Joanna niejedno ma imię

Ryszard Korczak ze wspólnikiem zbudował potentata w branży kosmetycznej, dbającego o włosy milionów Polek. Teraz warszawski przedsiębiorca inwestuje w nową twarz Władysławowa i w renomę starej whisky.

— Jestem introwertykiem, cenię sobie anonimowość, doceniam możliwość spędzania czasu w towarzystwie własnych myśli i przeżyć — Ryszard Korczak już na początku stawia sprawę jasno. To by tłumaczyło, dlaczego kwerenda w internetowych zakamarkach o biznesie, którego jest współudziałowcem, przynosi dość mizerne wyniki. „Laboratorium Kosmetyczne Joanna Bogusław Górka, Ryszard Korczak, spółka jawna” — to główne przesłanie, okraszone adresem biura na warszawskim Żoliborzu i fabryki w nieodległych Mościskach. Tymczasem biznesowy zegar tyka i wskazuje Joannie już bite 35 lat. W podstawowym segmencie produktów tzw. ekonomicznych do koloryzacji włosów Joanna sprzedaje więcej niż wielki francuski brat — L’Oreal. Dlatego ma mnóstwo inwestycyjnych propozycji, wyceniających ją na setki milionów złotych. Co roku producent oferujący kilkaset produktów i zatrudniający 400 pracowników notuje doskonałe wyniki sprzedaży i atakuje nowe segmenty, przebijając się bliżej półki z napisem „premium”. Ale Ryszard Korczak ma wiele innych pomysłów, z innych branż.

Wyświetl galerię [1/8]

We trzech do gwiazd. Ryszard Korczak i jego dwaj biznesowi partnerzy, czyli Zygmunt Skoczke (w środku) i Krzysztof Sobolewski, inwestują właśnie kilkadziesiąt milionów złotych w projekt, odmieniający przaśne oblicze Władysławowa. Hotel i kompleks apartamentowców Gwiazda Morza ma przyciągnąć turystów z grubszym portfelem i wysublimowanym gustem. Fot. Marek Wiśniewski

— Potencjał widzę w nieruchomościach — mówi. I opowiada, jak budował z przyszłym wspólnikiem zręby ich dobrobytu, gdy w zgrzebnych latach 80. chemik z psychologiem klinicznym stworzyli biznes, od kilku dekad udanie stawiający czoła globalnym koncernom.

Pochód do garażu

Chemikiem jest Bogusław Górka, radomszczanin, który wystartował z biznesem w 1982 r. Dziś woli pozostawać w cieniu, ale niegdyś mówił „PB”:

— W latach osiemdziesiątych pracowałem jako inspektor ochrony środowiska w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego. Pewnego dnia w 1982 r. z powodów politycznych nie zostałem wpuszczony do pracy. No to otworzyłem zakład chemiczny, który od imienia żony nazwałem Joanna. Pracowało u nas kilka osób. Dzięki papierom chemika, rozgryzieniu kilku receptur i garażowemu zapałowi zaczął chałupniczo produkować płyn do trwałej ondulacji. Przez osiem lat firma rosła głównie z dostaw dla branży fryzjerskiej.

— To był nasz pierwszy sprzedażowy hit, na nim wypłynęliśmy. Ja dołączyłem do Joanny już w 1983 r. jako pierwszy pracownik. W 1987 r. zawiązaliśmy spółkę — wspomina warszawiak Ryszard Korczak. Jego kariera miała się toczyć w zupełnie innym kierunku. Wówczas, na przełomie lat 70. i 80., pracował na uczelni oraz w ośrodku dla młodzieży niedostosowanej społecznie.

— Byłem nastawiony na karierę naukową, szykowałem się do doktoratu, pracowałem na dwóch uczelniach. Z mocnego naukowego osadzenia wyrwał mnie ówczesny rektor jednej z nich. Wezwał mnie na rozmowę i odnosząc się do mojej nieobecności na pochodachpierwszomajowych, skrytykował za brak właściwej postawy społecznej. Ułatwiło mi to odejście z zawodu, gdy Bogusław, którego żona pracowała ze mną w instytucie, zaproponował zajęcie się sprzedażą w jego przedsięwzięciu — opowiada Ryszard Korczak. Po latach wydaje się to proste, ale wtedy dla niedoszłego doktora psychologii lądowanie było nadzwyczaj twarde. Od wnętrza człowieka ważniejsza stała się trwałość falowania kobiecej fryzury. Albo jeszcze bardziej przyziemne sprawy: sprawność samochodu, dostęp do surowców i opakowań.

Życie na fatamorganie

Skok na głęboką wodę oznaczał, że Ryszard Korczak został dyplomowanym… laborantem w przemyśle chemicznym. Bez odpowiednich papierów nie mógł bowiem formalnie być wspólnikiem.

— Zrobiłem kursy, mam gdzieś nawet legitymację. Ale w chemii to — poza tym kwitem — raczej ekspertem bym siebie nie nazwał — śmieje się przedsiębiorca. Przyszli wspólnicy, widząc popyt na płyn do trwałej, z miejsca wzięli po dwa etaty na głowę. Wszystko, co udawało im się wyprodukować, fryzjerzy kupowali na pniu niezależnie od ceny. Trzeba było tylko dostarczyć produkt. Ale za tym „tylko” kryła się niemała mordęga. To był sukces za mgiełką szaleństwa rodzącego się kapitalizmu. — Pracowaliśmy w garażu na obrzeżach Warszawy. W mocnym tempie. Rozlewało się płyn do buteleczek do godziny 23. Krótki sen na miejscu, pobudka o 4 rano i hajda w Polskę, rozwozić towar. Życie rodzinne i prywatne zeszło na drugi plan. To była cena sukcesu i wzrostu — przyznaje Ryszard Korczak. Scenografia sukcesu? Garaż 4 na 5 metrów, wysoko beczka z płynem do ondulacji, tysiące buteleczek ze spółdzielni „Świt”. Odkręcało się kranik, napełniało buteleczkę 100 ml, zakręcało, odstawiało i następna. Tysiące razy tygodniowo ten sam rytuał. No chyba, że akurat było się w trasie. A logistyka to była domena Ryszarda Korczaka, który w szczytowym momencie docierał do ponad 1000 zakładów fryzjerskich w Polsce. Maluchem z przyczepą.

— Wyjeżdżałem w Polskę dwa razy w tygodniu. Jednego dnia w Łodzi potrafiłem odwiedzić 25 zakładów fryzjerskich. Następnego dnia przez zaspy do Przemyśla. Szaleństwo — przyznaje współwłaściciel Joanny. Tempo pracy było zabójcze — Ryszard Korczak przypomina sobie, że nieraz, gdy siedział za kółkiem, pojawiała mu się fatamorgana jako wynik skrajnego wyczerpania. Gdy w połowie lat 80. dorobił się poloneza, skasował go po kilku miesiącach. Wracając z porannej eskapady do Wrocławia, po prostu zasnął. Po zderzeniu z półciężarówką miał kilka dni w szpitalu na przemyślenie, jak i po co pracuje.

— Po wypadku zwolniłem. W karierze akwizytora przejechałem ponad milion kilometrów. Zajeździłem kilka samochodów. Refleksja jak zawsze przychodzi dopiero później — mówi biznesmen.

Kwas dla odwagi

Dwa razy do roku wyprawa samochodowa decydowała o być albo nie być garażowego biznesu. Wyjazd do Hamburga po beczkę z kwasem tioglikolowym, podstawowym składnikiem płynu do trwałej ondulacji, był testem dla Joanny. Za każdym razem zaliczonym celująco, choć z masą problemów, wyzwań i kombinacji. W Polsce zdarzały się i strzały w kolano, gdy np. ulepszona receptura niezbyt utrwalała włosy. Trzeba było robić dodatkowy kurs po zwrot towaru. — Z lat 80. dobrze zapamiętałem, że wówczas by być przedsiębiorcą, trzeba było być odważnym. I my tę cechę mieliśmy, napędzała nas potem przez długie lata — podkreśla Ryszard Korczak. Dla odważnych było pole do popisu: bariery surowcowe łagodziło to, że dla fryzjerów cena produktu nie była najważniejsza. Liczyła się jakość i dostępność. Joanna puchła w oczach, kiedyś nawet milicja gospodarcza węszyła w niej prywaciarskie przekręty. Garaż robił się za ciasny, potrzebny był kapitał na kolejny etap rozwoju. To wówczas Ryszard Korczak stał się pełnoprawnym wspólnikiem Bogusława Górki. Objął udziały w zamian za pokaźny — jak na połowę lat 80. — wkład pieniężny: kilka tysięcy dolarów.

— To była masa pieniędzy. Dość powiedzieć, że w tamtych czasach żyliśmy w przekonaniu, iż gdyby zarobić 50 tys. dolarów, to wraz z rodzinami bylibyśmy zabezpieczeni do końca życia — śmieje się przedsiębiorca.

Farba zysków

Wytrwałość, konsekwencja, poświęcenie dla firmy zaczęły przynosić efekty w początkach lat 90. Udziałowcy Joanny zaczęli więc na poważnie myśleć o budowie marki. I znów potrzebna była żelazna dyscyplina i mocny charakter. — Ludzie mówią o mnie, że jestem twardym i nieustępliwym gościem. Nie do końca się z tym zgadzam, mam dużo empatii i świadomość swoich ograniczeń. Potrafię jednak celnie i szybko analizować czyjś profil psychologiczny. Przydało się to szczególnie, gdy zacząłem odchodzić od bezpośredniego zarządzania operacyjnego i oddałem stery odpowiednim ludziom — przyznaje współwłaściciel Joanny. Pomysł zrodził się, gdy wspólnicy zaczęli rozumieć wagę relacji klienta z marką i produktem. W połowie lat 90. dostępność wyrobu nie była już fetyszem. Szefowie Joanny wynajęli handlowców, wdrożyli wzorową dystrybucję selektywną podpatrzoną w firmach z Europy Zachodniej, obcinając listę klientów do kluczowych. Specjalizacja pozostała ta sama: kosmetyki do pielęgnacji włosów, głównie farby. — Ilości produktów, które sprzedajemy, pozwalają nas plasować w ścisłej czołówce w kraju. Oczywiście asz największy rywal na polskim rynku sprzedaje droższe produkty, wyprzedzając nas w przychodach z segmentu farb do włosów — wyjaśnia Ryszard Korczak.

Tani, dobrzy

L’Oreal, bo o nim mowa, zbudował potężny zakład w podwarszawskich Kaniach i mocą swej globalnej marki zgarnął większość fruktów w segmencie premium. Joanna, której produkty są dostępne na półce niżej, trzyma się jednak mocno i co chwilę wypuszcza produkty dla klientek z grubszym portfelem. W nowoczesnym zakładzie w Mościskach pracuje kilkaset osób. Efekty ich pracy trafiają do sklepów w ponad 35 krajach. Hasło przewodnie brzmi: „Tak, jesteśmy dobrzy i konkurencyjni cenowo”.

— Szanujemy nasze klientki i naszą grupę docelową. Mogę z przekonaniem powiedzieć, że nie produkujemy gorszych farb niż światowa czołówka. Przez lata powstawały we współpracy z amerykańskimi potentatami, nasze pracownice jeździły tam na szkolenia. Patrząc na nas i na L’Oreal, wolę mówić o innym modelu marketingowym niż o różnicach jakości — zaznacza Ryszard Korczak. Nowa konkurencja? Swego czasu najwięksi polscy konkurenci szykowali się do inwestycji w segment koloryzacji włosów. I nic. Przez lata Joanna była jednym z najbardziej rentownych podmiotów w branży, po mistrzowsku równoważąc koszty i ceny. Dziś jest nieco na rozdrożu — w tle majaczy dawno zapowiadany debiut giełdowy, u progu stoją inwestorzy gotowi kupić cały biznes za setki milionów złotych, a na dokładkę właścicieli kuszą nowe gałęzie biznesu związane z kosmetyką. — To są decyzje strategiczne, w nich uczestniczę. Bieżące zarządzanie oddałem zaufanym menedżerom, mądrzejszym ode mnie — przyznaje Ryszard Korczak. Czyli spokojna emerytura z wypadami na Teneryfę? Niekoniecznie.

Gwiazda „Władka”

Kto choć raz był we Władysławowie w sezonie, ten wie, że „Władek” to dziś symbol wakacyjnego kiczu spod flagi biało-czerwonej, dowód na to, że klimat Krupówek da się odtworzyć z dala od Tatr. Ale czy na pewno? Rewolucja nadchodzi i jednym z jej pionierów jest Ryszard Korczak. We Władysławowo wierzy i inwestuje tam dziesiątki milionów złotych. Wspiera go para biznesowych przyjaciół: kaszubski przedsiębiorca Zygmunt Skoczke i Krzysztof Sobolewski, którego dociekliwsi czytelnicy „PB” pamiętają być może jako przedstawiciela funduszy private equity.

Razem finansują kompleks hotelowo-apartamentowy Gwiazda Morza.

— Nowe władze Władysławowa stawiają na zdecydowaną metamorfozę. Oceniliśmy potencjał miejsca i tworzymy strefę premium, której w tym mieście nie było — mówi Krzysztof Sobolewski, prezes spółki Gwiazda Morza. To ta firma postawiła blisko morza przy parku krajobrazowym dwa budynki z apartamentami wakacyjnymi, których cena za mkw. dobijała do 15 tys. zł. Sprzedały się na pniu. Właściciele idą więc za ciosem i budują obok za 60 mln zł czterogwiazdkowy hotel, który ma przyćmić Bryzę w Juracie. Ma mieć 87 pokoi, 13 apartamentów, rozbudowaną strefę aktywnego wypoczynku i odnowy biologicznej. Otwarcie zaplanowano na początek 2019 r.

— Jesteśmy zdecydowani rozszerzać sferę luksusu. W tym segmencie we Władysławowie i okolicach nie ma konkurencji, a zapotrzebowanie jest duże — uważa współwłaściciel Joanny, który Wybrzeże zna na wylot, bo regularnie urządza tam rowerowe wycieczki na trasach po 100-150 kilometrów. Gwiazda Morza to nie jedyna nieruchomościowa inwestycja Ryszarda Korczaka. Jeszcze w latach 90. kupił ośrodek wypoczynkowy w Karpaczu, planując rozbudowę o hotel i usługi. Sprzedał go jednak, nie mogąc dojść do ładu z układami w radzie miasta. Przeniósł się na północ, ma kilka mniejszych projektów apartamentowych w Jastrzębiej Górze, Jastarni i na Mierzei Wiślanej. Z innym wspólnikiem buduje też w podwarszawskich Michałowicach osiedle Ogrody Walendów. To już niemały kaliber.

— Prawie 250 domów szeregowych, bliźniaczych i jednorodzinnych. Plan jest rozpisany na kilka lat, pierwsze domy już mają właścicieli — wyjaśnia przedsiębiorca. Przyznaje, że inwestuje także w nieco bardziej ryzykowne segmenty, wspierając się dobrym smakiem, pasją, ciekawością świata. Wraz z azjatyckim znajomym analizuje możliwość wejścia do krajów Dalekiego Wschodu z nowym domem aukcyjnym na rynku luksusowych alkoholi. Takich, które zwykle sprzedaje się na aukcjach za co najmniej tysiące euro za butelkę. Wszystko zaczęło się od przypadkowej transakcji, której przedmiotem była butelka 80-letniej legendarnej japońskiej whisky Karuizawa. — Lubię też wino i znam się na nim trochę, ale to whisky wydaje się mieć potencjał w Azji. W Europie i Ameryce dominują duże domy aukcyjne. W Azji rysuje się potrzeba budowania małych, sprawnie działających domów aukcyjnych, mogących stanowić ciekawą alternatywę — wyjaśnia Ryszard Korczak. I dodaje:

— Jest w tym biznes i zarazem element interesującego wyzwania. A takie aspekty po latach stresującej i ciężkiej pracy docenia się wyjątkowo. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Joanna niejedno ma imię