Pewnego upalnego wieczoru roku 1765 John Adams — wówczas obiecujący prawnik, a trzy dekady później drugi prezydent w historii USA — zanotował w pamiętniku: „Zgodnie z modą napiłem się dziś rano i wczoraj rano po szklaneczce cydru; wydaje się, że działa na mnie dobrze”.

Lepszej reklamy aromatyczny napój z procentami nie mógł sobie wymarzyć. Zresztą podobne wpisy często gościły w kajecikach XVIII-wiecznych elit. To wtedy pierwsza fala cydrowej mody zalała cywilizowany świat. Gdzieniegdzie (nad Wisłą) opadła wraz z gorzkimi kolejami losu, ale od kilku lat słodkawy napitek dobrze działa także na Polaków. Po kilkudziesięciu latach posuchy jabłecznik z rozmachem wraca na polskie stoły. Tu zresztą jest jego miejsce, wszak Polska to europejski lider produkcji jabłek i soku jabłkowego. Wyzwaniem jest zatem nie surowiec, lecz marketing i jakość produkcji — by zmienić konotacje wina jabłkowego z podłym jabolem.
Tu do akcji wkracza m.in. Robert Sieradzki, działający w branży reklamowej od niemal 25 lat.
Przygoda z perry
Jeszcze w latach 90. Robert Sieradzki rozkręcił firmę AD Fabrika, w swoim czasie jedną z najbardziej znanych i nagradzanych agencji reklamowych w Polsce. Obecnie jest właścicielem agencji reklamowej What, ale coraz bardziej ciągnie go do lekkiego alkoholu. Zawodowo, oczywiście.
— Kilka lat temu chciałem otworzyć sieć sklepów ze zdrową żywnością, ale nic z tych planów nie wyszło. Chodziłem wokół ekologicznych tematów i tak wychodziłem z przyszłymi wspólnikami naturalny cydr, tylko z owoców, bez żadnej chemii — mówi Robert Sieradzki, prezentując serię plakatów promujących jego trunek Cider Inn.
Oprócz jabłkowych wariacji są także cydry śliwkowe i gruszkowe w wysmakowanych opakowaniach i — jak zapewnia producent — nawet bez cienia „jabolenia”. Jeden z plakatów wprost nawołuje do „rozpusty z węgierką”. Śliwką* .
— Gruszkowy — perry — to mój ulubiony. Ale każda odmiana napoju ma zagorzałych zwolenników. Bo nie jest tak, że ten cały cydr to tylko moda i marketing. To po prostu dobry napój, jeśli tylko jest robiony według tradycyjnych receptur, bez dróg na skróty — uważa Robert Sieradzki.
Cider Inn zrodził się w głowach trójki wspólników jakieś 2,5 roku temu. Robert Sieradzki zakładał, że spółka JRBB będzie fajną biznesową przygodą. Teraz się okazuje, że ta przygoda zamienia się w nurt płynący coraz szybciej i szerzej. Oprócz zainwestowanych kilku milionów złotych pochłania mnóstwo czasu i daje wymierne efekty. Tym bardziej, że na początku 2013 r. akcyzę na cydr obniżono o 40 proc.
— To lato powinno nam przynieść pierwsze widoczne zyski. Z perspektywy czasu widzę, że biznes jest większy, niż zakładałem, ale to nie powód do zmartwienia, w końcu to wciąż przygoda, nie? — śmieje się szef JRBB.
Ciasne półki
Według szacunków branży winiarskiej, za 2-3 lata Polacy mają wypijać nawet 70 mln litrów cydru rocznie, wydając na niego niemal 1 mld zł. Brzmi nieźle, choć to wciąż ledwie 2 proc. rynku piwa. Sieradzki zakłada, że produkty JRBB będą w stanie zająć pozycję jednego z rynkowych liderów z udziałami nawet na poziomie 10 proc. całej sprzedaży cydru między Bugiem a Odrą.
— Liczę na skokowy wzrost sprzedaży także dzięki umowom z dużymi dystrybutorami — tłumaczy prezes spółki. No i dzięki ciekawym nowych smaków Polakom.
— Come back tego napoju to zasługa Polaków. Bo wbrew obiegowym sądom są otwarci, ciekawi nowości. Kiedyś wystarczyło nam piwo z zachodnim blichtrem, potem szukaliśmy piw nieprzemysłowych, wreszcie sięgnęliśmy po niszowe gatunki. A stąd już tylko krok do cydru — cieszy się Robert Sieradzki.
Wokół marki Cider Inn powstał już mały ekosystem biznesowych przyjaciół koordynowany przez JRBB. Zaprzyjaźniona firma spod Tomaszowa Mazowieckiego zajmuje się produkcją, doborem składników i współtworzy wraz z działem rozwojowo-badawczym JRBB nowe receptury. Z kolei rozlewnia z południa Polski napełnia cydrem szklane butelki. A stamtąd już prosta droga do Warszawy, do centralnego magazynu.
— Nie ograniczamy sprzedaży do Mazowsza. Nasz cydr jest do kupienia w setkach punktów w dużych miastach, sklepach i restauracjach. Choć nie ukrywam, że nie zawsze łatwo się wcisnąć na półkę. Pojawiło się sporo dobrych i mniej dobrych cydrów od innych producentów, a browary nie za bardzo chcą zwalniać miejsce — ocenia Robert Sieradzki.
Duma na języku
Przyszłość Cider Inn to zatem szersza dystrybucja, ale i większe koszty — Robert Sieradzki nie ukrywa, że pojęcia faktoring lub kredyt są mu coraz bliższe. Czy czuje strach, że wyjście z niszy nisz nie wypali, utopi młody biznes? Może trochę, jednak pokrywa go pewnością siebie wynikającą z jakości produktu. Co tu dużo gadać — Robert Sieradzki swoje cydry ubóstwia i umie o nich przekonująco opowiadać. A wiadomo, jakoś milej się pije coś, co ma dobre marketingowe story. Co jest dopieszczone, wypracowane i dumne z siebie niczym niezłe francuskie wino. A kosztuje przy tym kilkakrotnie mniej. &
Robert Sieradzki
Właściciel i dyrektor kreatywny agencji reklamowej What. Poprzednio był dyrektorem kreacji agencji Martis, a wcześniej współzałożycielem Ad Fabriki.
