Lubimy imigrantów, byle nie w nadmiarze

  • Jacek Kowalczyk
opublikowano: 26-02-2014, 00:00

Garstka cudzoziemców mieszkających w Polsce nie jest problemem. Ale nowi nie są mile widziani — wynika z badania ARC Rynek i Opinia dla „PB”

Około 300 Polaków protestowało w poniedziałek na Downing Steet, przed siedzibą premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona. To reakcja na jego niedawną wypowiedź, w której zapowiadał ograniczenia świadczeń socjalnych dla imigrantów, w tym naszych obywateli.

Wyświetl galerię [1/3]

BIAŁO- -CZERWONA DOWNING STREET: Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii protestują pod siedzibą premiera Davida Camerona. Mają nadzieję, że brytyjski rząd nie wprowadzi prawa dyskryminującego imigrantów. [FOT. JAKUB KRUPA]

— Domagamy się, by Polacy na Wyspach nie byli dyskryminowani — apelował Jerzy Baczyński, organizator protestu.

Wielka Brytania to niejedyny kraj zachodniej Europy, w którym nasilają się nastroje antyimigracyjne. Lista takich państw ostatnio znacząco się wydłużyła. Do Holandii, Danii, Finlandii i Wielkiej Brytanii, których politycy już od kilku lat otwarcie nawołują do ograniczenia zatrudniania obcokrajowców, dołączyły niedawno Szwajcaria, Francja i Austria. Obywatele Szwajcarii w niedawnym referendum uznali, że ich rząd powinien wprowadzić ograniczenia w zatrudnianiu cudzoziemców w kraju (szczegółowe przepisy mają być podane w czerwcu). W Austrii niechętna imigrantom Partia Wolności w ostatnich wyborach zdobyła najlepszy wynik w 15-letniej historii. We Francji coraz większe poparcie ma otwarcie antyimigracyjny Front Narodowy, kierowany przez Marine Le Pen. Ugrupowanie wygrało w ostatnim sondażu wyborczym, zdobywając 23 proc. głosów.

— To ty decydujesz, kogo wpuścisz do swojego mieszkania. Jako obywatele również powinniśmy móc decydować, kto do naszego kraju przyjeżdża — stwierdziła niedawno Marine Le Pen. Umacnianie się nastrojów antyimigracyjnych na zachodzie Europy to zła wiadomość dla polskich obywateli, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wszystko wskazuje na to, że w nowej kadencji będzie zmobilizowany do obrony unijnej idei, jaką jest jednolity rynek pracy w UE.

Mieszane uczucia

W Polsce nastroje antyimigracyjne nie są aż tak silne jak na Zachodzie, ale też występują. Na pierwszy rzut oka jesteśmy dość tolerancyjni. Według sondażu ARC Rynek i Opinia dla „PB”, Polacy raczej nie czują się zagrożeni konkurencją ze strony pracowników spoza kraju. Co drugi ankietowany (49 proc.) twierdzi, że w Polsce nie powinno być ograniczeń w zatrudnianiu obcokrajowców, a co trzeci (33 proc.) jest przeciwnego zdania. Większość Polaków uważa też, że obcokrajowcom powinny przysługiwać te same świadczenia socjalne co rdzennym mieszkańcom — twierdzi tak 58 proc.

Tylko 24 proc. uważa, że świadczenia te powinny być limitowane. Trudno się jednak dziwić, że polscy pracownicy obecnie nie odczuwają konkurencji ze strony obcokrajowców. Polska ma obecnie najniższy w UE udział cudzoziemców w społeczeństwie. Obce obywatelstwo ma tylko 0,1 proc. mieszkańców naszego kraju. Średnio w Unii to 4,1 proc. Kluczowe wydaje się więc nie to, czy Polacy akceptują obecnie imigrantów, ale to, czy zaakceptowaliby szeroki napływ nowych. Tutaj tolerancja jest już mniejsza. Na pytanie, „czy rząd powinien zachęcać imigrantów do przyjazdu do Polski?”, 38 proc. ankietowanych odpowiada „nie”, a tylko 24 proc. mówi „tak”. W badaniu przeprowadzonym przez PBS dla „PB” w zeszłym roku ta niechęć wobec napływu obcokrajowców była jeszcze bardziej wyraźna. Aż 56 proc. Polaków stwierdziło, że „mimo negatywnych tendencji demograficznych nasz rząd nie powinien w przyszłości otwierać naszego rynku pracy dla cudzoziemców”.

Imienne zaproszenie

Tymczasem, zdaniem części ekonomistów, właśnie dodatkowa imigracja może być w długim horyzoncie lekiem na problemy demograficzne Polski.

— Obywatele patrzą na kwestię migracji głównie przez pryzmat obecnej sytuacji w kraju. Mamy wysokie bezrobocie, więc nawet bez napływu imigrantów nie wystarcza pracy dla wszystkich. Problem w tym, że ta sytuacja będzie się zmieniać. Rąk do pracy będzie coraz bardziej brakować — przekonuje Stanisław Kluza, demograf SGH.

Do 2035 r. liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce skurczy się prawie o 4 mln, co oznacza, że średnio z rynku ubywać będzie po około 180 tys. pracowników rocznie. W perspektywie dwóch niemal na pewno problem bezrobocia zmieni się w problem braku rąk do pracy.

— Przy tych prognozach demograficznych, jakie ma Europa, w tym Polska, będziemy obserwować za jakiś czas wręcz walkę między państwami o przyciągnięcie najlepszych imigrantów. Polska również powinna przygotowywać się do tej batalii — mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Jak twierdzi, nie chodzi o to, by Polska w całości otworzyła dostęp do swojego rynku pracy.

— To powinien być proces kontrolowany. Powinniśmy — tak jak robią to dziś np. USA czy Australia — ściągać obcokrajowców dwutorowo. Po pierwsze, powinniśmy zachęcać do przyjazdu do kraju wysoko wykwalifikowanych specjalistów, czyli prowadzić „drenaż mózgów”. Po drugie, powinniśmy otwierać cudzoziemcom zawody, w których pracodawcom najtrudniej znaleźć pracowników — przekonuje Cezary Kaźmierczak.

OKIEM EKSPERTA
Już zacznijmy zapraszać Ukraińców

JEREMI MORDASEWICZ
ekspert PKPP Lewiatan

Już tylko około 10 lat dzieli Polskę od początku kryzysu demograficznego. Lata 2025-35 będą zdecydowanie najtrudniejsze dla polskiej gospodarki, bo w całości zejdzie z rynku pracy powojenny wyż demograficzny i trzeba będzie sfinansować jego emerytury i koszty opieki zdrowotnej. W tym czasie bardzo przydadzą się nam imigranci, zwłaszcza pracownicy z Ukrainy, bo już dziś najwięcej obcokrajowców przyjeżdża właśnie stamtąd i dobrze się w Polsce asymilują. Z tego punktu widzenia, dobrze byłoby wykorzystać obecne zbliżenie naszego kraju z Ukrainą. Co prawda, obecnie pełne otwieranie naszego rynku pracy dla Ukraińców nie byłoby udane, bo pracy nie wystarcza dla wielu Polaków (mamy 2 mln bezrobotnych i 1,5 mln ukrytego bezrobocia w rolnictwie). Moglibyśmy zacząć od tzw. imigracji uzupełniającej — tylko do wybranych zawodów, np. informatyków czy spawaczy — a w kolejnych latach stopniowo poszerzać skalę otwarcia.
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu