Scenariusz prywatyzacji PZU, od samego zarania, był zmieniany tak wiele razy, tak wiele występowało w nim nagłych zwrotów akcji, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, że — tak naprawdę — nigdy nie istniał. Oczywiście podstawą wszystkiego była umowa prywatyzacyjna z listopada 1999 roku, w wyniku której Eureko wraz z BIG Bankiem Gdańskim kupiły 30 proc. akcji tego towarzystwa. Powstaje jednak przekonanie, graniczące z pewnością, że już w momencie podpisywania umowy prywatyzacyjnej była ona nie do zaakceptowania dla jej głównych kreatorów. Zupełnie inaczej, przede wszystkim swoją pozycję i wpływy widział w prywatyzowanym gigancie ubezpieczeniowym jego ówczesny prezes Władysław Jamroży.
Po wielu bezskutecznych próbach udało się odwołać prezesa Jamrożego, w związku z układami stanowiska utraciło dwóch ministrów skarbu, fotel prezesa PZU SA był jak krzesełko na karuzeli — tak często zmieniali się zasiadający w nim. Jeszcze nie zdążyli rozpakować wszystkich swoich rzeczy osobistych, a już trzeba było zbierać je do tekturowego pudełka. Zresztą ci, którzy robili to samodzielnie, i tak mieli wiele szczęścia, bo niektórym pomagali policjanci albo ochroniarze. Cały proces wokółprywatyzacyjny można porównać do krzywej będącej ilustracją funkcji zbieżności interesów rządzących i konsorcjum Eureko-BIG Bank Gdański. Po krótkiej jedności korelacja ta osiągnęła wartość ujemną, by w ubiegłym roku, drogą administracyjnych zabiegów, znowu stać się jednością. Idylla trwała jednak krótko, bo przyszły wybory, przyjechał walec, a w roli jego kierowcy wystąpił Wiesław Kaczmarek.
Zrozumienie racji obu stron konfliktu nie jest — wbrew pozorom — wcale takie trudne i nie potrzeba tutaj ani przenikliwości, ani elastyczności rabina. Ministrowi skarbu państwa umowa podpisana przez jego poprzedników nie musi się podobać i wcale nie musi mieć ochoty na jej realizację. Eureko z kolei „już było w ogródku, już witało się z gąską” i trudno pogodzić mu się z utratą takiego korzystnego kąska. Tym bardziej że umowy podpisane (aż za dużo), pieniądze wypłacone (czy za dużo czy za mało to kwestia dyskusyjna) — stoi więc na gruncie konieczności dotrzymywania umów.
Na początku kwietnia, w komentarzu „Trzy ścieżki Kaczmarka w sprawie PZU i Eureko”, zastanawialiśmy się nad możliwymi scenariuszami, według których rozwijała się będzie akcja. Założyliśmy „Trzy x K”: konsultacja, konfrontacja, kapitał. Konsultacje już były i obie strony zgodnie, choć przedstawiciele Eureko bardziej stanowczo, stwierdziły, że nie ma o czym rozmawiać. Konfrontacja właśnie weszła w nową fazę. Panowie spod znaku płaszcza (kolor zależy od orientacji politycznej) i kapelusza z dużym rondem przeszukują, przesłuchują, zatrzymują. Oczywiście nikt nie sugeruje, że zleceniodawcą i koordynatorem tych działań jest minister skarbu państwa, (w końcu śledztwo w sprawie wyprowadzenia z PZU milionów złotych pod pretekstem kupna nieruchomości trwa już wiele miesięcy), ale wiadomo, że interesuje się nimi nie tylko minister sprawiedliwości Barbara Piwnik, a również premier poprosił o bieżące informowanie.
Przedmiotem badania są nie tylko działania przestępcze, ale również — co oczywiste — brak nadzoru. Przy tym nadzorze trzeba jednak pamiętać, że obciąża to obie strony, w równej mierze przedstawicieli Eureko, jak i Skarbu Państwa, tyle że „starego” Skarbu, a Eureko jest to samo. Ponadto warto wiedzieć, że — w uproszczeniu — trzydzieści groszy z każdej ukradzionej złotówki należało do Eureko. W taki czy inny sposób oskarżony jest praktycznie cały były zarząd towarzystwa, jeden z jego członków Grzegorz Wieczerzak, zwany na tę okoliczność Grzegorzem W., nawet siedzi, a o Władysławie Jamrożym, w końcu prezesie tego towarzystwa i kreatorze umowy z Eureko, cicho, jakby wszyscy zapomnieli. To interesujące.
Polityczne naciski na rząd polski w sprawie PZU ze strony Unii już zaczynają słabnąć i analitycy są zgodni, że nie będą miały wpływu na nasze negocjacje w sprawie członkostwa. Czekamy więc na wypełnienie trzeciej części scenariusza. Zmiany partnerów kapitałowych.