Osłupieć na widok kudłatego juhasa, siedzącego przed szałasem, posłuchać szumu buków, „pogwarić” z rodakami, zapatrzeć się we freski monastyrów to poznać kilka twarzy Rumunii.
Wędrując po Alpach Rodniańskich, najwyższym paśmie Karpat, czujemy się trochę jak Drużyna Pierścienia, a i krajobraz jest rodem z tolkienowskich powieści. Góry kryją się jedna za drugą, błyszczą jeziora, górska trawa porasta kamienistą, trochę zdziczałą drogę, równo idącą po grzbiecie. Stado koni swobodnie pasie się w dolinach.
Owce w dolinach wyglądają z dala jak setki białych kropek. Spotykamy pasterzy. Są z nimi psy. Caine ciobanesc — z dzikości podobne do wilków, wyglądem przypominają owczarka podhalańskiego. Mamałyga (kasza kukurydziana w postaci kleiku) i resztki sera to za mało dla takich olbrzymów, więc urządzają sobie samowolne polowania na dziczyznę. Zawieszony w poprzek patyk, zwisający u szyi, utrudnia im bieg pośród zarośli, co ukróca łowieckie zapędy.
— Da mi cigarette — juhasi podchodzą bliżej. To nałogowi palacze. Wzięliśmy ze sobą Marlboro — cmokają z zachwytu. Zapraszają do szałasu, podsuwają dzbany z mlekiem, płachty z serem. Zajadamy się serem urda — słodkim miękkim, świeżym. I bryndzą.
Nie zważając na barierę językową, gawędzą z nami, przetykając rozmowę francuskimi słówkami (tego języka dzieci uczą się w szkole). Dziwny to dialog. Nam szybko wyczerpują się możliwości — „sintem Lesz Polonii” (jesteśmy z Polski), „nuszti rumuneszti” (nie rozumiem po rumuńsku)... Siedzą przed nami odziani w czarne, tłuszczem usmarowane koszule i spodnie. Długowłosi, nieuczesani, przypominają legendarnych rozbójników. Tutejsi górale to twardy i zahartowany naród.
W lasach rośnie sporo buków. Choć ustępują liczebnością świerkom, to właśnie od nich wywodzi się ludowa nazwa tego regionu. Bukowina leży częściowo na Ukrainie (północ) i w Rumunii (południe). Południowa część to największe zgromadzenie tartaków i składów lewego drewna. Ludzie drewnem palą, z drewna budują. Nic nie dają ogrodzenia i zamykanie lasu na szlaban.
A przecież w folklorze Bukowiny przetrwał żywy do dziś kult drzew. Dziecko tuż po narodzeniu jest ofiarowywane drzewu, które ma nad nim czuwać — w nim mieści się siedlisko mocy i siedziba bóstw. Dorodność tego drzewa dobrze wróży człowiekowi, a uschnięcie —przynosi złą wróżbę i symbolizuje śmierć.
Na Bukowinie nadal rzuca się klątwy i odczynia uroki; pogańskie zwyczaje mieszają się z kościelnymi wierzeniami.
Święto Matki Boskiej Zielnej obchodzone jest zarówno przez Kościół zachodni, jak i wschodni — wierzy się, że poświęcone 15 sierpnia zioła mają siłę odpędzania złych mocy. Okadza się nimi zwierzęta domowe, zatyka na kolibie pasterskiej. Rzesze pielgrzymów przybywają w ten dzień do Kaczyki na odpust. Mnóstwo ludzi narodowości rumuńskiej, ukraińskiej, niemieckiej, żydowskiej i polskiej.
— Dzień dobry — uśmiecha się szczerbatą buzią blond dziewczyneczka.
— Skąd jesteś? — ucho wyławia znajome dźwięki, zresztą spodziewamy się tu naszego języka.
Kaczyka to polska enklawa w Rumunii, z kilkusetletnią tradycją. Właśnie tu raz do roku na odpuście spotyka się Polonia bukowińska, zamieszkująca okoliczne wsie — Pojanę Mikuli, Nowy Sołoniec, Pleszę. Podobno pierwsi Polacy przyjechali do Kaczyki z Wieliczki pod koniec XVIII wieku. Austriacy sprowadzili ich do pracy w kopalni soli.
Aby dostać się do Nowego Sołońca, trzeba przebyć 9 km, najczęściej pieszo. Rumuńska dacia to nieczęsty widok, z autobusami też krucho. Przy odrobinie szczęścia da się wsiąść na fajton, czyli konny wóz, traktowany jak taksówka. Zabieramy po drodze babcię.
— Masz cigarety? A wódkę? Bóg da zdrowie waszej rodzinie i koniowi... Był Ceausescu — były autobusy, odszedł Ceausescu — odeszły autobusy — komentuje sytua- cję transportu publicznego w Rumunii. Starsi z nostalgią wspominają czasy, gdy ceny były niskie, emerytury wysokie, a państwo zapewniało niemały pakiet socjalny... Skąd my to znamy?
Główna ulica: szkoła, sklepiki z napisem „Magazyn mix”, apteka, knajpy, kościół, cmentarz. Domek przy domku. Jak eksponaty w skansenie: wszystkie drewniane, kryte gontem. Idąc wzdłuż zagród, staram się zajrzeć w głąb. To trudne, szczególnie Rumuni starannie chronią swoje domostwa przed ludzkim okiem wysokimi zdobionymi bramami, zza których oślepiają złoceniami i srebrzeniami studnie. Na opłotkach dywany, wieszane od ulicy, by sąsiedzi widzieli. Przepych, chociaż dziurawe dachy, pochylone wychodki z pokruszonych cegieł...
Każdy bogaty ma wóz, konia, pierzyny i psa, zza otwartej furtki widać indyki i pełno kur — wygdakują rytm życia. Ale niewielu tu bogatych... Na ulicy upaćkane dzieci grzebią w śmietnikach, plują, rzucają kamieniami — nic z chuligaństwa, po prostu bawią się tym, co mają. Obdarzone cukierkami nie odstępują na krok.
— Chcesz do magazynu? Tam jest wszystko! — wykrzykują.
„Wszystko” to najprostsze towary (tanie), na sztuki papierosy, alkohol na kieliszki. Pod sklepem nasi rodacy. Próbuję zapamiętać ich twarze. To niełatwe, bo wszystkie zmęczone, podobne, stare: nawet w wieku 20 lat wygląda się tu na 10 lat więcej. Na głowach znoszone czapeczki Nike, Adidasa, przy boku przestarzałe komórki. Do kościoła spieszy barwny tłum w strojach ludowych... Pomieszanie z poplątaniem.
Dom Polski. Tu zanocujemy. Wewnątrz świetlica, biblioteka. Trwają próby zespołu ludowego „Sołonczanka”. Ciekawie to brzmi. I wygląda. Wirujący korowód —raz dziewczyn, raz chłopców. Męskie głosy „hu, huu”, potem przytup i dziewczęce głosy „iiiiiii”. Szaleńczy rytm, długie popisy solowe — to hora, charakterystyczny taniec rumuńskiej Bukowiny.
Odwiedzamy jednego z Bukowian. Bezgraniczna gościnność:
— Zawsze można tu spać, jak mnie nie będzie. Klucz na ganku.
Smażymy makrelę i pijemy kawę „ekspresową”. Dwie godziny, zanim napali się w piecu i porąbie drwa. Nie ma talerzy, zjadamy na kartonie po papierosach. Na piecu herbata z mięty, ziemniaki dla świń, dla domowników mamałyga z mlekiem, dla gości — bryndza, słonina usturoi (czosnek), ceapa (cebula), piine (chleb). Smakuje wszystko! A najbardziej podkradane zwierzakom kartofle.
Wieczór... Kto nie ma forsy, śpi. Inni siedzą w knajpie. Bary sołonieckie to zjawisko z pogranicza gastronomii i folkloru. Centrum życia stanowi bar U Tekli — miejsce kultowe dla przybyszy z Polski. Tu przy radiu na cały regulator tubylcy snują rozmowy, śpiewają, piją alkohol, urządzają awantury...
Mówią w dwóch językach — rumuński podobny jest do włoskiego, znaczna część współczesnej Rumunii znajdowała się przecież kiedyś w obrębie Imperium Romanum. Nasz polski ma tu charakterystyczny zaśpiew. Ludzie ze smutkiem przyznają, że mieszają staropolski z rumuńskim:
— My nie mówimy, my gwarimy.
Łatwo pociągnąć ich za język. Dowiadujemy się między innymi, że Polska ma świetną drużynę piłkarską i dobrego prezydenta. „Droga Aleksandra” powstała tu po jego wizycie w 1996 r. Spadł wtedy deszcz i nie było łatwo dojść do limuzyny. Asfalt był praktycznym darem dla Polonii rumuńskiej. Prezydent nazwał wieś małą Warszawą. Szczycąc się, że są mieszkańcami największej polskiej wioski (ponad 780 osób), z upodobaniem podają tę nazwę przyjezdnym. Polska jawi im się jako egzotyczna kraina:
— Tu długo jeszcze nic się nie zmieni. U nas wszystko ręcznie się robi — kosą, a u was są maszyny...
Wstają o świcie, niezależnie kiedy się położą. W chałupie czeka robota: stolarka, wyrób chomąt, ozdób z poroża jeleni, pędzenie bimbru, oporządzenie gospodarstwa, praca w polu. Ciekawe wyroby rękodzielnicze, jak hafty, instrumenty muzyczne, dzwonki, uprzęże, siodła, szerokie pasy ciobańskie, kubraki pasterskie, dzbanki, beczki — zawędrują na targ do Gura Humorului.
Z kunsztownych wyrobów bednarskich słynie Plesza. Dość nietypowa to wioska, chyba najmilsza z tych, które odwiedziliśmy. Niewielka — żyje tam jakieś 100 osób. Nietypowa, bo zamiast w dolinie, położona pod grzbietem, na stoku góry o tej samej nazwie. Nietypowa, bo niemalże w stu procentach zamieszkała przez Polaków. Dowiadujemy się o tym, gdy w odpowiedzi na nasze wyćwiczone rumuńskie „buna ziua” (dzień dobry), jedna z miejscowych gospodyń odpowiada: „A to wy nie Polacy?”.
Trafiamy do domu młodego poety i rzeźbiarza — Bolka Majerika. Poznajemy dom po rzeźbie w oknie. Częste ma takie wizyty z Polski. Ofiarowuje nam tomik wierszy „Wcielenie słowa”. Prowadzi na wielkie wapienne głazy narzutowe za wioską, pokazuje swoje rzeźby i płaskorzeźby w nich wyryte. Oglądamy Skałę Jastrzębia — w niej wyrzeźbione postacie: Jezusa, Matki Boskiej, lwa.
Ciężkie, zwaliste bryły klasztoru, dachy w kształcie grzybowego kapelusza, sceny biblijne malowane na zewnętrznych ścianach, wnętrza okopcone dymem z setek cieniutkich świec. Monastyry z XV i XVI wieku przetrwały wiele, są na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Słyną z fortyfikacji i wspaniałych malowideł. Każdy znajdzie coś dla siebie — malutki klasztor w Moldovicie — z freskami w czerwonej tonacji oraz z potężnymi obronnymi murami, klasztor w Sucevicie — z zielonymi malowidłami, czy też Voronet — perła malarstwa z olbrzymim przedstawieniem Sądu Ostatecznego.
Warto przyjść tu wcześnie rano lub poczekać do wieczora i przenocować w klasztornym hotelu. Wówczas świątynia pustoszeje, a zabudowania klasztorne zaczynają żyć własnym, odwiecznym rytmem. Wtedy można usłyszeć charakterystyczne stukanie drewnianych kołatek, bicie dzwonów, wziąć udział w nabożeństwie i w spokoju podziwiać malowidła.
Gdyby Bóg postanowił spędzić wakacje na Ziemi, z pewnością na wypoczynek wybrałby Bukowinę — głosi stare powiedzenie z czasów monarchii austro-węgierskiej. Ktoś, dla kogo ważniejsze niż spanie w kilkugwiazdkowych hotelach jest poznawanie nowych światów i ludzi, nie wyjedzie z Rumunii rozczarowany. Póki bukowińskie góry nie są jeszcze zadeptane, a kraina ta przyciąga swą historią, zabytkami i gościnnością mieszkańców, szkoda by było tam nie zawitać.
La revedere! (do zobaczenia!). Drum bun! (szczęśliwej drogi).
