Kolekcjonerzy piękna

Mirosław KonkelMirosław Konkel
opublikowano: 2014-03-28 00:00

Miłość do sztuki to jedno, a zmysł inwestycyjny i analityczny to coś zupełnie innego – przekonują bracia Jan i Szymon Wróblewscy, właściciele deweloperskiego i hotelarskiego holdingu Zdrojowa Invest i… coraz okazalszej kolekcji obrazów, rzeźb i zabytkowych mebli.

— Są jak autobusy, zawsze pojawią się następne— tak o okazjach biznesowych powiedział kiedyś miliarder Richard Branson. Podobnie do swojej pasji podchodzą bracia Jan i Szymon Wróblewscy. Nigdy nie kupią czegoś, co ma zawyżoną cenę, nawet jeśli bardzo im się to podoba. Sztuka jest bogata — podkreślają. Jak nie ta rzecz, to inna, jak nie teraz, to potem, jak nie w Polsce, to za granicą. Tak czy owak — nigdy nie zabraknie pięknych przedmiotów, które bez przepłacania młodzi biznesmeni będą mogli dołączyć do swej coraz bogatszej kolekcji. Składają się na nią obrazy, grafiki i rzeźby, meble w stylu art déco i modernistycznym, instrumenty muzyczne i zastawy obiadowe, broń biała i prochowa, a także stare gazety i książki. Ale od początku...

Sasnal jeszcze się nie znalazł

Szymon (31 lat) i Jan (29 lat) wychowali się w Kołobrzegu, gdzie ich rodzice od lat 90. prowadzą sanatorium Jantar SPA. To od nich odebrali pierwsze lekcje przedsiębiorczości. Po maturze wybrali Szkołę Główną Handlową i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Zdobytą na wykładach wiedzę natychmiast wcielali w życie — jako inwestorzy.

— Zamieszkaliśmy w lokum podarowanym nam przez rodziców, ale wkrótce postanowiliśmyje sprzedać, by mieć kapitał na własny biznes. Potem kupiliśmy kolejne mieszkanie i znów szybko znaleźliśmy nabywcę. Transakcję powtórzyliśmy jeszcze kilka razy, by wystartować z pierwszym condohotelem — wspomina Szymon Wróblewski.

Jeszcze na studiach dzierżawili latem ośrodek wypoczynkowy nad samym morzem w Kołobrzegu, w którym — wraz z młodszą siostrą — zajmowali się wszystkim. W 2006 r. zarejestrowali pierwszą spółkę grupy Zdrojowa Invest, a rok później kupili ten obiekt za pieniądze uzyskane ze sprzedaży indywidualnym inwestorom apartamentów w czterogwiazdkowym Sand Hotel, którego budowę już wówczas prowadzili. Równolegle z przedsięwzięciami biznesowymi rozwijała się ich miłość do pięknych przedmiotów, co zaowocowało kolekcją Jan i Szymon Wróblewski Art Collection.

— Właściwie ta pasja pojawiła się dużo wcześniej — uściśla Szymon. I opowiada, jak jeszcze w czasach licealnych wypatrzył w internecie XIX-wieczny stół z miedzianym blatem z ornamentami. Trzeba było jechać po niego do Niemiec, ale co tam stracony czas i zużyte paliwo! Siła wyższa. Taki zabytek trzeba było po prostu mieć. Niebawem upodobaniem do ładnych rzeczy zaraził się też młodszy brat. Po swą pierwszą zdobycz również musiał się udać za zachodnią granicę. Były nią meble art déco, których pozbywali się właściciele likwidowanego mieszkania.

— Na początku studiów polowałem głównie na obrazy młodych nieznanych twórców, studentów ASP, bo tylko na to pozwalał mi budżet. Niestety, na drugiego Sasnala jakoś nie trafiłem — uśmiecha się Jan.

Sztuka może mieć charakter użytkowy

W miarę rozwoju biznesu braci Wróblewskich zaczęły się pojawiać większe możliwości finansowe. Dopiero od kilku lat stać ich na sztukę z najwyższej półki. Dziś mają w kolekcji dzieła wybitnych lub przynajmniej uznanych twórców, m.in. obrazy Wojciecha Weissa, Jerzego Kossaka i Dariusza Kalety czy rzeźby Romualda Wiśniewskiego i Wiktora Szostały. Czym się kierują przy wyborze?

— Nie chodzi nam wcale o określone epoki, style, szkoły artystyczne czy popularne nazwiska. Liczy się aspekt wizualny. Ponadto sztuka powinna być ściśle związana z miejscami, w których prowadzimy działalność biznesową — tłumaczy Jan Wróblewski.

Przykładem jest Szklarska Poręba. Kiedy bracia postanowili otworzyć tam hotel, zaczęli lepiej poznawać miasteczko. Okazało się, że przed wojną mieszkał w nim dziś już nieco zapomniany, ale w latach 30. bardzo sławny artysta niemiecki Hermann Hendrich. Malarz stworzył w tej dolnośląskiej miejscowości Halę Legend, czyli cykl płócien nawiązujących do mitologii germańskiej.

— Powojenne nastroje nie sprzyjały kultywowaniu takiej spuścizny. I owa kolekcja została — wedle jednej wersji — rozkradziona, a według drugiej — spalona. Na szczęście część dzieł Hendricha w Polsce ocalała i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które nie należą teraz do nas — informuje Jan. Nie mniej interesująca jest historia amerykańskiej strzelby z drugiej połowy XIX w., która zdobi warszawską siedzibę holdingu Zdrojowa Invest.

— Gdy skończyła się wojna secesyjna, Amerykanie wyprzedali część broni. Ten egzemplarz trafił przez Francję do Kołobrzegu. W tym mieście po prostu byli przetrzymywani francuscy jeńcy. Karabin musieliśmy oddać do renowacji, o czym świadczy choćby nowa drewniana kolba, ale było warto — opowiada z satysfakcją Szymon.

Dla zwykłych zjadaczy chleba

Około 30 proc. eksponatów znajduje się w hotelach grupy. Mają cieszyć oczy gości. I nadawać wnętrzom niepowtarzalny klimat.

— Każdy nasz obiekt zaprojektował inny architekt i nawet jeśli jest bardzo nowoczesny, nawiązuje do lokalnej historii, kultury, tradycji czy przyrody. Są w nich meble, dywany, wykładziny, tapety stworzone przez designerów specjalnie dla nas. Lecz cóż lepiej oddaje charakter miejsca niż sztuka, która w nim powstała? — zastanawia się Jan.

Co równie ważne, zbiory braci Wróblewskich mogą podziwiać również ludzie, których nigdy nie będzie stać na pobyt w pięciogwiazdkowych obiektach, takich jak Baltic Park Molo w Świnoujściu czy Marine Hotel w Kołobrzegu (w tym drugim podczas Euro 2012 nocowała reprezentacja Danii). W ramach strategii CSR (społeczna odpowiedzialność biznesu) Zdrojowa wspiera m.in. Galerię Sztuki Współczesnej w kołobrzeskim ratuszu. A sponsoring obejmuje organizację wystaw, spotkań z młodymi twórcami i wypożyczanie eksponatów. Za taką działalność holding otrzymał od tamtejszego Regionalnego Centrum Kultury tytuł Mecenasa Kultury.

Kolekcjonerska emerytura?

Dzieła sztuki młodzi przedsiębiorcy znajdują w internecie, w domach aukcyjnych, a czasem ktoś zwyczajnie przychodzi i mówi, że na strychu, w piwnicy natknął się na coś starego i ciekawego.

— Podejrzewam, że w prywatnych domach w Szklarskiej Porębie są jeszcze dziesiątki obrazów Wlastimila Hofmana, ucznia Stanisławskiego, Wyczółkowskiego i Malczewskiego, którego Sztaudynger nazwał tak pięknie malarzem wewnętrznego blasku — wskazuje Szymon.

— Niekiedy ludzie podają zawyżoną cenę. Wtedy z transakcji nici. Bo miłość do sztuki to jedno, a zmysł analityczny absolwentów SGH i wytrawnych biznesmenów to coś zupełnie innego — dodaje Jan.

Przed „przestrzeleniem” finansowym chroni go także coś jeszcze.

— Sporo czytam, spotykam się z innymi kolekcjonerami i ekspertami od renowacji. Utrzymuję kontakt z międzynarodowymi organizacjami, które zrzeszają podobnych do mnie entuzjastów. Jeżdżę też na sympozja naukowe. To wszystko sprawia, że w lot potrafię odróżnić wartościową rzecz od kiczu — wyjaśnia.

Wróblewscy nigdy nie pokusili się o wycenę swojej kolekcji. Bo nie chcą jej spieniężyć. Wciąż uważają swe zbiory za nader skromne. Zwłaszcza gdy porównują je do tego, czym mogą się pochwalić inni koneserzy. Choćby tacy, którzy odeszli z biznesu na kolekcjonerską emeryturę. Też by tak chcieli? Przynajmniej młodszemu z braci taki scenariusz wydaje się atrakcyjny. Tyle że za 30-40 lat.

Możesz zainteresować się również: