Był rok 2007. Wielu giełdowych inwestorów wpadło w pułapkę podatkową. Dzięki trwającej jeszcze hossie, realizowało wtedy potężne zyski. Problem polegał na tym, że kilka miesięcy później trzeba było zapłacić wysoki podatek. A wtedy na giełdzie trwała już bessa. W skrajnych przypadkach, w kwietniu 2008 roku portfele inwestorów były mniejsze, niż wartość płaconego podatku! Przykład ten dobrze pokazuje, jak ważne na giełdzie jest myślenie nie tylko o zyskach, ale również o optymalizacji podatkowej. Zwłaszcza, przed końcem roku.
Mijający rok można uznać za nadzwyczaj udany. WIG rósł niemal przez cały rok i kończy go na 40-procentowym plusie. Wielu inwestorów zrealizowało zapewne wiele zyskownych transakcji. Podatek, który trzeba będzie zapłacić do końca kwietnia na podstawie przysłanych wcześniej szacunków biur maklerskich (PIT-8C), może być więc wysoki. Co zrobić, aby był niższy? Są na to sposoby.
Przede wszystkim trzeba poszukać kosztów podatkowych. Należy przejrzeć swój portfel giełdowy. Może znajdą się w nim jakieś drogie akcje i niezrealizowane dotąd straty. Jeśli tak, to najlepszy czas, aby je uciąć (sprzedane akcje po chwili można oczywiście odkupić po zbliżonej cenie). Zwłaszcza, że kolejny rok może nie być już tak udany. Należy przy tym pamiętać o zasadzie FIFO (najpierw z rachunku znikną akcje kupione najwcześniej) oraz kilkudniowym rozliczeniu transakcji na giełdzie. Dla akcji wynosi trzy dni, dla obligacji – dwa dni, a dla kontraktów – jeden dzień. Dla fiskusa ostatnie w tym roku będą poniedziałkowe transakcje (z 28 grudnia). A co, jeśli na rachunku są akcje spółek wycofanych z giełdy (np. upadłego Krosna)? Problemu nie ma. Aby rozliczyć powstałą stratę wystarczy zawrzeć cywilno-prawną umowę z minimalną ceną sprzedaży.
Co z pozostałymi kosztami? Wielu inwestorów dokształca się nie tylko w różnego typu kursach czy szkoleniach, ale kupując na przykład książki o inwestowaniu. Według doradców podatkowych uznanie takich wydatków za koszty podatkowe przez inwestorów jest jednak ryzykowne. Urzędom skarbowym może się to nie spodobać. Podobnie z resztą jak wrzucenie w koszty podatkowe całej prowizji i oprocentowania od kredytów, które zaciągnięto na zakup akcji sprzedawanych w ofercie publicznej (np. niedawno debiutującej na giełdzie PGE). Według fiskusa inwestor może to robić, ale jedynie do wysokości (w proporcji) udziału, jaki przypada na papiery wartościowe nabyte faktycznie z kredytu. W przypadku wysokiej redukcji w IPO fiskus uważa więc, że kredyt nie został tak naprawdę wykorzystany i kwestionuje jego koszty w rozliczeniu podatkowym. Inna sprawa, że aby myśleć o rozliczeniu jakichkolwiek kosztów kredytu, trzeba wcześniej sprzedać „lewarowane” akcje.
Idealnym rozwiązaniem dla zarobionych inwestorów byłby udział w emisji z prawem poboru. Pozwoliłoby to opóźnić moment płacenia podatku przesuwając zyski na kolejny rok. Im niższa cena emisyjna, tym lepiej. Powód? Akcje, po przyznaniu praw poboru, potanieją mniej więcej o ich wartość. I jeśli przecenione akcje sprzedamy, to zrealizujemy dużą stratę. Aby cała operacja miała sens, trzeba objąć nowe akcje i potrzymać je co najmniej do Sylwestra. Niestety w tym roku nie będzie już takich „emisyjnych” okazji.
A co, jeśli mimo wszystko nasze tegoroczne saldo giełdowych zysków i strat jest ujemne? Jest to całkiem możliwe, bo po bessie niektórzy zrealizowali w końcu potężne straty. Wtedy trzeba przejrzeć portfel w poszukiwaniu tanich akcji. Jeśli są takie, to dobrym rozwiązaniem wydaje się chwilowe zrealizowanie zysków, aby poprawić niekorzystny bilans. Jeśli nie – to nic straconego. Inwestor wzbogaci się o tzw. tarczę podatkową. Stratą trzeba będzie się „pochwalić” fiskusowi w zeznaniu, aby móc ją wykorzystać w przyszłości, czyli pomniejszyć o stratę ewentualny dochód w kolejnych latach (w jednym roku można odpisać maksymalnie połowę straty z danego roku). Jest na to pięć lat.