Popyt ciągnie wyniki firm w górę, ale szczyt jest coraz bliżej
Ogólna poprawa wyników giełdowych spółek w pierwszym kwartale nie powinna być zaskoczeniem. Polska gospodarka znajduje się na ścieżce dość szybkiego wzrostu. Problem w tym, że coraz trudniej będzie jej rosnąć. Nad niektórymi sektorami gospodarki zbierają się jednak czarne chmury.
Wzrost przychodów i zysków firm notowanych na GPW, które są barometrem całej gospodarki, najłatwiej można wytłumaczyć szybkim wzrostem PKB. Według szacunków Ministerstwa Finansów, skoczył on o sześć procent. To pokazuje, że znajdujemy się w zupełnie innym miejscu cyklu koniunkturalnego, niż balansujące na krawędzi recesji Stany Zjednoczone czy ospała Europa Zachodnia. W pierwszych trzech miesiącach tego roku produkcja przemysłowa (w cenach stałych) wzrosła o 8,5 proc. w porównaniu do takiego samego okresu przed rokiem. Wynik byłby zdecydowanie lepszy, gdyby nie wzrost zaledwie o 0,9 proc. w marcu. Miejmy nadzieję, żo to jest tylko silny efekt wczesnych świąt wielkanocnych, a nie zwiastun zmiany trendu. Sprzedaż detaliczna wzrosła bowiem o blisko 16 proc. i to ona jest motorem wzrostu gospodarki. Jej utrzymująca się dwucyfrowa dynamika świadczy o dużej sile krajowego popytu. Rozwojowi gospodarki sprzyjają także inwestycje budowlane, które w pierwszym kwartale mocno poszły w górę. Do użytku oddano o ponad 76 proc. więcej mieszkań przeznaczonych do sprzedaży lub wynajmu niż rok wcześniej.
Wielu spółkom nie udało się jednak utrzymać wysokiej dynamiki wzrostu zysków z powodu drożejących surowców (zboża, metale), energii czy rosnącej presji płacowej. Ta była wyraźnie widoczna również w pierwszym kwartale. Przeciętna płaca brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosła w rok o 6 proc., do 3,14 tys. zł w marcu. Zyski eksporterów zmniejszył także mocny wzrost notowań złotego. Nasza waluta zyskała na wartości względem euro od grudnia do marca (wg średnich miesięcznych) o prawie 2 proc. To nie katastrofa. Jednak w porównaniu rok do roku różnica przekracza 10 proc. Przed krótkotrwałymi wahaniami kursu złotego można się wprawdzie bronić na rynku terminowym, ale walka z trendem już się nie opłaca. Dlatego polscy eksporterzy mogą dobrze zarabiać tylko wtedy, gdy efektywnością prześcigną konkurentów z Zachodu. Tracimy bowiem miano kraju niskokosztowego.
Niektóre spółki nie musiały przejmować się przeciwnościami natury makroekonomicznej. W przypadku KGHM, Puław czy Polic globalne trendy pozwoliły na uzyskanie często rekordowych zysków. Rosnące ceny miedzi widoczne są w wynikach KGHM, a nawozowa hossa w rezultatach Puław i Polic. O ile wysokie ceny metali mają szanse utrzymać się również w przyszłych kwartałach, o tyle eksperci są zgodni, że przez pierwsze trzy miesiące roku firmy nawozowe przyniosły już dużą część zysków rocznych. Po wykorzystaniu hossy na rynku oferowanych produktów będą musiały zmierzyć się z rosnącymi kosztami energii, wynagrodzeń pracowników czy coraz mniej opłacalnym eksportem.
Polskie firmy odczuły mocne spowolnienie gospodarki Stanów Zjednoczonych tylko poprzez duże spadki kursów na GPW. Wymiana handlowa Polski z USA jest śladowa (2-3 proc.). Możliwe osłabienie naszego eksportu w tym kierunku z powodu malejącego popytu za Atlantykiem, nie było zauważalne. Spowalniają jednak również gospodarki strefy euro, do której trafia połowa naszego eksportu. To może osłabić wyniki wielu spółek w przyszłych kwartałach. Dla całej gospodarki, a szczególnie dla popytu konsumpcyjnego napędzającego ją, nie powinno oznaczać to nagłego zatrzymania. Eksport stanowi bowiem w Polsce około 40 proc. PKB, podczas gdy na przykład na Słowacji — blisko 70 proc. Niewielka gospodarka naszych południowych sąsiadów ucierpi więc zdecydowanie mocniej na ewentualnym osłabieniu popytu zagranicznego. Szok mentalny może być w jej przypadku większy, bo wzrasta ona obecnie w tempie 7,5 proc. Pamiętajmy jednak, że mniejszy wzrost pozostaje nadal wzrostem. A o stagnacji czy recesji w naszym regionie nie ma na razie mowy.
Adrian Boczkowski