KNF podcięła skrzydła Bocianowi

Gazetowa reklama obligacji omal nie wywróciła Everest Finanse. Choć firmę oczyszczono z podejrzeń, nadal figuruje na czarnej liście KNF

Parafrazując wieszcza, można by napisać: gdybyś ty, bocianie, cicho w mateczniku siedział, nigdy by się o tobie KNF nie dowiedział. Everest Finanse z Poznania, właściciel marki Bocian Pożyczki, chciał się jednak pochwalić w ogólnopolskiej gazecie, jak dobrze idzie mu biznes, i w maju 2012 r. wykupił reklamę w „Pulsie Biznesu”, stylizowaną na artykuł prasowy, zatytułowany „Obligacje wysokiego lotu”.

NADZÓR Z BRONIĄ W RĘKU: Lista ostrzeżeń publicznych to groźne narzędzie w rękach Komisji Nadzoru Finansowego. Po dwóch latach życia z piętnem przedstawiciele Everest Finanse są przekonani, że zasady umieszczania na niej firm powinny zostać doprecyzowane. [FOT. S. ŁASZEWSKI]
Zobacz więcej

NADZÓR Z BRONIĄ W RĘKU: Lista ostrzeżeń publicznych to groźne narzędzie w rękach Komisji Nadzoru Finansowego. Po dwóch latach życia z piętnem przedstawiciele Everest Finanse są przekonani, że zasady umieszczania na niej firm powinny zostać doprecyzowane. [FOT. S. ŁASZEWSKI]

We wstępie napisał, że „kieruje do inwestorów propozycję inwestycyjną” — zakup obligacji o wartości 20 mln zł w ramach niepublicznej oferty. Tyle o emisji, reszta „artykułu” jest wyłącznie o osiągnięciach spółki, wysokiej dynamice sprzedaży i przychodów.

Dwa razy pięć

Tym razem reklama nie przekształciła się w dźwignię handlu, a o mały włos nie stała się gwoździem do trumny Everestu. Początkowo nic nie zapowiadało burzy. Spółka znalazła inwestorów, szykowała się do emisji. Wtedy uderzył grom. Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) zawiadomiła policję o podejrzeniu popełnienia przez Everest przestępstwa polegającego na złamaniu ustaw o obligacjach i Prawo bankowe.

Chodziło o przedstawienie oferty publicznej — choć reklama wyraźnie zastrzega, że chodzi o emisję niepubliczną — bez niezbędnych zezwoleń i niedopełnienie obowiązków informacyjnych.

Naruszenie prawa bankowego miało polegać na prowadzeniu działalności bankowej bez zezwolenia. Za pierwsze przestępstwo grozi 5 mln zł grzywny i do 5 lat więzienia. W drugim przypadku — ograniczenie wolności do 3 lat i również 5 mln zł. KNF umieściła Everest Finanse na liście ostrzeżeń publicznych, gdzie znalazł się on w doborowym towarzystwie m.in. Amber Gold, bo wszystko wydarzyło się właśnie w okresie rozpadu złotej piramidy z Trójmiasta.

Posypały się też plany Everest Finanse. Afera wybuchała, kiedy spółka była już gotowa do wprowadzenia papierów na Catalyst. Przedstawiciele giełdy dali jednak delikatnie, acz jasno do zrozumienia, że to nie jest najlepszy pomysł, i obligacje nie trafiły do notowań.

— Mimo pełnej współpracy i niezwłocznego dostarczenia wszelkich dokumentów sprawa ciągnęła się dwa lata. W tym czasie spółka była traktowana przez otoczenie biznesowe jak skazana prawomocnym wyrokiem — mówi Zbyszko Pawlak, dyrektor generalny Everest Finanse.

Jak twierdzi, pojawiły się problemy z dostępem do kredytu, a niektóre banki odmawiały założenia zwykłego rachunku. Niektórzy dostawcy usług spółki wymagali wpłacenia kaucji, argumentując taką potrzebę zwiększonym ryzykiem współpracy związanym z wpisem na listę ostrzeżeń KNF. W tym czasie policja przesłuchała wszystkich 53 obligatariuszy i przekazała sprawę prokuratorze, która w czerwcu 2013 r. umorzyła postępowanie. KNF odwołała się od decyzji. I tu dopiero zaczęły się korowody. Najpierw Sąd Rejonowy Warszawa Śródmieście, do którego trafiłozażalenie, uznał, że nie jest właściwy do rozstrzygania sprawy, i odesłał akta na Wolę.

Tamtejszy sąd również stwierdził brak właściwości i przekazał sprawę do Poznania, ale tu miejscowy sąd, również podnosząc niewłaściwość miejscową, wszedł w spór kompetencyjny z Warszawą i zwrócił się do Sądu Okręgowego w Poznaniu o rozstrzygnięcie. Dopiero druga instancja uznała, że zażalenie powinno zostać rozpatrzone w Wielkopolsce.

W lutym tego roku sąd wydał postanowienie, w którym podtrzymał decyzję prokuratury, stwierdzając, że „reklama (…) nie stanowiła propozycji nabycia, a właśnie reklamę (…) stąd nie musiała spełniać warunków propozycji”. Jeśli natomiast chodzi o podejrzenie prowadzenia działalności parabankowej, polegającej na gromadzeniu pieniędzy, sąd wskazał, że w tym przypadku chodziło o emisję obligacji z przeznaczeniem na pożyczki, a to „nie wymaga zezwolenia”, ale „prowadzenie tych czynności przez inny podmiot niż bank jest dozwolone”.

Wpis jak tatuaż

Sprawa zakończona, a Everest Finanse… wciąż widnieje na liście ostrzeżeń publicznych.

— Zgodnie z nowelizacją ustawy o nadzorze, lista ostrzeżeń stała się wykazem podmiotów, wobec których KNF wysyła zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa lub w przypadku których przystąpiła do postępowania, korzystając z uprawnień pokrzywdzonego — usłyszeliśmy w komisji.

Everest Finanse nadal więc jest na indeksie, a adnotacja na jego temat tym tylko odróżnia się od pozostałych, że zawiera dopisek o umorzeniu prokuratorskiego dochodzenia. — Po prawie dwóch latach życia z piętnem jesteśmy przekonani, że zasady stosowania narzędzia, jakim dysponuje regulator rynku finansowego, powinny być doprecyzowane, ograniczając je do uprawdopodobnionych przewinień, czyli spraw, w których prokurator co najmniej postawił zarzuty — uważa Zbyszko Pawlak.

Mimo problemów spółka wyemitowała obligacje i chociaż nie znalazły się na Catalyst, Everest regularnie publikuje raporty, tak jakby papiery były notowane. Udało się też zrealizować cel, jaki przyświecał emisji, czyli zbudować sieć oddziałów w całym kraju. Obecnie pod szyldem Everest Finanse działają 24 placówki. Firma zatrudnia 1,6 tys. pracowników, którzy w 2013 r. udzielili pożyczek za 165 mln zł (+18 proc. r/r). Zysk netto wyniósł 20 mln zł (+19,5 proc.).

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / KNF podcięła skrzydła Bocianowi