Czy śnieg to dobry biznes? Czy da się z niego wyżyć? Dla wielu firm śnieg i mróz to manna z nieba. Temperatura spada — sprzedaż rośnie.
Na śniegu można zbić fortunę. Zima to czas żniw dla wielu branż — od warsztatów samochodowych czy wyciągów orczykowych po tak egzotyczne, jak biura podróży organizujące nurkowanie pod lodem. Ale na początku są koszty....
W jednym ręku
Jakieś 20 mln zł obrotów rocznie, a po sezonie zimowym 1,5 mln zł czystego zysku — tyle wyciąga stacja narciarska Wierchomla, położona 12 km od Piwnicznej Zdroju.
— Kosztowna zabawa. Żeby zacząć zarabiać, trzeba włożyć 15-20 mln zł na początek. Sam wyciąg krzesełkowy z doprowadzeniem wody, postawieniem stacji trafo, kupnem sprzętu to wydatek 10 mln zł. Armatki śnieżne kosztują prawie 200 tys. zł, a ratraki do 1 mln euro! Przez 5 lat spłacaliśmy 8 mln zł kredytu, a zaraz wzięliśmy następny: 25 mln zł. Dostaliśmy też 5 mln zł z funduszy strukturalnych UE. Większość tych pieniędzy poszła na budowę hotelu na 198 miejsc i dwóch nowych wyciągów krzesełkowych — opowiada Krzysztof Brzeski, właściciel stacji Wierchomla.
To młody ośrodek — powstał w 1997 r. na północno-zachodnich stokach Beskidu Sądeckiego i wciąż się rozwija. Cała infrastruktura — co w Polsce rzadkość — skupia się w jednym ręku. Zdaniem Krzysztofa Brzeskiego, przyczyniło się to do sukcesu stacji, obsługującej 150 tys. gości rocznie. Do ośrodka należy m.in. bezpłatny parking, restauracja pod wyciągiem, miejsca noclegowe (w sumie ponad 400, cena pokoju 2-osobowego to 190-300 zł w zależności od sezonu). Turyści przyjeżdżają zwabieni śniegiem, utrzymującym się ponad 100 dni w roku, 8 km tras narciarskich, sztucznym naśnieżaniem, 3 km oświetlonych stoków, najdłuższym w Polsce, 4-osobowym wyciągiem krzesełkowym, 7 wyciągami orczykowymi... Ten nawał gości zaktywizował wieś — czasy, gdy miejscowi ganiali z siekierą za geodetami sprowadzonymi przez właściciela stacji, dawno minęły. Ludzie przekonali się, że Brzeski skupuje ziemię, by inwestować, nie zaś by ją dzielić i sprzedawać dalej. Dziś sami dorabiają na turystach — przygotowali dla nich ponad 2 tys. miejsc noclegowych.
— Zmieniła się mentalność wierchomlan. Miarą bogactwa nie są już hektary, ale liczba pokoi z łazienkami dla turystów. Zmniejszyła się migracja z doliny do miast. Sama stacja zatrudnia 50 pracowników, a powstały też inne firmy, np. prywatne linie autobusowe dowożące turystów nawet z Nowego Sącza — dodaje Krzysztof Brzeski.
I pomyśleć, że jeszcze 9 lat temu tę wieś uważano za dziurę zabitą dechami. Młodzi masowo uciekali do miast w poszukiwaniu pracy, a w gminnych planach zagospodarowania terenu Wierchomla figurowała jako „wieś bez perspektyw”...
Czas zbiorów
— Zimą nie mamy czasu usiąść! Nasze skutery śnieżne stoją na szczycie Skrzycznego, a wielu narciarzy widząc je, rezygnuje z desek, by przejechać się na snowmobilu — zapewnia Patrycja Styrna, właścicielka Kameleon Active Clubu w Szczyrku.
To, w przeciwieństwie do Wierchomli, miejscowość z tradycjami turystycznymi. By przyciągnąć gości, firma Kameleon inwestuje w skutery Ski-Doo. Pojazd może wynająć jedna osoba (300 zł za godzinę), lecz bardziej opłaca się to grupom (200 zł i na dłuższy czas).
— Jedzie się za instruktorem, trasą widokową przez las. Gdy wyprawa jest dłuższa, grupa je obiad w schronisku, pije grzańca... — opisuje Patrycja Styrna.
Przyznaje, że zimą lepiej zarabia się na turystach indywidualnych, choć i grupy mają w czym wybierać: 2-dniowy pakiet z noclegami, karnetami narciarskimi, jazdą na skuterach, wieczorną biesiadą itd. kosztuje 1,1 tys. zł od osoby. Firmy interesują także szkolenia z ratownictwa górskiego.
— Instruktorzy GOPR-u uczą, jak sobie radzić w górach ze złamaną nogą, mając do dyspozycji tylko narty i kijki, podają telefony alarmowe, a nawet udostępniają sprzęt GPS i sondy, za pomocą których uczestnicy kursu próbują odnaleźć „zaginionych” — opowiada Patrycja Styrna.
To szkolenie organizowane jest wyłącznie dla grup: trwa 1,5-3 godz., a kosztuje 1,5 tys. zł. Podobnie jak zimowe spartakiady — profesjonalne zawody (narty, snowboard). Bo samo wynajęcie stoku to wydatek nawet 6 tys. zł. Do tego dochodzi jego przygotowanie, ustawienie slalomu, pomiar czasu... Chętne firmy płacą za taką integrację kilkanaście tysięcy złotych. Tańsze są zabawy na śniegu — psie zaprzęgi, zjazdy na byle czym czy kulig z ogniskiem w cenie 15-40 zł od osoby. Sanna to najpopularniejsza zimowa rozrywka. Da się ją zorganizować wszędzie. Nawet w dużych miastach: Stajnia Oleńka z Łodzi proponuje przejażdżkę w okolicznych lasach, podobnie krakowska firma EcoTravel, oprócz sanny z pochodniami organizująca ognisko z bigosem, grzańcem, gorącą herbatą. Biuro Turystyczne Jaworzyna z Krynicy prowadzi zaś kulig szczytami gór. Takich ofert jest zatrzęsienie — widać, sanna dobrze się sprzedaje...
— Pracownicy przywożeni na imprezy integracyjne chętniej usiądą przy ognisku, niż wytarzają się w śniegu. Wolą odpoczywać, stąd popularność kuligów, biesiad góralskich, ognisk. Survival cieszy się większym powodzeniem wiosną i latem — przyznaje pracownica Przedsiębiorstwa Hotelowo-Turystycznego Odys z miejscowości Tresna koło Żywca.
Ta firma ma w zanadrzu nietypową atrakcję dla odważnych: pełen mocnych wrażeń weekend przetrwania, prowadzony przez rezerwistów GROM-u także zimą. Za 298 zł od osoby grupę (minimum 10 osób) czeka marsz na azymut górami w poszukiwaniu „skarbu” (z wykorzystaniem technik alpinistycznych), biwak w przygodnym terenie, test komandosa, strzelanie sportowe i, oczywiście, biesiada góralska przy ognisku.
Kapryśny lód
Na zimie zarabiają i Mazury — jak jest lód. Drugą młodość przeżywa bowiem żeglarstwo lodowe: bojery. Na jeziorach pojawiają się nowe konstrukcje: iceflyer (bojer z żaglem od deski) lub iceboard (lodowa deska windsurfingowa). Wielu pasjonatów tego sportu robi je własnoręcznie, bo kupno używanych ślizgów to wydatek 5-7 tys. zł. Za nowe — ale nie te do wygrywania zawodów — płaci się 10 tys. zł. Bojery można też wypożyczyć na cały dzień za 150 zł, opieka instruktora kosztuje zaś 100 zł. Wczasy z bojerem to mazurska specjalność — w Mikołajkach czy okolicach Giżycka znajdzie się pensjonaty, których właściciele proponują, prócz noclegów, także wynajęcie sprzętu i podstawowy kurs bojerowy. Mazury zimą chwalą sobie także... nurkowie! Woda pozbawiona glonów ma świetną przejrzystość — widoczność dochodzi do 10-12 m. Popularność tego sportu jest jednak ograniczona — każdy, kto pragnie doświadczyć mocnych wrażeń pod lodem, musi mieć zaliczony podstawowy kurs nurkowania, a potem przejść odpowiednie przeszkolenie. Przybywa za to pasjonatów snowkitingu — zimowej odmiany kitesurfingu. Za kurs płaci się od 420 zł, a wypożyczenie sprzętu to koszt 60-150 zł. Kto złapał bakcyla, inwestuje we własny sprzęt — średniej klasy latawiec to wydatek około 3 tys. zł, zaś deska snowboardowa: 800-1,5 tys. zł. W zimowym pejzażu pojawia się coraz więcej latawców z deską — ten sport łączy bowiem technikę jazdy na snowboardzie lub na nartach z paralotniarstwem. Pozwala wzbić się w powietrze, okiełznać demona prędkości, poczuć radość kontaktu z naturą.
— Fascynujące uczucie, niedające się porównać z żadnym innym zimowym sportem! A wystarczy tylko trochę zaśnieżonego terenu lub zamarznięte jezioro z warstwą śniegu i niepotrzebne są żadne wyciągi ani góry. Wystarczy wyjechać za miasto i już — zapewnia Robert Sobociński, właściciel szkoły Kite. pl z Torunia.
Ale nawet ci, którzy pragną wyjechać zimą gdzieś daleko, niekoniecznie uciekają w ciepłe kraje. Rośnie popularność Antarktydy. To kosztowne wyprawy — najskromniej licząc 6 tys. dolarów od osoby za niespełna 3-tygodniową ekspedycję. Gdy się chce przeżyć coś więcej — np. wyprawę w głąb kontynentu (z reguły dopływa się lodołamaczem tylko do jego brzegów) — wyciąga się z portfela 14 - tys. dolarów. Mimo perspektywy sporych zysków biura podróży sprzedające Antarktydę nie chcą, by zainteresowanie przerodziło się w modę...
— Wysyłamy 1-2 grupy 8-16 osobowe. Źle by się stało, gdyby ten kierunek stał się jedynym źródłem utrzymania jakiegoś biura. Miałoby determinację wysyłać ludzi za wszelką cenę. A to naruszyłoby delikatny ekosystem Antarktydy. Dobrze, że tym kierunkiem zajmują się niszowe firmy, z refleksyjnym podejściem do zwiedzania świata — deklaruje Marek Śliwka, właściciel biura podróży Logos Travel.
Pakiet od FIS
By zasilić kiesę organizatorów imprez sportowych nie trzeba uprawiać żadnej z dyscyplin — kibicowanie też bije po kieszeni. Fani skoków narciarskich płacili 50-60 zł za bilety wstępu na zawody rozegrane na Wielkiej Krokwi. W sobotę 28 stycznia przyszło 98 proc. widzów ze spodziewanych 26 tys. Konkursy w Zakopanem kosztują 2 mln zł, a żeby je w ogóle zorganizować PZN wpłaca do kasy FIS roczną opłatę za licencję: 3,25 tys. franków szwajcarskich (prawie 8 tys. zł). Po zakończeniu imprezy nadchodzi czas liczenia zysków. Ile ich będzie? Lech Nadarkiewicz, dyrektor Komitetu Organizacyjnego Puchar Świata w Zakopanem, zasłania się tajemnicą handlową.
— Dopiero spływają rachunki... A dochody przeznaczamy na cele statutowe Tatrzańskiego Związku Narciarskiego i na organizowanie mniej popularnych imprez. Bo wraz z koncesją dostajemy od FIS pakiet zawodów, które przygotować musimy, choć przynoszą deficyt. Jak Puchar Kontynentalny — trudno znaleźć sponsora, a i transmisji telewizyjnej nie można się doprosić. Podobnie z letnim Grand Prix, FIS Cup, czy PŚ w kombinacji norweskiej — tu, żeby zapełnić trybuny, zwalniamy dzieci ze szkół... — żali się.
Na zawodach zarabia także PZN, sprzedając sygnał transmisji telewizyjnej. No i miasto — konkursy na Wielkiej Krokwi napędzają koniunkturę hotelarzom. Uznawane są za najlepszą promocję Zakopanego.
— Z całego świata zjeżdżają rzesze turystów i oficjeli. Miło spędzają czas, a potem reklamują naszą miejscowość. Podczas zawodów Zakopane zajmuje z reguły pierwsze miejsce w polskich mediach, a nasze konkursy zyskały miano najlepszej edycji Pucharu Świata w skokach. Stąd zapewnienie Waltera Hofera, dyrektora zawodów z ramienia FIS, że w styczniu 2007 r. Zakopane znów będzie gospodarzem imprezy — podkreśla Agata Pacelt z Urzędu Miasta Zakopane.
Olimpijskie kurtki
Nie tylko skoczkowie z utęsknieniem wypatrują śniegu. Robią to i firmy produkujące odzież zimową. Zwłaszcza sportową, bo w tym roku olimpiada, a więc dodatkowa korzyść. Tym razem przypadła ona firmie Euromark, właścicielowi marek Alpinus i Campus, która ubrała polskich olimpijczyków na igrzyska w Turynie.
— Z reguły zimą sprzedaż jest niemal o 50 proc. większa. Latem za strój sportowy może służyć zwykły podkoszulek i sandały, a zimą trzeba zainwestować w dobrej jakości kurtę, buty, spodnie. A to jest droższe — przyznaje Grzegorz Tryba, prezes firmy Bergson.
Projektanci odzieży sportowej współpracują z zawodnikami, którzy użytkują (i reklamują) ich produkty. Bergson dostarczał już ubrania polskim ekspedycjom na K2 i Mount Everest, okulary Brenda testuje reprezentacja PZN, a firma Euromark zamierza wprowadzić na rynek markę Stir Crazy dla młodszych klientów. Choć rynek odzieży sportowej jest trudny — wypracowanie marki zabiera lata, trzeba inwestować nie tyle w reklamę, ile w nowoczesne technologie i wysoką jakość — w Polsce przybywa tego typu firm. Na targach ISPO Winter 2006 w Monachium, jednej z największych branżowych imprez w Europie, wzięło udział 20 wystawców z Polski. Marki takie jak Bergson, Alpinus, Campus, Berkner czy Milo wygrywają z brandami z zagranicy relacją ceny do jakości. Także wiele firm zamawia odzież outodoorową z własnym znakiem firmowym jako gadżet promocyjny. A część produkcji eksportowana jest na Ukrainę, Łotwę, do Estonii.
Siła studenta
Zbliżający się kres zimy nie spędza snu z powiek firmom wywożącym śnieg. Gdy zniknie konieczność odśnieżania i płużenia, wywiozą gruz i odpady, będą utrzymywać w czystości posesje. Ale na razie, śniegu jest pod dostatkiem, więc go wywożą. Konkurencja na rynku duża, toteż wcześnie pojawiły promocje — Hetman, jedna z mazowieckich firm wywożących śnieg, objęła tę usługę ulgą już od pierwszego grudnia. Za wywiezienie kontenera o pojemności 7 m sześc. liczy sobie 200 zł. PTS Alba z Chorzowa, wywiezie 1 m sześc. śniegu za 12 zł. W zasadzie jednak cena kalkulowana jest indywidualnie — w zależności, co będzie odśnieżane i ile jest śniegu do wywiezienia. By temu podołać, firmy inwestują w profesjonalne maszyny albo nowoczesne metody świadczenia usług. Inaczej z kadrą. Do odśnieżania nie trzeba kwalifikacji, tylko końskiej wytrzymałości. Toteż ogłoszenia „studentów do odśnieżania” pojawiają się już na początku października.
Pług z malucha
Czarne od spalin hałdy śniegu zalegające na ulicach to plaga dla jednych, a zysk dla drugich. Najprostsze pługi śnieżne sprzedają supermarkety i sklepy budowlane za 250-300 zł. Cena wzrasta lawinowo wraz z wielkością i technologicznym zaawansowaniem urządzenia: za pług parkowy zapłaci się grubo ponad 2 tys. zł. A za profesjonalny pług do odśnieżania ulic — od 17 tys. zł wzwyż. Najprostsze posypywarki kosztują od 50 tys., a bardziej skomplikowane, ze zraszaczami i komputerami pokładowymi, nawet 100 tys. zł. Profesjonalne pługi śnieżne dopuszczone do ruchu drogowego są znacznie droższe.Dostarcza się je na zamówienie i dostosowuje się do określonych potrzeb. Można też pozwolić sobie na ekstrawagancję, tak jak Maciej Czerny ze Skoczowa, który na pług przerobił malucha. Wynalazek wywołał furorę. Według „Gazety Wyborczej” taki pojazd przez kwadrans zrobi tyle, co czterech mężczyzn z łopatami w ciągu dwóch godzin. Pomysł chwycił, a maluchy — dostępne na giełdach samochodowych za kilkaset złotych — przeżywają drugą młodość. Maciej Czerny przerabia je za 600 zł. Ale można nimi odśnieżać tylko place i parkingi — nie są dopuszczone do ruchu.
Mechanicy samochodowi i firmy holujące zepsute auta, kopalnie soli i piasku, zakłady oczyszczania — im wszystkim zima przysparza klientów. Ręce zacierają producenci i sprzedawcy ciepłej odzieży, z półek znikają płyny do spryskiwaczy i kosmetyki chroniące przed mrozem. Polacy rozgrzewają się ziołowymi herbatkami, chętniej też sięgają po słodycze, mocne alkohole... No i zużywają więcej energii do ogrzewania mieszkań, nabijając kabzę przedsiębiorstwom energetyki cieplnej. Żniwo zbierają też właściciele firm turystycznych, szczególnie jeśli działają w górach.
Cena ciepła
Najcieplejsza nawet kurtka nie pomoże, gdy chłód doskwiera tak jak tegorocznej zimy. Polacy zapłacą za nią więcej — od Nowego Roku wzrosły ceny prądu i gazu, a do tego dojdzie koszt dodatkowej energii zużywanej do ogrzewania mieszkań. SPEC nie chce zdradzić, jakich spodziewa się zysków — twierdzi tylko, że dochody z sezonie zimowym są zwykle blisko 38 proc. większe niż latem.
— Warszawski system ciepłowniczy to jeden z największych w Unii Europejskiej. Przez wspólną dla większości obszaru Warszawy sieć ciepłowniczą dostarczamy ciepło ponad 1 mln mieszkańców. Zasilamy prawie 19 tys. budynków o łącznej kubaturze ponad 230 mln m sześc. — opowiada Sławomir Mazurek ze SPEC.
Deklaruje, że firma jest przygotowana na tegoroczne mrozy — by zapewnić większe dostawy ciepła, uruchomiono dodatkowe jego źródło: od 19 stycznia pracują aż 4 elektrociepłownie firmy Vattenfall: EC Siekierki, EC Żerań i EC Kawęczyn oraz Ciepłownia Wola. SPEC utrzymuje w stałej gotowości wszystkich pracowników służb eksploatacyjnych i całodobowego Pogotowia Ciepłowniczego 993. Dodatkowe dyżury mają także Zakłady Energetyki Cieplnej — co tydzień inny dyżuruje w wolne dni.
— W ostatnim mroźnym okresie nie zanotowaliśmy poważnych awarii. Sieć ciepłownicza w Warszawie sprawdziła się. Co roku notujemy spadek liczby awarii o 10 proc., bo sieć jest stale modernizowana. Rocznie wymieniamy około 30 km sieci ciepłowniczych. Przeznaczamy na to około 70 mln. zł. W latach 90. skorzystaliśmy z kredytu z Banku Światowego, wtedy dokonaliśmy modernizacji sieci, armatury itd. — dodaje Sławomir Mazurek.
Firmy zarabiające głównie na wytwarzaniu, przesyle i dystrybucji ciepła chcą jednak uniezależnić dochody od temperatury powietrza. SPEC konserwuje też węzły cieplne i instalacje wewnętrzne, dokonuje audytów budynków mieszkalnych (pod kątem racjonalizacji użytkowania energii cieplnej), prowadzi usługi transportowe, badawczo–rozwojowe, budowlano–remontowe, ślusarskie, pomoc pogotowia ciepłowniczego, wynajmuje też samochody, koparki, dźwigi i naczepy. Podobnie radzi sobie Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej we Wrocławiu, świadcząc od 2003 r. usługi internetowe. W pierwszym roku działalności miejska sieć informatyczna zyskała ponad 4 tys. klientów. Podobne sieci istnieją także w Genewie, Mediolanie, Bolonii, Sztokholmie i Wiedniu. MPEC Wrocław przymierza się także do telefonii IP i przesyłania sygnału telewizji cyfrowej.
