Reżyser Marek Piwowski od lat przygotowuje dalszy ciąg kultowego „Rejsu”, a Stanisław Tym przymierza się do sekwelu niemniej popularnego „Misia”. Po co? W Ministerstwie Finansów leży gotowy scenariusz filmu, przy którym bledną arcydzieła krajowej komedii satyrycznej.
Oto paliwo olejowe występuje w dwóch postaciach — tańszej, służącej do ogrzewania i droższej, przeznaczonej do napędu silników. Pojawia się pokusa, by lać do baków olej opałowy. Technicznie to ten sam produkt. Łapać złodzieja, bo ponosimy straty — grzmi lobby wielkich koncernów naftowych, wskazując na mniejsze firmy handlujące paliwami. Te cichutko zaprzeczają. Ich zdaniem, problem nie jest wcale taki wielki i można mu łatwo zapobiec.
Ale resort finansów daje wiarę wielkim, zarządza zmasowane kontrole i zapowiada podniesienie podatku akcyzowego na „opał”, tak by ceny się wyrównały (pytanie, dlaczego w tym samym celu nie obniżyć podatku na „napęd”, jest towarzyskim faux pas). Cóż z tego, gdy kontrole kończą się niczym: zaledwie kilka procent przypadków podmian to jeszcze nie jest wielka afera. Tyle że kontrole zostały przeprowadzone w sposób nadmiernie rutynowy. Sprawdzano baki ciężarówek na szosach, a przecież elementarna logika podpowiada, że chodzi raczej o traktory rolnicze, kombajny i inne maszyny polowe. Kontrolowano mniejsze firmy paliwowe, a nie chłopów, którzy masowo leją do zbiorników olej opałowy, kupiony przecież zupełnie legalnie.
Zatem nikt już nie wie, czy jest problem, czy go nie ma. Ale podwyżka podatku najpewniej będzie, bo taka jest zawsze i wszędzie natura fiskusa. Oczko mu wypadło, temu misiu.