.

Pean

Mimo kilku drobniutkich niedociągnięć nowa klasa V jest jednak o wiele bardziej luksusowa niż Viano. Podłoga i masa innych części, które dziedziczy po Viano lub dzieli z Vito, niczego jej nie ujmują. Sprawia wrażenie (choć tak nie jest), jakby od początku była zaprojektowana z myślą o VIP-owskich zadaniach. I co najważniejsze: VIP-y będą zadowolone. Bo jedyne niedociągnięcia lub trudności przypadną w udziale — jak to w życiu — służbie. To szofer będzie się szarpał z fotelem i dwukrotnie próbował zatankować. Król pozostanie królem. I nawet podróż dostawczakiem niczego mu nie ujmie. Na koniec jeszcze jedno. Nie wiedziałem, jak należy tytułować króla Holandii. Czy powinienem mówić Jego Miłość Król, czy Jego Wysokość, a może Jego Królewska Mość? Bo jegomość to chyba nie. Moje wątpliwości rozwiał sam król.

— Ludzie mogą się do mnie zwracać tak, jak im odpowiada — powiedział książę Wilhelm Aleksander kilka dni przed tym, jak został królem.

— Wszyscy zwracają się do mnie Maxima. Królowa czy księżniczka to nie ma znaczenia. Reprezentujemy coś więcej niż jedynie tytuł — dodała jego małżonka.

Możesz zainteresować się również: