Ze względu na styczniowe zamrożenie 34. posiedzenia Sejmu odsunęło się w czasie na 8–10 lutego przekazanie posłom przez ministra spraw zagranicznych informacji o kierunkach polityki międzynarodowej, czemu zawsze towarzyszy burzliwa debata. Kalendarzowy poślizg starcia rządu i opozycji wyjdzie mu merytorycznie nawet na dobre, albowiem posiedzenie Sejmu odbędzie się po nieformalnym szczycie prezydentów/premierów Unii Europejskiej w formule UE27 — czyli już bez premier Theresy May. 3 lutego szefowie państw i rządów wreszcie mają się zastanowić konkretnie nad warunkami wypuszczenia Zjednoczonego Królestwa (UK) z UE.

Dla Polski będą one niezwykle ważne, jeśli Wielka Brytania miałaby utrzymać status bliskiego sojusznika.
Oczywiście pozostaje militarnym filarem Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, ale w kwestii naszych relacji gospodarczych i utrzymania więzów międzyludzkich na razie nikt nic nie wie. Rządy w Warszawie i Londynie wysyłają deklaracje równie uspokajające co puste, ponieważ trzeba pamiętać, że my w UE… zostajemy i wykluczone są jakiekolwiek dwustronne uregulowania polsko-brytyjskie, różniące się od unijno-brytyjskich.
Jeśli przeszedłby zapowiedziany przez Theresę May brexit w wersji twardej, czyli z wypowiedzeniem przez UK czterech swobód przepływu — towarów, usług, kapitałów i ludzi — to Polskę dotknąłby identycznie, jak Portugalię, Estonię, Maltę etc., etc.
Premier rządu Jej Królewskiej Mości potwierdziła, że wtorkowego wyroku Sądu Najwyższego się… spodziewała. Przecież we wzorcowym ustroju parlamentarno-gabinetowym niemożliwe było samodzielne notyfikowanie przez rząd decyzji o takiej doniosłości, jak wypowiedzenie traktatu międzynarodowego o gigantycznym znaczeniu. Dlatego nakazany sądownie projekt ustawy wpłynął w tzw. przyspieszonej procedurze od ręki i już w czwartek zaliczył pierwsze czytanie w Izbie Gmin!
Ale nie zawiera jakichkolwiek konkretów na temat warunków brexitu, to dwa lakoniczne artykuły o zgodzie parlamentu na oficjalne zawiadomienie Rady Europejskiej (co ma nastąpić do 25 marca) o wyjściu UK w trybie art. 50 unijnego traktatu. Notabene uzasadniając projekt, strona rządowa przypomniała, że samo przeprowadzenie w 2016 r. referendum parlamentarzyści poparli w stosunku… 6:1.
No tak, ale wszyscy laburzyści oraz większość konserwatystów, na czele z premierem Davidem Cameronem, była absolutnie pewna, że brexit zostanie przez większość społeczeństwa odrzucony i referendum odegra rolę wentyla rozładowującego społeczne napięcie. Obecnie z kalendarza wynika, że po szybkiej ścieżce legislacyjnej ustawa zostanie przyjęta przez Izbę Gmin 8 lutego, czyli będzie już znana podczas debaty w naszym Sejmie. Jej merytorycznego poziomu informacja z Londynu raczej nie podniesie, ale na pewno będzie jakimś konkretem.