Lexus, co dwie matki ssie

Lexus ES jest jak Heraklit motoryzacji. Ma wiele do powiedzenia. Niestety dziś często rozumiemy go na opak lub zrozumieć nie chcemy. I nawet nie próbujemy.

 Przysłowia mogą być mądrością narodów — pod warunkiem ich prawidłowego zrozumienia. Podobnie jak samochody. Tymczasem bywa, że dla wielu ludzi to, co było kiedyś, musi być i dziś. Raz wyrobiony czy wręcz wypracowany gust nie podlega zmianom, bo „o gustach się nie dyskutuje”, jeden nieudany związek powoduje, że człowiek zawaha się przed kolejnym, bo „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, a czytelnik tego artykułu przyzna „między Bogiem a prawdą”, że autor mu kadzi, gdyż w myśl przysłowia „pokorne ciele dwie matki ssie”, chce zaskarbić sobie zarówno jego, jak i importera sympatię. Sęk w tym, że ten nieco przydługi wywód jest jednym wielkim błędem. Każde powiedzenie i przysłowie zostało źle użyte. Co więcej, wiele osób (tak, mi też się zdarzało) właśnie tak ich używa. A jak powinno? O tym potem. Teraz chciałbym wrócić do bohatera „Autoportretu” — Lexusa ES i tego, dlaczego użyłem takiego powiedzenia. Lexus (w ogóle, nie tylko model ES) od początku istnienia marki (czyli od 1989 r.) ma metkę „podrasowanej toyoty” z dopiskiem „po co przepłacać?”. Metka ta, jako pejoratyw oczywiście, przewija się w wielu komentarzach i ocenach. Rozumiem jej treść, nie rozumiem pejoratywnego kontekstu. Treść jak najbardziej trafna. Lexus wyrósł z Toyoty.

Wyświetl galerię [1/7]

Lexus Fot. Materiały prasowe

Co więcej, pierwsza generacja modelu ES, była upiększoną, lepiej wyposażoną czyli po prostubardziej luksusową wersją Toyoty Camry, czego producent nie ukrywał. Z tym, że to było w 1989 r. Kiedy elektryczne sterowanie szyb i foteli lub drewno na desce i skóra na fotelach oznaczało coś zupełnie innego, niż dziś. 158-konny silnik V6 napędzał przednią oś za pomocą czterobiegowego automatu lub pięciobiegowej skrzyni manualnej. We współczesnych autach segmentu premium, czy nawet do tej grupy aspirujących, tego typu konstrukcje już nie wstępują. Co więcej, wtedy nikomu marka Lexus nie kojarzyła się ani z premium, ani… z niczym. Amerykański rynek dopiero ją poznawał. A że poznawał jako luksusową wersję Toyoty, tak też ją nazywał. Dziś używanie stwierdzenia „podrasowana Toyota” ma takie sam sens, jak nazywanie człowieka godnego zaufania konfidentem. To jakby dziś używać słowa konfident w jego pierwotnym znaczeniu. Na przykład jak Wołodyjowski, kiedy zwracał się do Kmicica tymi słowami:

„Potem był jeszcze i Skrzetuski, przyjaciel mój serdeczny i konfident, o którym waść musiałeś słyszeć”.

Myślał o zdrajcy? Ależ skąd! Myślał o człowieku godnym zaufania, bo określano go wówczas mianem konfidenta. Przykładów na zmianę znaczenia słów jest więcej, ale ani to miasto (dawniej miejsce), ani czas. Wszystko po to, by pokazać, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Właśnie nie da się, a nie „nie wchodzi się”. Bo wszystko płynie (panta rhei), jak uważał Heraklit. Z tego powodu to niemożliwe. Wody, w której byliśmy wczoraj, już nie ma. Ot, tyle.

Odwrócenie znaczeń

Filozofia, życie i przemyślenia starożytnych. Ale co to ma wspólnego z motoryzacją, czy z Lexusem? Otóż to, że i motoryzacja, i Lexus podlegają tym samym prawom. Muszą nadążać. Jak Lexus to robi? Zupełnie inaczej, niż robią to w Europie. Dobrym przykładem jest model ES i jego obecna (już siódma) generacja. Choć Europejczycy mogą sądzić, że to zupełnie nowa linia modelowa Lexusa, bo dotąd mieliśmy tylko GS-a, ES to auto świetnie znane Amerykanom. W nowym wydaniu powstało (podobnie jak w starym) na podwoziu Toyoty Camry, ale dostosowanym przez Lexusa do potrzeb marki premium. Zadbano o zwiększenie sztywności konstrukcji, wzmocniono ją, zmniejszono też drgania i hałasy towarzyszące jeździe. Lexus słynie z idealnie wyciszonych wnętrz i ES wypada tu naprawdę świetnie.

Nie ma nic dziwnego we wspólnym wykorzystywaniu płyt podłogowych przez różne marki koncernu. Robią to wszyscy i dziś nie powinien być to powód do drwin, wręcz przeciwnie. Zresztą identycznie jest z silnikami. Podobnie jak Toyota, tak Lexus jest dumny ze swojego napędu hybrydowego. Z tym że ten zastosowany w Lexusie ES nie jest dostępny w żadnej (przynajmniej na razie) toyocie. Ten kierunek (najpierw segment premium, potem segment popularny) stosowany jest w Lexusie od dawna, ale jakoś mało kto to zauważył. W Polsce będzie dostępna jest wersja hybrydowa o oznaczeniu ES 300h. Okazuje się, że ten napęd dobrze pasuje do komfortowej limuzyny. Napęd ES 300h składa się z 2,5-litrowego silnika benzynowego o mocy 178 KM i 120-konnego elektryka. Sumaryczna moc całego zespołu napędowego to 218 KM. Ogromnym plusem hybrydowego ES-a jest zmieniona konstrukcja przeniesienia napędu.

Dzięki modyfikacjom udało się zmniejszyć krytykowane w hybrydach wycie silnika podczas przyspieszania, i to znacznie. Nie jest to tylko zasługa doskonałego wygłuszenia, lecz również dostosowania obrotów silnika do prędkości. Uznanie należy się też za przemyślane umiejscowienie baterii pod tylną kanapą. Dzięki temu wreszcie mamy hybrydowego lexusa bez okrojonego bagażnika. Tym samym ES jest bardzo przestronną limuzyną. Kabina jest też świetnie wykończona i nowocześnie zaprojektowana. Szkoda tylko, że pozostał stary system multimedialny, który wymaga poprawek. Zanim zdążyłem o to zapytać, jeden z japońskich inżynierów już odpowiedział:

— Będziemy go modyfikować, i to wkrótce! Widać wszyscy o to pytają. W ES-ie są oczywiście nowe systemy poprawiające bezpieczeństwo. To m.in. wykrywanie pieszych i rowerzystów (także nocą), aktywne, diodowe światła drogowe (po raz pierwszy w lexusie), HUD i system starający się utrzymać pas ruchu. Wiele z nich dopiero będzie w toyotach, nie zostało z nich przeniesione i „podrasowane”.

Wakacje w górach

Efektowna stylistyka w połączeniu z dużymi rozmiarami sprawiają, że ES spodobał się na świecie. Spodoba się w Polsce? To zależy od gustów i potrzeb zamożniejszej części społeczeństwa. Nie spodoba się fanom dynamicznej jazdy na granicy prawa — ci wolą BMW. Nie wybiorą go raczej fani technologii — oni postawą na Audi.

To kto go wybierze? Moim zdaniem, to auto dla tych, którzy mają nietuzinkowy gust, a luksus w motoryzacji postrzegają raczej jako oazę spokoju niż fajerwerki technologii. Muszą cenić detale. Bo na ich dopracowanie Lexus stawia i muszą umieć wywarzyć, czy owe detale są dla nich ważniejsze niż szybciej i sprawniej działająca nawigacja. Widzę w nim melomana, może nawet pianistę. To najlepiej wyciszone auto(nie licząc większego Lexusa LS), z jednym z najlepszych systemów audio. Jeszcze jedno: po zniknięciu z Polski modelu GS, ES go zastąpi. Czy stanie się dla Lexusa tym, czym dla BMW jest seria 5, a dla Audi A6? Porównywanie tych aut nie ma sensu. Znaczy, ma. Ale taki, jak porównanie wakacji w górach do wakacji nad morzem. Inne doznania, inne atrakcje.

No ale… I teraz użyjemy przysłów prawidłowo. O gustach się nie dyskutuje — nie dlatego, że mam lepszy i na tym można zakończyć dyskusję, lecz dlatego, że każdy ma prawo do oceny i własnego zdania. Ważne, by spróbować i w górach, i nad morzem. Czasem trzeba sprawdzić, czy krytykowane onegdaj wady jeszcze istnieją. Muszę też przyznać „Bogiem a prawdą” (a nie „między Bogiem a prawdą”), czyli inaczej — mówiąc szczerze, że Lexus odrabia lekcje. I na koniec wyznanie. Chciałbymbyć jak to ciele z początku tekstu. To pokorne, które dwie matki ssie. Bo wbrew obiegowej opinii, nie jest to oznaka cwaniactwa, lecz nagroda za pokorę. A takiej pokory w motoryzacji jak Lexus nie ma żaden inny producent. Widać to z modelu na model. Winien jestem jeszcze jedno wyjaśnienie. Dlaczego rozumiem, że o Lexusie mówi się „podrasowana Toyota i po co przepłacać”, a jednocześnie nie rozumiem pejoratywnego znaczenia tych słów. No bo skoro coś jest podrasowane, to trzeba dopłacić. Czyż nie? &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Lexus, co dwie matki ssie