Kredyt na kredyt też nie jest za darmo

Paweł Zielewski
opublikowano: 2002-05-28 00:00

Kredyt na spłatę kredytu? Pomysł co najmniej dziwny, ale w pewnych okolicznościach bardziej niż sensowny. Te okoliczności to np. karta kredytowa z 40-proc. oprocentowaniem (a mówią, że lichwa jest w Polsce karalna!) i kredyt mieszkaniowy.

O ile trudno znaleźć bank skłonny pożyczyć pieniądze na spłatę „plastikowego” kredytu w innym banku, to rynek tonie w kredytach na spłatę kredytu mieszkaniowego.

Skąd ta popularność ponownego zadłużania? Pewnie z prostego rachunku — klienci patrzą na oprocentowanie pożyczki. Ta przeznaczona na spłatę jednej jest zwykle o wiele tańsza. Przynajmniej teoretycznie. Złożyć wniosek o taki kredyt na kredyt jest łatwo. Gorzej, że to wciąż jest kredyt razem z jego potężnymi warunkami co do dokumentacji niezbędnej bankowi i — sprawa niewstydliwa, ale przemilczana — opłatami za jego rozpatrzenie i udzielenie.

To niekiedy zmienia postać rzeczy i fakt bezsporny, że raty nowego kredytu czasami będą niższe nawet o kilkaset złotych, przestaje cieszyć tak, jak powinien. Problem w tym, że banki (co zrozumiałe) nie tylko z założenia nie ufają klientom, ale rzadko kiedy ufają sobie nawzajem. Z tego powodu na palcach jednej ręki można policzyć instytucje ślepo wierzące w rzetelność dokumentacji przedstawionej w innym banku przed uzyskaniem w nim pożyczki na dom. Dla klienta oznacza to jedno — ponowną szarpaninę ze zbieraniem papierków i opłaty, których przy tej okazji nie da się uniknąć.

Ale nie można popadać w pesymizm, a już w ogóle poddawać się fałszywym wnioskom, że skorzystanie z takiej oferty jest nieopłacalne. Jest, tylko że w trochę dłuższej perspektywie. Klient rzeczywiście odnosi korzyść. Z drugiej strony — o wiele większą odnoszą banki.

Po pierwsze — odbierają sobie klientów, którzy kiedyś, w dalszej przyszłości, być może będą skłonni zapożyczyć się w banku-dobroczyńcy. Po drugie — klient, który weźmie kredyt na spłatę kredytu mieszkaniowego rzadko kiedy nie fiknie koziołka z radości i nie podzieli się swoim szczęściem ze znajomymi. Taka — nieświadoma — rekomendacja banku przyjaznego i wyciągającego z kłopotów znaczy o niebo więcej niż tony najbardziej kolorowych ulotek z hasłem „To my jesteśmy najfajniejsi na rynku”.

W końcu po trzecie — samo istnienie tego rodzaju pożyczek na pożyczki może świadczyć o tym, że banki zaczynają rozumieć, iż polski rynek domaga się jakiejkolwiek rzeczywistej normalności.

To jednak klienta niewiele obchodzi. On tylko liczy. I jeśli zrobi to dobrze — będzie spać spokojniej.