Kowalski nie chce kiełbasy wyborczej

Ponad dwie trzecie Polaków mówi „nie” publicznemu rozdawnictwu. Dla reszty priorytetem są wyższe płace, a nie obniżka VAT czy wyższa kwota wolna od podatku

Nikt ci tyle nie da, ile kandydat obieca i nie ma znaczenia — na prezydenta czy tylko posła. Wyborcza sztafeta wciąż trwa. Na razie pałeczkę trzymają kandydaci na głowę państwa, ale już za chwilę zastąpi ich rzesza chętnych w wyścigu do parlamentarnych ław. Dlatego przed wyborami nie jest pytaniem, czy politycy będą robić obywatelom prezenty, tylko jakie i za ile.

Chociaż deficyt w budżecie będzie ciążył jeszcze długo, to rząd ma już możliwości i chęci, żeby podzielić się z Polakami owocami rozpędzającej się gospodarki. Pomaga w tym zbliżające się wielkimi krokami zdjęcie z nas przez Komisję Europejską finansowego kagańca — procedury nadmiernego deficytu.

Pas wciąż zaciśnięty

Kowalski twardo stąpa jednak po ziemi i woli pozostać na diecie, niż żywić się kiełbasą wyborczą. Taki wniosek płynie z badania przeprowadzonego przez IQS na zlecenie „Pulsu Biznesu”. 68 proc. badanych uważa, że jeszcze nie czas na zdecydowane popuszczanie pasa, jedynie 32 proc. chce większych wydatków, nawet kosztem wyższego deficytu.

— To zaskakujący wynik. Szczególnie w świetle wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich oraz wielkości poparcia dla kandydata, który zapowiada cofnięcie podniesienia wieku emerytalnego. Wydaje się, że Polacy nie rozumieją, że cofnięcie tej reformy oznacza zwiększenie tylko w przyszłym roku zadłużenia o 5 mld zł — komentuje Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Co ciekawe — za polityką oszczędności opowiadają się głównie ludzie młodzi — ponad 70 proc., i z wykształceniem średnim — 73 proc., oraz wyższym — 76 proc. Wśród Polaków, który zakończyli edukację na poziomie podstawowym, aż 42 proc. mówi „tak” większemu wydawaniu, chociaż i tutaj przeważają oszczędni.

— To znaczy, że obywatele chcą, aby ich problemy były rozwiązywane, ale niekoniecznie przez rozluźnianie polityki fiskalnej — mówi Jakub Borowski.

Wyższa płaca nie popłaca

Chociaż pensje w całej gospodarce rosną, to po wynikach badań widać, że nie w takim stopniu, aby zaspokoić apetyt Kowalskiego. 37 proc. ankietowanych, którzy uważają, że czas wydawać lżejszą ręką, chce podwyżek płacy minimalnej.

— Aspiracje dochodowe Polaków wciąż nie są zaspokojone. To znajduje odzwierciedlenie szczególnie w sytuacji młodych na rynku pracy — uważa Jakub Borowski. Jego zdaniem, widać to wyraźnie w badaniach Narodowego Banku Polskiego, który spytał emigrantów, jaka pensja skusiłaby ich do powrotu do kraju. Największy odsetek tych, którzy wyjechali za chlebem na Wyspy czy do Niemiec, mówi: około 5 tys. zł na rękę, a to znacznie więcej niż dzisiejsza średnia krajowa.

Eksperci wskazują, że priorytety Polaków są o tyle zaskakujące, że płaca minimalna bardzo rosła w ostatnich latach — w porównaniu z 2007 r. jest dzisiaj niemal dwukrotnie wyższa.

— Pensja to jest jednak coś namacalnego i dostrzegalnego w portfelu natychmiast, dlatego pewnie podwyżki są priorytetem, a nie wcześniejsza obniżka VAT — mówi ekonomista Credit Agricole.

Potwierdza to badanie IQS — jedynie 27 proc. uważa, że jeśli rząd ma się dzielić z obywatelami znalezionymi gdzieś zaskórniakami, to powinien obniżyć VAT. Ze wzrostem płacy minimalnej przegrywa również podniesienie kwoty wolnej od podatku — 15 proc. wskazań, chociaż pozostaje ona zamrożona od 7 lat.

Nie ma darmowego lunchu

Ekonomiści wskazują, że ustawowe podniesienie najniższych pensji to strzał w stopę, nie tylko władzy, ale także Kowalskiego. Dlaczego? Bo stracimy konkurencyjność, która wciąż stoi niskimi kosztami pracy i tutaj długo nic się nie zmieni.

— Bez odpowiedniej konkurencyjności kosztowej nie byłoby takich hitów eksportowych, jak nasza żywność czy meble. Zbyt wysoka najniższa pensja dotknie najbardziej te regiony, gdzie bezrobocie i tak jest już wysokie, a płace najniższe — podkreśla Jakub Borowski. Jego zdaniem, to gospodarka powinna napełniać portfele, a nie polityczne decyzje.

— To byłaby droga na skróty i ten słynny darmowy lunch, a — jak wiadomo — takich nie ma. W dłuższym terminie zapłacimy rachunek w postaci zniszczonej konkurencyjności — twierdzi ekonomista Credit Agricole. © Ⓟ

OKIEM EKSPERTA

Najpierw nadwyżka

PROF. STANISŁAW GOMUŁKA

główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów

W dobrych czasach powinniśmy dążyć w finansach publicznych do nadwyżki, bo w czasach trudniejszych — gdy będzie recesja bądź silne spowolnienie gospodarki — i tak będziemy notowali deficyt. Tylko mając wypracowane solidne zapasy, możemy się uchronić przed tym, że przy złej koniunkturze deficyt znów urośnie powyżej 3 proc. PKB. Zatem dzisiaj rząd absolutnie nie ma się czym dzielić z obywatelami. Wprost przeciwnie,wymagamy od siebie zbyt mało, jeśli chodzi o dalszą konsolidację fiskalną. 1 proc. deficytu, jaki rząd chce mieć w 2018 r., to nie jest ambitny cel, a nawet Komisja Europejska zwraca nam uwagę, że to, co dzisiaj proponuje się w Polsce, wystarczy zaledwie do utrzymania deficytu tuż poniżej wymaganych 3 proc. Potrzebne jest więc myślenie nie o tym, jak rozdawać, ale jak zwiększać bezpieczeństwo finansowe państwa. To wymaga albo zwiększenia dochodów, albo ograniczenia wydatków, a tego bez reform się nie osiągnie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu