Kawa i papierosy

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2016-08-25 22:00

Volvo zmieniło się dokładnie tak, jak zmienił się świat. Niby nadal wygląda jak Volvo, pachnie jak Volvo, ale jakieś takie… nie nasze. Czy ktoś ma ochotę na kawę i dymka?

Są sprawy, o których w życiu po prostu wiadomo. Prawda o śmierci i podatkach — że pewne. O pijakach, że złodzieje. O psach, że fajniejsze od kotów. Wiadomo, że w miejscu kruczoczarnych włosów prędzej czy później zaczną rosnąć łyse, że po obiedzie dobrze się zdrzemnąć i że nie ma lepszej pary niż espresso i marlboro. I jeszcze jedna: że Volvo to najbezpieczniejszy samochód.

„Moje” zmienia wszystko

Powyższy śródtytuł — hasło reklamowe pewnego banku — jest tu na miejscu. Bo zapomniałem dodać, że wyliczanka z początku dotyczy pewników tylko mojego życia. Postanowiłem je sobie przypomnieć. Coraz częściej bowiem okazuje się, że pewnik z wczoraj dziś już taki nie jest. Jako odpowiedzialny dorosły muszę przyznać, że pijący wcale nie muszą kraść (ja nie kradnę!).

Łyse włosy mi nie wyrosną… bo już wyrosły, a marlboro może bym i zapalił, ale nie ma gdzie. Tu nie wolno, tam sąsiadka krzyczy, że jej śmierdzi, a w domu to tylko e-papierosa. A ten akurat nienaładowany. Naładuję! Eeee, nic z tego. Książka się ładuje.

Słyszycie? Nie mogę zapalić, bo książka się ładuje! Przecież gdybym to napisał półtorej dekady temu, redaktor wysłałby mnie na wczasy… w oddziale zamkniętym. A dziś? Książka się naprawdę ładuje. Jedni mówią, że świat oszalał. Inni, że to postęp. Niektórzy próbują przywyknąć.

Odzmotoryzowanie

Ale przywyknąć nie jest łatwo. Zmiany nabrały tempa i nadchodzą szybciej niż trwa ładowanie papierosa. I w tym wszystkim ja się muszę odnaleźć. Ty też musisz. I producent twojego auta. Tu gniotą przepisy, tam koszty. Trzeba być na czasie i w zgodzie z „trendami”. W przypadku aut prowadzi to — według mnie — do zjawiska odzmotoryzowania.

Tak się to chyba powinno nazywać, skoro od osiągów silnika bardziej liczy się dostęp do internetu. A od umiejętności prowadzenia — liczba czynności, które auto może wykonać za kierowcę. Do tego permanentnie zniechęca się do indywidualnej motoryzacji. Komu jak komu, ale Szwedom dostosowanie się do tych warunków powinno pójść doskonale. Kraj to wysoko socjalny i ekoświadomy, a Volvo zawsze raczej powściągliwe. Nie pchało się do motosportu, ale namawiało do jego uprawiania. Zamiast palenia gumy proponowało założenie rodziny. Zdobywało nagrody za podejście do bezpieczeństwa. Innymi słowy: to marka, która była poprawna politycznie, zanim jeszcze stało się to modne.

Jak więc wypada jego nowy model? Na papierze to najbardziej bezpieczny samochód świata! Poduszek w nim jak w kurpiowskiej chacie, systemów jak w Pentagonie. Jest nawet jeden taki, co to go nawet w Pentagonie nie mają — system unikania łosi (znaczy zderzeń z nimi). Chciałem zacząć od jego sprawdzenia, ale zoo było zamknięte. Ale teraz poważnie. Nie chodzi o systemy — mają je wszyscy (nawet jeśli nie te od łosi), nie chodzi o komfort — ten też jest u każdego. Chodzi o wyróżnik. A tego Volvo już — niestety — nie ma.

Trzecie pierwsze wcielenie

S80 to od 1998 r. oznaczenie flagowej (czytaj: największej) limuzyny Volvo. W 2006 r. w sprzedaży pojawiła się druga generacja, a teraz jest trzecia. Niezupełnie to prawda, bo nowy model ma oznaczenie S90, ale że zastępuje w ofercie „osiemdziesiątkę”, można przyjąć, że trzecia. O ile pierwsza od drugiej padła niedaleko, o tyle trzecia nie to nawet, że spadła z dala od jabłoni, co — w mojej ocenie — po prostu opuściła sad. Volvo odjechało. Dosłownie i w przenośni. Najpierw modelem XC90.

Pierwszym zbudowanym na nowej platformie. Teraz odjeżdża „es dziewięćdziesiątką” zabudowaną na tej samej podłodze. Odjeżdża, bo daleko mu do wszystkiego, co kojarzyłem z klimatem Volvo. Zgoda, jest minimalistyczne wnętrze, ciekawe naturalne materiały. Ale nie ma wyjątkowości. Uleciało nieuchwytne „to coś”.

Uleciało, bo jest nieuchwytne. O co mi chodzi? O to, że jak wsiadam do nowego BMW, to podświadomie porównuję je do innych BMW. To samo w Audi czy Mercedesie. Oceniam postęp, sprawdzam nowe systemy i zastanawiam się nad kierunkiem rozwoju marki. A w nowym Volvo? Zastanawiam się nad tym, jaka to marka. Pachnie czymś, czego wcześniej nie było.

To z jednej strony dobrze, ale z drugiej — brak podświadomego odniesienia do poprzednich modeli tej szacownej marki jakoś mnie mierzi. Wiecie — to jak w dowcipie o amerykańskim agencie w Związku Radzieckim. Pił jak Ruski, gadał jak Ruski, ale Ruscy zawsze kwitowali: „Ty jakiś nie nasz”. Gdy wrócił do siebie, jego mentorzy, wściekli na fiasko misji, darli się: „Nauczyliśmy cię gadać po rusku, pić po rusku i myśleć po rusku, ale wy ciemnoskórzy zawsze coś schrzanicie!”.

No właśnie. Z S90 jest tak samo. Niby jest Volvo, ale jakieś nie „nasze”.

Skąpe stajnie

Wnętrze jest niemal identyczne jak w XC90 — znaczy: bardzo przyjemne. I tu koniec chwalenia. Bo zderzyłem się z rzeczywistością tak mocno, że aż mi e-papieros z ust wypadł. Volvo zapowiadało od dawna, że rezygnuje z silników o wielu (więcej niż czterech) cylindrach i innym niż rzędowy układzie. I że po pięcioi sześciocylindrowych rzędówkach V8 i V6 zostaną najwyżej ślady na magazynowych regałach. Co więcej — tę zapowiedź spełniło w modelu XC90.

Ale dopiero w S90 zobaczyłem i uwierzyłem, że to na serio i na zawsze. Ta nowa linia silników to tak naprawdę jeden silnik. Czterocylindrowy i rzędowy. Gdzieś w połowie taśmy produkcyjnej (może trochę wcześniej) ten jedyny blok jest rozdzielany na mniejsze taśmy. Jedną dla diesla i jedną dla benzyny. I choć liczba opcji w cenniku może przyprawić o zawrót głowy (jest ich siedem), a zakres mocy to od 150 do 400 KM i do tego hybryda — ale wszystko oparte na tym samym silniku.

To źle? Nie. Ale ja — człowiek prawie starej daty — lubię mieć pod maską więcej koni niż ich teraz mieszka w Janowie Podlaskim, ale lubię też, jak nie gnieżdżą się w czterech stajniach. Wolę, jak mają luz i przynajmniej sześć lub nawet osiem pomieszczeń.

Uważam, że premium to skóra i drewno. Nawet nie tylko marka i sprzedawana z nią otoczka. Ale to również możliwość wyboru. Jeśli nawet ów wybór nie do końca jest modny.Mercedes, Audi i BMW w swoich limuzynach obok małych „poprawnych” utrzymują te „stare” wielocylindrowe. Tak po prostu. By podkreślić… w zasadzie nie wiem co. I w Volvo mi tego brakuje. Tym bardziej, że Volvo pretenduje do dołączenia do tamtej trójki.

Chińsko-amerykański pean

Na obronę Volvo mogę wysnuć przypuszczenie, że jak lat temu dziesiąt wprowadzało pierwsze trzypunktowe pasy bezpieczeństwa, to klienci i mi podobni pukali się w czoła, mówiąc: „A cóż to za pomysł?”. Teraz Volvo próbuje przekonać do tego, że 400 KM to 400 KM i bez znaczenia, czy w czterech, czy w sześciu lub ośmiu stajniach mieszka. Dodaje do tego szczyptę autonomii (automatyczny system jazdy w korkach i samoczynnie utrzymujący auto na pasie ruchu do prędkości 110 km/h).

Daje dokładnie to, czego klienci oczekują. A że jakiś dziennikarz z Polski postęka i potęskni? Trudno. Na chińskim (czyli dużym) i amerykańskim (czyli jeszcze większym) rynku na nowe S90 nikt nie stęka. I nie pyta, czy to cztery cylindry, czy osiem. Nikogo to już nie obchodzi. Wielocylindrowe silniki zaczynają być dla dzisiejszych klientów jak tradycyjne książki. Owszem, fajne. Ale e-booki są tańsze, praktyczniejsze i na czasie. A porównywanie do tego, co było, ma podobny sens, jak porównywanie zdjęcia z liceum z odbiciem w lustrze. Komuś jeszcze espresso? &

© Ⓟ