Marynarki i truskawki

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2007-04-27 00:00

Jest potężny i drogi. Ocieka chromem i pachnie przestępstwem. To w nim stałem się miejską legendą. W marynarce. Ale dlaczego truskawki?

Wielbiciele motoryzacji tworzą dwie grupy. Pierwsza kocha amerykańskie samochody. Druga… się po prostu nie zna. Ale po kolei.

W kolosie

Byłem ciekawy spotkania z samochodem legendarnej marki. Nigdy przedtem nie podróżowałem cadillakiem „z krwi i kości”, nie licząc modelu BLS (ale on ma tyle wspólnego z amerykańską motoryzacją, co Indie z Indianami). Bałem się, bo uwielbiam auta zza oceanu. Dlatego uzbroiłem się w sceptycyzm i na wszelki wypadek w marynarkę.

Wsiadłem, przekręciłem kluczyk. Kurtyna opadła — i czułem się, jakby naprawdę kurtyna opadła. Jak gdybym miał po raz pierwszy do czynienia z samochodem… Surowym, groźnym samochodem. Nie wytłumioną luksusową puszką, tylko metalowym „autobusem” o niesłychanym potencjale. Ktoś nagle pozwijał wszystkie przejawy sceptycyzmu.

Jazda cadillakiem po warszawskich ulicach to dosłowne tworzenie tzw. miejskiej legendy. Co to znaczy? Miejska legenda to z pozoru rzetelna, wywołująca wielkie emocje u odbiorców informacja w mediach, internecie bądź w kręgach towarzyskich. Zazwyczaj ma pokrycie w faktach, ale ich niezwykła tematyka elektryzuje słuchaczy i prowokuje do komentarzy oraz poczty pantoflowej. Miejskie legendy są niekiedy podobne do mitu. Każda może mieć wiele wariantów. Może mieć też silnik Vortec.

Testowany model Cadillaca (Escalade) jest ze wszech miar wyjątkowy. To właśnie uruchomienie produkcji tego modelu w 1999 roku spowodowało renesans marki na amerykańskim rynku. Teraz Cadillac z impetem wkracza do Polski. Z jak wielkim? Z najnowszą generacją modelu, który na pierwszy rzut oka spełniłaby oczekiwania niejednego megalomana. Potężne, wywołujące respekt gabaryty, a pod maską widlasta ósemka Vortec o pojemności 6,2 l i mocy 409 KM. Moment obrotowy? Też potężny — 565 Nm. Po prostu: kolos. Najciekawsze, że — według producenta — 35 proc. nabywców tego modelu to... kobiety. Auto znajduje 60 tys. amatorów rocznie. Więcej niż wszyscy razem wzięci konkurenci w tej klasie aut — oczywiście w USA, bo na Starym Kontynencie w 2006 roku samochody Cadillaka znalazły zaledwie 3 tys. nowych właścicieli.

Ach, ten strój

Czy marynarka, którą wybrałem na pierwsze spotkanie z Escalade, była stosowna? Owszem, z jednej strony to luksusowy pojazd. I drogi. Czyli marynarka na miejscu. Ale jednak pełne blichtru i ostentacji auto najpierw spodobało się raperom i innym ludziom z branży muzycznej. Pozbyłem się zatem marynarki i poluzowałem pasek u spodni. Gdy ich krok znalazł się już w okolicy kolan, przez myśl przebiegło galopem, że auto cenią również dilerzy, niekoniecznie samochodowi. Ale jak oni się ubierają? Kolejne utrudnienie: jedna trzecia klientów Escalade to kobiety, nie tyle gospodynie domowe, ile raczej zamożne panie domu. No, nie ma mowy, bym się przebrał w sukienkę! Skupiam się więc na informacji, że co 50. nabywca tego auta to ktoś znany i bogaty. A takich umiem udawać… No, to udaję. W marynarce.

Czym się różni Escalade 2007 od poprzednich wcieleń modelu? Ma więcej mocy, cali i chromu. W najnowszej odsłonie auto jeszcze drapieżniej rzuca się w oczy. Powiększono grill, zaostrzono krawędzie. Tylne lampy nabrały wyrazu. Koła urosły do 22 cali (jedna z opcji). Escalade — twór groźny i monumentalny.

Zapierać dech. Taka idea przyświecała pewnie projektantom. Gdzie spojrzeć, natkniemy się na coś, co robi wrażenie. Z przodu grill, powiększony do gigantycznych rozmiarów. Z tyłu — przezroczyste światła w stylu hi-tech. Z boku ostro ciosane kształty i przeogromne połacie blachy. A w środku ja… W marynarce.

Nie krzycz: mamo!

Cóż, na parkingu Escalade nie ma sobie równych, a na szosie? Pod maską potwora kryje się widlasta ósemka o pojemności 6,2 l i mocy 409 KM. Silnik produkuje Vortec — ten sam, który dostarcza jednostki napędowe m.in. do Hummera. Za moment odpalania silnika producent auta mógłby dostać nominację do Oscara w kategorii muzyka i efekty specjalne.

I podczas przyspieszania można usłyszeć wspaniały, gulgoczący ryk ośmiu garów. Całe szczęście silnik nie tylko ładnie śpiewa, ale także dobrze współpracuje z ponad 2,5-tonowym kolosem. 6,6 sekund do 100 km/h to wynik porażający! Prędkość maksymalna blokowana jest na 185 km/h.

Wrażeń z jazdy tym monstrum nie da się opisać w prostych słowach. Samochód jest zaskakująco zwrotny — nie ma problemów z zawracaniem czy jazdą parkingową. I bez nadmiernego bujania da się podróżować z większymi prędkościami. Mocy nie brakuje. W takim aucie można się pokazać — nic tak nie podbudowuje ego jak zazdrosne spojrzenia. Szerokie na 201 cm Escalade ledwo mieści się na pasie ruchu. Auto doskonale „oczyszcza” lewy pas. Ściana chromu, gulgot z piekła rodem i wątły koleś w marynarce… Ktoś nie ustąpi? Najwięcej frajdy daje przyspieszanie. Samochód ryczy, startuje jak z procy i się unosi. Dosłownie. Z boku wygląda jak podrywający się do lotu Dreamliner.

Escalade może podróżować siedem osób w konfiguracji 2+3+2. Pojemność bagażnika przy rozłożonych wszystkich fotelach to 479 l. Po złożeniu kanapy drugiego rzędu wzrasta do 1708 l, a po usunięciu foteli trzeciego rzędu i złożeniu tych z rzędu drugiego do — bagatela! — 3084 l. Samochód ma stały napęd na obie osie. O właściwe zachowanie podczas jazdy dbają dodatkowo systemy kontroli trakcji i stabilizacji toru jazdy oraz układ aktywnego zawieszenia Road Sensing Suspension. Ciekawostką jest układ regulacji położenia pedałów: w połączeniu z elektryczną regulacjami fotela kierowcy i kierownicy pozwala na zajęcie wygodnej pozycji.

Barokowo

Trójstrefowa klimatyzacja. Odtwarzacz DVD z sześciopłytową zmieniarką. Kilka wysokiej klasy głośników i system 5.1 Digital Surround — to za mało, by zyskać uznanie w europejskiej stolicy.

A wykończenie? Solidny montaż — jak przystało na auto za ponad 300 tys. zł, ale też parę drobiazgów niegodnych najdroższych aut. Kiepskie przełączniki, nieciekawe plastiki i to „niby-drewno”, kierownica regulowana tylko w jednej płaszczyźnie. Nie przystoi... Ale z „amerykanami” jest jak z amerykańskimi truskawkami. Powierzchowność przewspaniała i ponętność, ale wnętrze trochę niedopracowane. W autach „made in USA” to jednak nie wada, lecz jedna z cech charakteru, które ich wielbiciele — w tym ja — uznają za zalety.

Być może gabaryty i spalanie blisko 20 l na 100 km nie odstraszy potencjalnych klientów. Może nie przerazi ich cena. Ale powinni się zastanowić nad tym, w co się do niego ubrać… Może w marynarkę?

Możesz zainteresować się również: