Mazurskie czarowanie

Jolanta Grabowska
opublikowano: 2005-07-22 00:00

Oryginalny pomysł, rodzinna atmosfera, upodobanie do pracy — to recepta na agroturystyczny biznes, którą Włosi z Umbrii sprzedali Mazurom.

— Przez ludzi do ludzi, przez świętych do nieba — mówią w Olsztynie, gdy zapytać, w jaki sposób Joanna Mrugalska, sprawczyni całego włosko-polskiego przedsięwzięcia, do nich trafiła. Ona sama opowiada, że z tym niebem to było tak:

— Kilka lat temu Ryszard Cetnarski, przedstawiciel Orbisu, a potem Polskiej Organizacji Turystyki w Rzymie, poprosił mnie o pomoc w realizacji trójstronnego programu Phare, w którym Związek Gmin Warmińsko-Mazurskich miał nawiązać współpracę z Holandią i Włochami.

Na początku była to głównie wymiana samorządowców i przedsięwzięcia kulturalne, festiwale w San Gemini (Joanna mieszka tam od kilku lat z mężem, który jest burmistrzem tego umbryjskiego miasteczka) i Tczewie. Ale Joanna nie byłaby sobą, gdyby na tym poprzestała.

Na Mazurach czasem pytają: pani to chyba stąd, że tak się tym wszystkim zajmuje? Dziwią się, gdy odpowiada, że nie... Córka ambasadorstwa, absolwentka elitarnego liceum im. Żmichowskiej oraz romanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. W kraju była cenioną tłumaczką literatury francuskiej, żartowano nawet, że zmonopolizowała rynek. Przekładała artykuły dla tygodnika „Forum”, dla Francuzów „czytała” polskie bajki. We Włoszech stała się specjalistką od turystyki, najpierw w Mediolanie, później, od 1983 r., w Umbrii.

Dyrektorowała różnym biurom podróży w Perugii, Orvieto, Spoleto. Od 1996 r. uczy turystyki na kursach. Nadal robi tłumaczenia, organizuje wystawy — ściąga młodych, zdolnych Polaków, uczy angielskiego. I ciągle wymyśla nowe projekty, które kiedyś sprawią, że w Polsce turystyka wiejska z prawdziwego zdarzenia nabierze rozmachu.

— Niektórzy, jak to słyszą, pytają: ile ty masz lat? Chyba 150! — śmieje się.

Rozwój po włosku

Dopiero co zakończony projekt nosił nazwę „Działania na rzecz rozwoju i doskonalenia turystyki wiejskiej na Warmii i Mazurach”. Całkowity koszt przedsięwzięcia wyniósł ponad 800 tys. EUR. Prawie za wszystko zapłacili Włosi (Ministerstwo Działalności Produkcyjnej i konsorcjum Umbria Export).

— Przydały się nawiązywane przez lata kontakty i znajomości — opowiada Joanna Mrugalska.

Polskimi partnerami byli: Urząd Marszałkowski i Uniwersytet Warmińsko-Mazurski (Zakład Architektury Krajobrazu i Agroturystyki) w Olsztynie.

Projekt obejmował cykle szkoleń w Umbrii — na uniwersytecie w Perugii: dla tych, którzy prowadzą już działalność turystyczną na wsi, dla tych, którzy chcieliby to robić i mają takie możliwości, a także kurs kucharski. Każdy z trzech kursów liczył po 15 osób. Za każdym razem był też ktoś z pracowników naukowych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego (na uczelni otwarto punkt konsultacyjny).

Najpierw przez kilka tygodni intensywny kurs języka włoskiego, następne tygodnie to nauka pisania biznesplanów, marketingu (dwa pierwsze kursy), nauka gotowania (kucharze), zajęcia praktyczne. I objazdy po „strukturach agroturystycznych”. Strukturach, bo zdarza się, że do jednego właściciela należą: agroturystyka, pensjonat, stadnina koni i apartamenty do wynajęcia.

— Takie gospodarstwo wygląda jak luksusowy hotel, przeniesiony na wieś. Z basenem, telefonem, internetem — wspominają uczestnicy.

Ostatni kurs, informatyczny, odbył się w Olsztynie i był przeznaczony dla osób, które wcześniej szkoliły się w Umbrii. Uczono na nim głównie projektowania własnych stron internetowych. Najlepsze efekty przyniosły kursy dla przedsiębiorców oraz dla kucharzy i właścicieli gastronomii. Ci, którzy dopiero chcieli zacząć zajmować się turystyką, potraktowali wyjazd do Włoch jak sponsorowane wakacje.

W Umbrii praca nad rozwijaniem turystyki wiejskiej zaczęła się ponad 20 lat temu, początki też były trudne. Region podobny jest do Warmii i Mazur, mało przemysłu, dominuje rolnictwo. Nazywany jest zielonym sercem Italii, tak jak Mazury zielonymi płucami Polski. Teraz Umbryjczycy sami mogą uczyć przyciągania i zabawiania turystów. Nauki od nich pobierali między innymi: Gabriela Puszko, Natalia Chotkiewicz (kurs dla przedsiębiorców), Marta Wąsiakowska (szkolenie kucharskie).

Dwór Puszków

Na dziesiątym kilometrze za Kętrzynem, w kierunku Giżycka, trzeba skręcić w leśną, żwirową drogę. Jej koniec wpada prosto na podwórze Aleksandra i Gabrieli Puszków. W 1995 r. Aleksander kupił od gminy kawał ziemi, gdzie przed wojną był wzorowy majątek pruski. W styczniu 1945 r. dwór puścili z dymem Rosjanie — znaleźli na strychu flagę ze swastyką. Reszty dokonali szabrownicy i władza: co poniemieckie — niepotrzebne.

Puszko jeździł po okolicy, szukając sprzętów, mebli, ubrań, wszystkiego, co kiedyś było w mazurskim domu. Ludzie nazwali go czyścicielem strychów. Kiedy poszedł zarejestrować w urzędzie Muzeum Mazurskie w Owczarni, wszyscy śmiali się i pukali w czoło — kto ci tu przyjedzie, na to zadupie? Wieś wszystkiego cztery domy, wkoło morze traw i las. Trochę iglastego, za parowem, w którym płynie rzeka Guber, do nieba, schodami, piętrzą się buki, lipy…. Przyjeżdżają! Połowa odwiedzających to cudzoziemcy, przeważnie Niemcy, Francuzi, Włosi i Anglicy. Zdarzają się też turyści z Izraela, Rosji, Łotwy, Skandynawii. To efekt współpracy z warszawskimi biurami podróży.

— Nie podpisywaliśmy żadnych umów, ale zawsze jesteśmy do dyspozycji — mówi Aleksander Puszko.

Dziś Puszkowie oprócz muzeum prowadzą jeszcze coś w rodzaju gospody. Trzyizbowa, urządzona w mazurskim stylu. Wzrok od razu przyciąga piękny, zielony piec kaflowy. Wybiła dwunasta, na dworze żar leje się z nieba, wewnątrz panuje przyjemny chłód. Malutki, czarny jak smoła kot ociera się o nogi i stara się wgramolić na kolana. Na górze są pokoje. Przydają się, kiedy nocna zabawa przy ognisku przeciąga się i goście nie mają ochoty albo nie są w stanie wrócić do domu.

Do wynajmowania służy drewniany dom, zbudowany w tym celu przez przyjaciela pana Aleksandra, a którym on teraz zarządza. Doba kosztuje 40 zł, 35, jeśli ktoś zostaje na dłużej.

— Ostatnio Majka Jeżowska mieszkała u nas dwa dni, miała tu koncerty — chwali się pan Puszko.

Muzeum to pasja Aleksandra, przygotowywanie jedzenia to domena jego żony, Gabrysi. Domowe ciasto, kawa, obiad, ognisko — żaden problem, tylko trzeba się wcześniej umówić, bo potrzeba czasu, żeby wszystko przyrządzić.

— Gabrysia nie da się sfotografować, piecze ciasto — Aleksander przeprasza w imieniu żony. — Za dużo czasu by to zajęło, na 14.30 Niemcy zapowiedzieli się na kawę i ciasto.

Często odwiedzają ich zorganizowane grupy z kraju i z zagranicy. Firmy robią spotkania. Nic wyszukanego. Zwiedzanie muzeum plus jedzenie.

— Dzwonią czasem ludzie i pytają: a jakie oferujecie atrakcje? Żartuję, że mogę zatańczyć i zaśpiewać, jak to swego czasu powiedział nasz prezydent... Nie chodzi o wymachiwanie maczugą, najważniejsza jest prostota i zachowanie klimatu, jaki udało nam się tu stworzyć — konkluduje Aleksander Puszko.

Jeszcze trzy lata temu to gospoda była głównym źródłem dochodu, dziś jest nim muzeum.

— Właściwie teraz stać mnie na wszystko, no może oprócz Rembrandta. Porządny eksponat kosztuje 3-5 tysięcy złotych — mówi Puszko i pokazuje ostatnie nabytki, m.in. kredens i unikatowy talerz.

— Za talerz dałem półtora tysiąca, ale piękny jest! — wzdycha z zadowoleniem.

I podsumowuje:

— To, co mieliśmy zaplanowane do zrobienia, zrobiliśmy. Teraz została kosmetyka. Ale znając nas, pewnie wymyślimy coś nowego.

Raj Chotkiewiczów

„Riwiera zyndacka” to wąski przesmyk pomiędzy dwoma jeziorami: Sorkwickim i Zyndackim, kilkanaście kilometrów od Mrągowa.

— Tak o tym miejscu mówi pewien pan z Warszawy, który przyjeżdża do nas od 12 lat. Najpierw z dziećmi, teraz z wnuczką. Stać go na wakacje za granicą, ale woli przyjeżdżać do Zyndaków — opowiada Natalia Chotkiewicz.

Takich stałych bywalców pani Natalia ma więcej.

— Z wieloma się zaprzyjaźniliśmy. Dostajemy od nich kartki na święta. 80 proc. nowych gości jest z rekomendacji tych, którzy już u nas byli — ocenia.

Jezioro Sorkwickie rozbija fale na podwórku, nieduży pomost, szuwary — raj dla wędkarzy. Czasem ważniejsze od złapania ryby jest pomedytowanie na środku jeziora. Tu rozpoczyna się szlak Krutyni. Po drugiej stronie drogi jest Jezioro Zyndackie, plaża. Ojciec pani Natalii — sołtys, jako jeden z pierwszych w okolicy 13 lat temu zajął się turystycznym interesem i namawiał do tego innych. Dzisiaj nie tylko oni wynajmują kwatery letnikom. Ale to głównie dzięki ich staraniom plaża jest czysta i wszędzie są tablice informacyjne. Turystyczny biznes kontynuuje teraz córka, to jest ich dodatkowe, ale istotne źródło dochodu. Natalia z mężem pracują — on w Mrągowie, ona w Biskupcu, w ośrodku kultury jako księgowa, kadrowa i kto tylko trzeba — teraz na urlopie wychowawczym. Rodzice prowadzą sklep.

Do dyspozycji gości jest 18 miejsc, w cenie 25 zł od osoby. W cenę wliczone pływanie łódką, kajaki. Sezon trwa od początku maja do jesieni. Dla stałych klientów o każdej porze roku znajdzie się miejsce.

— Jeśli nie u nas, to u kogoś ze znajomych — mówi pani Natalia Chotkiewicz.

W prowadzeniu interesu przydaje się jej wiedza wyniesiona ze studiów — skończyła zarządzanie i marketing — oraz ze szkolenia w Umbrii.

— Oni tam ze wszystkiego potrafią zrobić zaletę i sprzedać. W jednym gospodarstwie, prowadzonym przez matkę i trzy córki, wyrabiano oliwę. Wszystkie dziewczyny gdzieś studiowały, ale z dumą podkreślały, że są rolniczkami. Na naszej ziemi była kiedyś stanica krzyżacka, kilka lat temu prowadzono tu prace archeologiczne — to jest głównie nasza zaleta — dodaje Natalia Chotkiewicz.

Delicje Wąsiakowskich

Marty Wąsiakowskiej przygoda z karczmą zaczęła się prozaicznie. Prowadzili z mężem hodowlę owiec.

— Jako że owce nie szły, pomyśleliśmy, że trzeba będzie je zjeść. Sami nie dalibyśmy rady. I tak otworzyliśmy knajpę — zaczęliśmy od podawania dań z baraniny — mówi Marta Wąsiakowska.

Autentyczną starą kuźnię przerobili na karczmę, której nadali nazwę Karczma Stara Kuźnia. Znakiem rozpoznawczym karczmy jest galopujący koń, bo kiedyś kuto tu konie.

Z biegiem czasu do karty weszły inne dania, przepisy własne i przyjaciół. Po przyjaciółce Węgierce została pikantna zupa rybna halászlé, po przyjacielu Słowaku — przepis na smażony ser, po Polce, która mieszka od lat we Włoszech, a podczas któryś wakacji kucharzyła w Starej Kuźni, receptura na kurzy biust (pierś) w warzywach. Specjalnością kowalowej są m.in. żeberka w powidłach śliwkowych z czosnkiem. Menu liczy tylko stronę. Tak jak w dobrych restauracjach. Jest gwarancja, że wszystko jest świeże, a nie wyciągnięte z zamrażarki.

Stronę internetową zrobił zaprzyjaźniony grafik, zaprzyjaźniony literat napisał tekst. W karczmie pracuje córka z przyjaciółmi ze studiów. Jeść przyjeżdżają zaprzyjaźnieni klienci. Można też kupić obrazy zaprzyjaźnionych malarzy.

— Wielu jest stałych gości, to są ludzie, którzy mają tutaj własne domy lub je wynajmują. Miejscowych jest niewielu, oni wolą pokazać się w Mikołajkach niż w Starej Kuźni — wyjaśnia Marta Wąsiakowska.

Czasem na posiłek zapowiadają się zorganizowane grupy. Przyjeżdżają cudzoziemcy, głównie Niemcy, rzadziej Francuzi lub Włosi.

— Mnie nie zależy na „szybkich” pieniądzach. Z takich grup nie wywodzą się stali klienci. Do mnie ludzie przyjeżdżają specjalnie, nie spieszą się, leżą na trawie…

Ostatnio Starą Kuźnię odwiedził jeden z włoskich touroperatorów, chce ją umieścić na polskim „szlaku jedzenia”. We Włoszech wędrowanie tzw. szlakami jedzenia (np.: wina czy oliwy) jest popularnym rodzajem turystyki.

Gospodarstwo w Przykopie to miejsce specyficzne. 13 kilometrów od Giżycka. Położone z dala od głównej drogi, z gminnej asfaltówki trzeba skręcić w żwirową lipową aleję, która jest pozostałością po dawnym majątku ziemskim Hessenhohe, należącym do rodziny Grossmannów. Park i wszystkie zabudowania pamiętają czasy dawnych właścicieli. Nieopodal jest rodowy cmentarz. W dworku, oprócz mieszkania obecnych właścicieli, do wynajęcia są cztery pokoje. Skarpą schodzi się do położonego 300 metrów dalej jeziora Buwełno, wąskiego jak rzeka, które ciągnie się przez 11 kilometrów.

— Zaczynam się martwić, bo coraz częściej na moją plażę przyjeżdżają ludzie z Giżycka — mówi pani Marta.

Drugą specjalnością Wąsiakowskich są konie: szkółka jeździecka i pensjonat. W tej chwili jest 27 koni. Godzina jazdy na padoku kosztuje 25 zł, 35 w terenie z instruktorem. Koński pensjonat ma pięciu gości.

— Czasem to jest transakcja wiązana. Instruktorka trzyma tu swoje konie i pracując latem, odrabia część za ich utrzymanie w zimie — tłumaczy pani Marta.

Ale i tak niekwestionowanym sercem gospodarstwa i centrum towarzyskich spotkań jest karczma.

— Ja bardzo lubię prowadzić tę knajpę. W dodatku świetnie się przy tym bawię — podsumowuje Marta Wąsiakowska.

W Urzędzie Marszałkowskim w Olsztynie myślą już o następnym projekcie. Tym razem chcieliby wciągnąć do współpracy regiony z Czech, Słowacji, Słowenii. Umbria byłaby nadal czołowym partnerem.

— Projekt mógłby ruszyć od następnego roku — informuje Stanisław Marajda, dyrektor departamentu turystyki i promocji regionu.

Joanna Mrugalska nawet na chwilę nie spoczywa na laurach. Namówiła znajomych umbryjskich hotelarzy na przyjęcie na naukę kolejnych młodych osób z całej Polski, już nie tylko z Warmii i Mazur. Program realizowany jest wspólnie z fundacją Rozwoju Wsi Polskiej za pieniądze z unijnego Funduszu Leonardo da Vinci.

Możesz zainteresować się również: