Kolekcja fluktuacyjna

opublikowano: 03-12-2021, 14:00

Deweloper, specjalista od kupowania nieruchomości, które nie są na sprzedaż, i wielki koneser motoryzacji. Kolekcjoner? Tak, ale nie aut. Emocji.

Auto musi mieć to coś:
Auto musi mieć to coś:
Uwielbiam samochody z charakterem. To właśnie osobowości w nich szukam. Te cechy wbrew pozorom nie są zarezerwowane wyłącznie dla najdroższych aut czy konkretnych marek. Nie są też domeną konkretnego segmentu – twierdzi Bartosz Kazimierczuk, prezes Tower Investments.
Grzegorz Kawecki

Bartosz Kazimierczuk jest prezesem giełdowej spółki Tower Investments. To deweloper, który specjalizuje się w obsłudze sieci usługowo-handlowych. Spółka wyszukuje nieruchomości pod markety spożywcze, dyskonty, restauracje fast food czy stacje benzynowe. Kupuje nieruchomość, uzyskuje konieczne pozwolenia, projektuje i buduje. Klasyczna deweloperka. W jednym z wywiadów z Bartoszem Kazimierczukiem usłyszałem, że specjalizuje się też w kupowaniu rzeczy, które… nie są na sprzedaż. O co chodzi?

– Najwięcej czasu spędzamy na poszukiwaniu nieruchomości. Siłą rzeczy kupujemy dosyć niewielkie działki pod stacje paliw czy punkty usługowe. Tymczasem w miastach działek pod zabudowę wolnostojącą i do tego pod atrakcyjnymi adresami jest coraz mniej. Musieliśmy zacząć szukać alternatywy, np. parterów w budynkach jednorodzinnych. Ale nasza podstawowa działalność to wyszukiwanie działek pod obiekty wolnostojące. I tu zaczyna się czystej krwi development, bo nie kupujemy działek, które są na sprzedaż. Szukamy miejsc, które według analiz są najkorzystniejsze dla klienta, a nasza praca polega na znalezieniu właściciela i przekonaniu go, żeby ta działka na sprzedaż była. Trzy lata temu postanowiliśmy wykorzystać nasz know-how we współpracy z deweloperami mieszkaniowymi, widząc, że tam jest bardzo duże zapotrzebowanie na nowe tereny. Dlatego od pewnego czasu obsługujemy w tym zakresie także i takie podmioty – opowiada Bartosz Kazimierczuk.

Znaleziony w ruinach

Tak się zaczęło:
Tak się zaczęło:
Studiowałem w Berlinie i tam na szrocie kupiłem Forda Escorta. A w zasadzie to, co kiedyś nim było. Parę miesięcy składaliśmy ten samochód – wspomina Bartosz Kazimierczuk.
archiwum prywatne Bartosza Kazimierczuka

Praca była drogą do motoryzacyjnej pasji? Proszę nic nie mówić! Widzę to tak: podczas poszukiwań właściciela nieruchomości, którą Tower Investments chce kupić, trafia pan na podwórko, na którym znajduje wrośnięty w płot motoryzacyjny klasyk. Rodzi się pomysł, miłość i pasja. Tak było?

– Zupełnie nie tak, ale z jednym wyjątkiem – śmieje się biznesmen

A jak było?

Jego zainteresowanie motoryzacją zrodziło się znacznie wcześniej. Wówczas nie wiedział nawet, w jakiej branży będzie pracował. Jego ojciec był majsterkowiczem. Przynosił samochody w workach i składał je do kupy.

– Można powiedzieć, że swój pierwszy samochód nie tyle znalazłem w ruinach, ile znalazłem ruinę. Podobnie jak tata, przyniosłem go w worku. Studiowałem w Berlinie i tam na szrocie kupiłem Forda Escorta. A w zasadzie to, co kiedyś nim było. Parę miesięcy składaliśmy ten samochód – wspomina Bartosz Kazimierczuk.

Potem kupował to, na co pozwalała mu zawartość portfela. Dorabiał w Niemczech, rozwożąc pizzę.

– To były marzenia na miarę początku lat 90. ubiegłego stulecia. Wtedy atrakcyjne były samochody japońskie. Toyota MR2 czy Celica, Nissan 200SX. Co więcej, te marzenia były osiągalne nawet dla mnie. Trochę mocniej używany egzemplarz kosztował kilka tysięcy marek, a ja przez kilka miesięcy mogłem tyle odłożyć. Odkładałem. Miałem każdy z wymienionych modeli. Potem zacząłem pracować – opowiada biznesmen.

Kilka chwil temu wspominał, że naszkicowana przeze mnie historia początków jego pasji motoryzacyjnej jest zupełnie nieprawdziwa – z jednym wyjątkiem. Jakim?

– Prawdą jest, że praca była do niej drogą. A ściślej – umożliwiła mi kontynuowanie i rozwijanie zainteresowań – przyznaje prezes Tower Investments.

Kumpel po fachu

Formuła 1:
Formuła 1:
Bartosz Kazimierczuk odwiedza też wyścigi – interesuje się Grand Prix i lubi atmosferę padoków.
Grzegorz Kawecki

Dziś mówi, że niektóre samochody postrzega jako zbiorowe dzieła sztuki. Że o ile obraz działa na naszą wyobraźnię i zmysł estetyki, utwór muzyczny na nasz zmysł słuchu, o tyle wyjątkowe auto na wszystkie zmysły, poza smakiem. Jednocześnie. To takie zbiorowe dzieło sztuki, które w codziennym użytkowaniu potrafi wpływać na zmysły. I dawać radość i doznania porównywalne z tymi, jakie wiążą się z doświadczaniem sztuki.

Ile aut jest w jego kolekcji?

– Nie jestem kolekcjonerem samochodów. Czasem oglądam programy telewizyjne o pasjonatach, którzy mają garaże na 50 czy 100 samochodów, a ich zbiory są warte dziesiątki milionów dolarów – to są kolekcjonerzy. Ja się śmieję, że u mnie to kolekcjonerstwo jest takie trochę przechodnie. Taka fluktuacyjna kolekcja, która zawiera trzy do pięciu aut. One się często zmieniają, bo pojawiają się nowe cele, nowe marzenia, no i możliwości. Ale i tak, żeby spełnić jedno marzenie, muszę zrezygnować z innego. Stąd fluktuacja – mówi deweloper.

To inne pytanie. Jakie auta stoją obecnie w jego garażu?

– Jeśli zbiera pan obrazy, ludzie powiedzą, że jest pan mecenasem sztuki. Jeśli wydaje pan mnóstwo pieniędzy na unikatowe płyty czy sprzęt do słuchania muzyki, będą mówili: meloman. Jeśli natomiast usłyszą, że pan kupuje samochody, usłyszy pan, że jest bufonem i snobem. To jeden z powodów, dla których raczej nie chwalę się swoim garażem – ucina z przekąsem Bartosz Kazimierczuk.

Dodaje, że nie kupuje aut dla inwestycji ani dla podniesienia poczucia własnej wartości.

– Najzwyczajniej w świecie uwielbiam auta z charakterem. To właśnie osobowości w nich szukam. Te cechy wbrew pozorom nie są zarezerwowane wyłącznie dla najdroższych aut czy konkretnych marek. Nie są też domeną konkretnego segmentu. Samochód raz jest opiekunem, raz budzi respekt. Raz urzeknie jego historia, innym razem kształt. Innymi słowy, samochód musi mieć to trudno definiowalne coś, mimo że często jest to coś innego. Uwielbiam tą rozmaitość. Uwielbiam też o tym rozmawiać i pisać – przyznaje Bartosz Kazimierczuk.

To może trzeba było wybrać karierę dziennikarza motoryzacyjnego?

– Proszę mi wierzyć, że gdybym nie robił tego, co robię, byłbym nim. Opowiadanie i pisanie o samochodach przez wiele lat było moim niespełnionym marzeniem. Ponieważ nikt nie chciał drukować tego, co mam do przekazania, stworzyliśmy z przyjaciółmi magazyn „Stock Market”. Tam publikuję motoryzacyjne felietony i nikogo nie muszę pytać o zdanie – śmieje się biznesmen.

O czym pisze? Zdecydowanie więcej o emocjach niż o technice.

Bondowskie rozczarowanie

Przez pół Europy:
Przez pół Europy:
Niespełna dekadę temu Bartosz Kazimierczuk przewiózł należące do przyjaciela Ferrari 360 Challenge Stradale z południa Francji do Polski. Na kołach. Wówczas zakochał się w Ferrari. To marzenie zrealizował kilka lat temu, ale jego wybór padł na Ferrari 430.
archiwum prywatne Bartosza Kazimierczuka

Największe motoryzacyjne oczarowanie? Zdecydowanie Ferrari. Marzył o bliższym poznaniu auta tej marki. Ale to niełatwe. Niespełna dekadę temu nadarzyła się okazja. Przewiezienie należącego do przyjaciela modelu 360 Challenge Stradale z południa Francji do Polski. Na kołach.

– Niemal zgłosiłem się na ochotnika, bo wcześniej nie miałem okazji jeździć Ferrari. A tym bardziej niemal wyczynowym 360 Challenge Stradale. W towarzystwie żony – wówczas ciężarnej – przemierzyliśmy tym autem pół Europy. Było niewygodnie, ale też bardzo emocjonująco. Do tego stopnia, że zakochałem się w Ferrari, które natychmiast stało się moim marzeniem. Zrealizowałem je kilka lat temu – przyznaje Bartosz Kazimierczuk.

Wybór padł na 360 Challenge Stradale?

– Nie. Kupiłem używane Ferrari 430, ale cywilną wersję. Akurat taką, jaka była w zasięgu możliwości finansowych. Pamiętam dzień, w którym przyprowadziłem auto do domu i stanęło wreszcie w garażu. Żona się pukała w głowę, bo całą noc spędziłem w tym garażu. Postawiłem sobie krzesełko, otworzyłem butelkę wina i tak siedziałem i patrzyłem. Dziś już go nie mam. Ale miło wspominam – mówi biznesmen

Rozczarowanie? Owszem, było. Bartosz Kazimierczuk jako wielki miłośnik Jamesa Bonda chciał mieć Astona Martina DB9.

– Podziwiałem tę markę. Kupiłem używanego Astona Martina DB9 i ten samochód był naprawdę… rozczarowaniem. On po prostu kiepsko jeździł. Jego właściwości były nieporównywalne z tym, co reprezentują sobą Porsche czy Ferrari. Stale się psuł. Był moim największym rozczarowaniem – wspomina Bartosz Kazimierczuk.

Zraził się do marki? Nic z tych rzeczy. Jego największym motoryzacyjnym marzeniem, niemal Graalem, nadal jest jeden z modeli Astona Martina.

– Pewnie nigdy nie spełnię tego marzenia, bo to czyste szaleństwo. Aston Martin DB5. Uważam, że jest najpiękniejszym samochodem. Ale mówimy o milionie euro. To absolutna abstrakcja. Pewnie nawet gdyby mnie było stać, to nie pozwoliłbym sobie. Ale tak, to jest mój Graal. Nagrodą pocieszenia jest model DB11, który zrehabilitował przykre doświadczenia dziewiątki. Jeremy Clarkson ocenił, że to pierwszy Aston, który jeździ lepiej niż wygląda. Zgadzam się z tą opinią. Na pewno bardzo bym chciał, żeby do garażu wróciło jakieś Ferrari. Ale wiem, że nie będzie to jeden z aktualnych modeli. Są za bardzo kosmiczne. Może F355 Spider z lat 90. – zastanawia się Bartosz Kazimierczuk.

Prawdziwy klucz

Plany:
Plany:
Bardzo bym chciał, żeby do garażu wróciło jakieś Ferrari. Ale wiem, że nie będzie to jeden z aktualnych modeli. Są za bardzo kosmiczne. Może F355 Spider z lat 90. – zastanawia się prezes Tower Investments.
archiwum prywatne Bartosza Kazimierczuka

Trudno znaleźć klucz to kolekcji Bartosza Kazimierczuka, poza tym emocjonalnym. Jak już wydaje się, że mam trop – nie stawia na nowe auta – szybko ucina:

– Przy niektórych nowych autach rzeczywiście potrzebuję czasu. Dlatego zazwyczaj stawiam na samochody z drugiej ręki. Ale są wyjątki. Jednym z nich jest najnowsza odsłona Porsche 911 [992 – red.]. Auto, które mnie rzuciło na kolana już od nowości. Nie chciałem czekać, aż pojawi się na rynku wtórnym. Zamówiłem tak szybko, jak to było możliwe. To jest najładniejsza 911, jaka kiedykolwiek opuściła fabrykę – zdradza Bartosz Kazimierczuk.

W motoryzacyjnych wyborach zdecydowanie kieruje się sercem. Nie inwestuje w auta. Może dlatego, że często to mało racjonalne decyzje. Po prostu: ten, bo ten. Nawet jeżeli ma gorszą cenę, niż powinien mieć.

– Dlatego inwestycja odpada, bo ta musi być przemyślana – wyjaśnia Bartosz Kazimierczuk.

Czy przyjęty przez niego emocjonalny klucz budowania fluktuacyjnej kolekcji wyklucza auta elektryczne?

– Rzeczywiście, po pierwszej przejażdżce samochodem elektrycznym uznałem, że to koniec historii motoryzacji. Że benzyna w mojej krwi nigdy tego nie zaakceptuje. Do czasu, kiedy miałem okazję pojeździć Porsche Taycanem. Uważam, że geniusz inżynierów Porsche pokazał, że z elektrycznego auta też da się zrobić coś, co budzi emocje. I choć to emocje innego rodzaju, są powalające. A emocje zawsze będą dla mnie w motoryzacji najważniejsze – kwituje Bartosz Kazimierczuk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane