LEKTURY
Globalizacja i decentralizacja
Dwudziesty pierwszy wiek upłynie pod znakiem narastającej globalizacji w skali światowej, a zarazem postępującej decentralizacji w ramach społeczeństw narodowych. Te dwie tendencje — uważają eksperci Banku Światowego — wcale nie muszą być przeciwstawne. Z punktu widzenia przyszłości świata i jego możliwości rozwojowych ważne jest, aby rządy poszczególnych państw umiały się do tych zjawisk właściwie dostosować, odpowiednio przekształcając swe instytucje i politykę.
Globalizacja odzwierciedla rosnący stopień integracji gospodarki światowej. Z jednej strony jest ona wynikiem niezwykle szybkiego postępu technicznego w naszych czasach, w szczególności rozwoju technik informatycznych i łączności, a z drugiej — stała się możliwa dzięki coraz ściślejszemu współdziałaniu państw w ramach rozmaitych organizacji międzynarodowych.
Z kolei na rzecz rosnącej decentralizacji działają istotne siły odśrodkowe: w tym coraz wyższy poziom wykształcenia społeczeństw, innowacje technologiczne umożliwiające łatwą cyrkulację pomysłów i idei. Rządy narodowe reagują na tę presję w różny sposób. Coraz więcej państw przyjmuje system demokratyczny, zakładający zwiększoną aktywność obywatelską mieszkańców. Władze centralne coraz częściej dzielą się odpowiedzialnością i dochodami z władzami regionalnymi i lokalnymi.
„Nowe Życie Gospodarcze“
W drodze do UE
Po grudniowym szczycie w Helsinkach, gdzie ustawiono Polskę w dłuższej kolejce do Unii i praktycznie rozwiano nadzieję na przyjęcie w 2003 r., rodzimi eurokraci posmutnieli. Trudno, myślą sobie, ze ślubu na razie nici, to niech przynajmniej pierścionki zaręczynowe będą z prawdziwego złota. Czy Bruksela, fundując różne programy przedakcesyjne, chce ukoić własne wyrzuty sumienia — czy też dać trochę, żeby opanować polski rynek i odebrać sobie w dwójnasób.
Jedni rodacy wierzą w szlachetność i altruizm Zachodu, drudzy tylko w wyrachowanie. Jedni i drudzy mają rację, jedni i drudzy się mylą. Politycy Zachodu zdają sobie sprawę, że nie ma takich szczelnych granic i takich miękkich resorów, które by uchroniły ich kraje od wstrząsów na Wschodzie, wolą więc zapłacić pewną — nie za wysoką — cenę, żeby procesy łagodzenia różnic posuwały się naprzód.
Żeby dostać pierścionek z prawdziwego kruszcu, czyli spory grant, trzeba przede wszystkim wstrzelić się w gust brukselskich eurokratów: chodzi nie tyle o popisy elokwencji, ile o programy zgodne z priorytetami Komisji Europejskiej, wypełniające jakiś szerszy zamysł strategiczny. Dobrze, jeśli służą spójności; ten termin oznacza wyrównywanie różnic, łagodzenie kontrastu bogactwa i biedy.
„Polityka“