Koalicja rządowa zależy od... listonosza

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-10-04 00:00

W Niemczech trwają przygotowania do utworzenia koalicji jamajskiej (od zestawienia kolorów ugrupowań), w Polsce, przynajmniej na razie, mamy koalicję... pocztową. Bo opartą na listach. Wiele lat temu, ustami — nomen omen braci (tyle że nie bliźniaków) — Zielińskich, Skaldowie podzielili się z nami „medytacjami wiejskiego listonosza”, w których konstatował on, że „ludzie listy piszą, zwykłe, polecone”, a on ma ciężką torbę i oczekuje szacunku.

Mimo rosnącej popularności poczty elektronicznej niewiele się w tej mierze zmieniło (bo listonoszom przybyło choćby ulotek reklamowych — również wyborczych), a jeszcze koalicjanci, z niewiadomych przyczyn, postanowili kontaktować się ze sobą za pomocą listów. Kazimierz Marcinkiewicz, kandydat na premiera, pochwalił się, że napisał list do Donalda Tuska. Dowiedziawszy się o tym, Bronisław Komorowski stwierdził, że list co prawda jeszcze nie doszedł, ale kiedy dojdzie, to oczywiście Marcinkiewicz odpowiedź dostanie, by nie pomyślał, że w PO są niegrzeczni ludzie. A jak listonosz zgubi któryś z listów, to co: nie będzie koalicji?

Tymczasem kandydat na premiera z nieznanego polityka drugiego szeregu z dnia na dzień stał się pierwszym showmanem Rzeczypospolitej. Po prezentacji pięciu filarów polityki gospodarczej swego rządu (przytaczamy je obok, dla porządku, ale komentarza chyba one nie wymagają — wystarczy je przeczytać) pisze listy, zaprasza, przyjmuje zaproszenia, oznajmia... Oznajmił np., że przedstawione przez PiS propozycje gospodarcze będą kosztować 12-14 mld złotych i zostaną rozłożone na dwa lata. Kwota pokaźna, ale zapewne i to byśmy wytrzymali, gdyby przyszły premier chociaż jednym słowem zająknął się, jakie będą ich efekty. Bo ja — być może w swojej naiwności — sądziłem dotąd, że propozycje gospodarcze służą zarabianiu, a nie kreowaniu kosztów. Ale może się myliłem? Albo to jakaś inna ekonomia...