Marka Józefa

Barbara Warpechowska
opublikowano: 30-08-2006, 00:00

Zaczęło się od miłości. Za dziewczyną pojechał na Węgry. Musiał nauczyć się języka, by tam studiować. Wybrał handel zagraniczny.

Potem wiele się zmieniło. Pozostała jednak znajomość języka i kontakty (i jeszcze coś, ale o tym później). Józef Rolnik razem ze swoim kolegą z podstawówki Krzysztofem Gołębniakiem piętnaście lat temu założyli w Borowej Wsi (dzielnicy Mikołowa) firmę handlową.

Własna marka

— Sprowadzaliśmy z Węgier paprykę, kukurydzę, oliwki, brzoskwinie i inne produkty. Odpowiadałem za sprzedaż. Józek pilnował wysyłki do Polski. Tak trwało kilka lat — opowiada Krzysztof Gołębniak.

Potem w jakiejś firmie podpatrzyli, że z linii zjeżdżają takie same słoiki z tą samą papryką, zmieniają się tylko etykiety. Stąd pomysł na własną markę — Rolnik.

— Nazwa miała być tymczasowa. Prawie nic nie wiedzieliśmy o zasadach tworzenia marki i logo. Uważaliśmy, że Rolnik kojarzy się z produktami rolnymi, a nimi właśnie handlowaliśmy. Na dodatek było to nazwisko wspólnika. I tak zostało — mówi Gołębniak.

Od tego czasu produkowano na ich zamówienie w różnych przetwórniach w całej Europie, ale na słoikach i puszkach widniał już napis Rolnik.

Pierwsza przetwórnia

Wkrótce handel już im nie wystarczał. Jedenaście lat temu kupili pierwszą przetwórnię w Dańcu pod Opolem. Sześć lat później kolejną w Bujakowie koło Mikołowa.

— Rozmowy ze spółdzielnią rolniczą trwały kilka lat, ale w końcu sprzedali przetwórnię wraz z półtorahektarową działką — wspomina Gołębniak.

W Bujakowie pracuje się na trzy zmiany. Sezon. Trzeba było zatrudnić dodatkowych pracowników. Wśród nich sporo uczniów i studentów. Ostatnio jednak trudno znaleźć chętnych. Wielu woli wyjechać do Irlandii czy Anglii.

Przy przesuwającej się taśmie, na której jadą umyte ogórki, blisko siebie siedzą kobiety. Każda wkłada ogórki do słoika. Kilka ruchów i słoik pełny. Jeszcze na wierzch dokładają mały ogórek. Jakby miały wagę w oczach. Napełniony słoik odstawiają do koszy. Stamtąd słoiki trafiają do zamknięcia i do pasteryzatora.

Obecnie około połowy produktów firma importuje. Z Węgier nadal sprowadza kukurydzę i paprykę („jest najlepsza” — podkreśla Gołębniak). Z Chin szparagi oraz chrzan. Z innych krajów brzoskwinie, ananasy. Można wymieniać bez końca.

Współpracują z wszystkimi sieciami handlowymi. Dla każdej z nich dostarczają produkty z marką Rolnik, ale także z nazwami własnymi sieci — m.in.: Biedronka, Tesco, Auchan, Tip dla Reala, Aro dla Macro, Chira dla Lidla. Asortyment produktów jest spory. Ile? Gołębniak dobrą chwilę się zastanawia.

— Będzie kilkadziesiąt pozycji — mówi.

Blisko 10 proc. produkcji firma eksportuje do krajów Unii Europejskiej. Produkty z Rolnika jedzą Anglicy, Irlandczycy, Francuzi, Niemcy, a także Finowie i Australijczycy.

— Polska żywność jest bardzo dobra. I za granicą chętnie ją kupują, ale jeśli euro kosztuje do 3,85 zł, to eksport jest dla nas nieopłacalny — twierdzi Gołębniak.

Dlatego też firma na razie nie zwiększa eksportu. Choć mogłaby. Rolnik ma certyfikaty jakości produkcji BRC i JFS. To wymóg, by mogli eksportować do UE. Wystawiają się na najpopularniejszych targach żywnościowych Anuga w Kolonii i Sial w Paryżu.

Rywalizacja o półkę

Firma sporo inwestuje. W Bujakowie powstały nowe magazyny. Akurat na wysyłkę czekają: kapusta dla Australii (na etykiecie widnieje dodatkowy napis: „Polski smak”), ogórki z chili (bardzo ostre), papryka, koncentrat pomidorowy. Słoiki i puszki. Każda paleta zafoliowana, na folii czarnym pisakiem zapisano termin ważności.

Na początku roku kupili zakład Aardo w Orzeszu, gdzie produkują gotowe dania. Zamierzają wprowadzić kilka nowych produktów — m.in. bogracz oraz paprykarz węgierski.

Mają 20 samochodów, w tym 7 tirów i prawie 300 pracowników. 15 przedstawicieli terenowych pilnuje zamówień, ekspozycji produktów w sklepach, odpowiada za promocję.

— Zdarza się, że kontrahent nie zamawia danego produktu. Kiedy pytamy, dlaczego, słyszymy, że „przecież jest w komputerze”. Ale z zapisów w tym samym komputerze wynika, że od jakiegoś czasu nie sprzedano ani jednej sztuki. Okazuje się, że w magazynie na naszej sałatce postawiono wódkę i nie można jej było znaleźć. A jak nie ma nas na półce w sklepie, to wchodzi inny producent i tyle — opowiada Gołębniak.

Niektóre sieci handlowe ograniczyły zatrudnienie i to dostawcy odpowiadają teraz za rozładowanie samochodu. Dlatego spółka w różnych miejscach w Polsce zatrudnia również osoby na umowy-zlecenia.

Rolnik to obecnie dwie firmy. Jedna ma formę spółki z o.o. i zajmuje się produkcją. Druga jest spółką jawną i odpowiada za handel.

— Takie rozgraniczenie precyzyjnie pokazuje zyskowność każdego produktu — tłumaczy Gołębniak.

Warto dodać, że dziewczyna, za którą pojechał Rolnik do naszych bratanków, została jego żoną.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Barbara Warpechowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy