Banki mają za sobą trzy chyba najbardziej pracowite tygodnie w ostatnich dekadach. Zaczęło się od organizacji gigantycznego przedsięwzięcia logistycznego, jakim było przestawienie biznesu na pracę zdalną. Najtrudniejszym zadaniem było przeniesienie i ustawienia bezpiecznych łączy dla pracowników odpowiedzialnych za kluczowe obszary, głównie pionu IT, odpowiedzialnego za bezproblemowe funkcjonowanie systemów związanych z płatnościami elektronicznymi i gotówkowymi.
Cash is the king
Kolejny tydzień pokazał, jak ważna to była kwestia, ponieważ klienci zaczęli bardzo intensywnie używać kart płatniczych, a wkrótce potem ruszyli po wypłaty do bankomatów i oddziałów. Według naszych informacji ruch był tak duży, że bankowcy naradzali się z KNF i NBP, czy nie wprowadzić dziennego limitu na osobę w wysokości 3 tys. zł. Nie chodziło o to, że w skarbcach bankowych i banku centralnego zabraknie pieniędzy (choć w pewnym momencie zostały w nim głównie banknoty o nominałach 200 zł i 500 zł), ponieważ sektor jest nadpłynny i, odwołując się do retoryki z kryzysu 2009 r., „śpi na pieniądzach”. Problem był natury logistycznej: na rynku jest kilka firm rozwożących pieniądze, a ich moce przerobowe, przy popycie kilkukrotnie przewyższającym zwyczajowe zapotrzebowanie, były na wyczerpaniu. Drugi argument na rzecz reglamentacji był taki, żeby ograniczyć ruch w oddziałach w związku z bezpieczeństwem epidemicznym pracowników.
— Żeby zniechęcić klientów do brania gotówki, padła propozycja, żeby informować ludzi o niebezpieczeństwie zarażenia się poprzez kontakt z pieniędzmi. Ale kiedy pomyśleliśmy, jak poczują się kasjerki w sklepach po takim komunikacie, zrezygnowaliśmy. NBP zaczął zresztą dezynfekować gotówkę, więc straszak i tak zdałby się na nic — opowiada jeden z bankowców.
Brzmi to nieco anegdotycznie, ale bankowcom specjalnie do śmiechu nie było, tym bardziej że po wypłaty zaczęli ustawiać się starsi ludzie, najbardziej narażeni na kradzieże i wyłudzenia. Ostatnie dni potwierdzają zresztą te obawy w związku z rozwijającym się procederem oszustw „na dezynfekcję mieszkania”, która zastąpiła „metodę na wnuczka”. Jak tylko fala popytu na gotówkę opadła, gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na walutę. Jak zawsze w czasach niepewności ludzie zwrócili się w kierunku dolara (i częściowo euro). To pierwszy powód. Drugi miał prawdopodobnie związek z rozliczeniami z kontrahentami na Białorusi i Ukrainie, którzy żądali twardej waluty. O ile ze złotym problemów w kraju nie ma, gdyż trzeba tylko uruchomić maszyny drukarskie, to zapasy waluty zaczęły się wyczerpywać w bankach, a w związku z zamknięciem połączeń z USA nie można było wysłać samolotu za ocean. Banki poradziły sobie w ten sposób, że wyczarterowały samolot z LOT-u i kupiły dolary w bankach szwajcarskich. Z naszych informacji wynika, że łącznie zrealizowane zostały trzy kursy. Całą operacją zarządzał PKO BP, który też zaopatruje konkurentów w walutę, gdy zgłoszą takie zapotrzebowanie.
— Zapotrzebowanie na waluty osłabło i wraca do poziomu sprzed dwóch tygodni — mówi przedstawiciel jednego z banków.
Wakacje 2020
Kolejnym wyzwaniem, z jakim mierzą się banki, jest akcja „wakacje kredytowe 2020”. Na razie brakuje informacji co do skali zainteresowania. ZBP podał kilka dni temu liczbę 30 tys. wniosków, ale z naszych informacji wynika, że dotyczy ona tylko jednego-dwóch banków. Banki potwierdziły, że po pierwszej dość wysokiej fali wniosków nastąpił spadek.
— Kredytobiorcy zdali sobie sprawę, że prolongata ma określoną cenę, że jest to rozwiązanie faktyczne dla tych, którzy potrzebują finansowego oddechu ze względu na problemy finansowe, a nie niskooprocentowanego kredytu — mówi nam bankowiec.
Główny problem z wakacjami polega właśnie na braku zrozumienia, na czym to rozwiązanie polega. Nie ma też nadzwyczajnego zainteresowania wakacjami wśród firm. W jednym z trzech największych banków w piątek łączna wartość odroczonych kredytów (razem z leasingiem) wyniosła 15 proc. portfela klientów MŚP.
Spadek o jedną trzecią
Na razie niewiele pracy mają pracownicy zajmujący się sprzedażą w bankach. Procesowane są wnioski złożone jeszcze przed ogłoszeniem stanu epidemicznego, realizowane wypłaty z promes dotyczące kredytów hipotecznych. Bankowcy mówią, że firmy dość często wykorzystują przyznane limity. Nowego biznesu zarówno wśród klientów detalicznych, jak i firmowych jest niewiele. Mocno spadła sprzedaż kredytów hipotecznych, co jest o tyle zrozumiałe, że wymagają one działań, które, w związku z restrykcjami koronawirusowymi, są trudne do przeprowadzenia, jak np. sporządzenie operatu szacunkowego. Kredyty gotówkowe też sprzedają się znacznie słabiej, bo klienci nie zadłużają się na poczet remontów, komunii i świąt.
— Notujemy spadek zainteresowania wizytami w oddziałach — klienci odpowiedzialnie zostają w domu, nie korzystają z sieci placówek banku bez ważnej potrzeby. Widzimy wzrost zainteresowania bankowaniem w kanałach zdalnych, odnotowaliśmy wyraźny wzrost liczby otwarć kont na selfie — mówi Katarzyna Żądło, rzecznik Pekao.
Wyhamowanie akcji kredytowej widać po danych Biura Informacji Kredytowej. W tygodniu 15-21 marca banki wysłały do BIK 250 tys. wniosków o weryfikację danych od wnioskujących o kredyt, czyli o 33 proc. mniej niż tydzień wcześniej, 8-14 marca, kiedy zapytań było 365 tys. W porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. spadek wyniósł 41 proc. W przypadku firm pożyczkowych zjazd jest nieco mniejszy, bo wyniósł 15 proc. tydzień do tygodnia, a w ujęciu rocznym 27 proc. Inna dynamika niż w sektorze bankowym może w pewnym stopniu wynikać z tego, że BIK od tego miesiąca dysponuje w pełni miarodajnymi danymi i ma pełny obraz rynku pożyczkowego, gdyż podpisał już umowy ze wszystkimi pożyczkodawcami. Niemniej dane wskazują na wyraźnie rysującą się tendencję na rynku finansowym.
Niższa dynamika w przypadku pożyczek może wynikać z tego, że jest to produkt dostępny online w ramach prostego procesu. W bankach duża część wniosków przechodzi przez oddziały. Ograniczenia związane z epidemią koronawirusa istotnie ograniczyły znaczenie tego kanału sprzedaży. Nasi rozmówcy z banków twierdzą, że po okresie spowolnienia sprzedaż zaczyna stopniowo odżywać. Procesowane są nie tylko stare wnioski ale w ograniczonym zakresie prowadzona jest akwizycja, zawężona jednak do własnych klientów.
— Jeśli ktoś szuka w internecie produktów, to korzystając z leadów, możemy mu przedstawić ofertę kredytową — mówi bankowiec.