Melduję, nie kandyduję

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-07-06 00:00

Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, zaprzecza, że będzie kandydatem PO na głowę państwa. Obiecuje za to Expo, EURO i Europejski Instytut Technologiczny.

„Puls Biznesu”: No to co, EURO czy Expo, panie prezydencie?

Rafał Dutkiewicz: I EURO i Expo.

Przecież Michel Platini powiedział, że jeśli Wrocław chce mieć EURO 2012, to nie może mieć Expo 2012, bo się terminy pokrywają. UEFA się na to nie godzi.

Nie ma problemu wyboru, proszę mi wierzyć. Rzeczywiście na ostatnim posiedzeniu UEFA stanęła ta kwestia. Ale obyło się bez gróźb. W Hiszpanii była olimpiada i Expo w 1992 r. i jakoś nic się nie stało. Poza tym te dwie bardzo ważne dla Polski imprezy — gdy zdobędziemy Expo, decyzja zapadnie w listopadzie — nie odbędą się w jednym czasie. Najpierw EURO, potem przerwa, i Expo. Mamy ekspertyzę prawną dowodzącą, że przepisy UEFA i Expo pozwalają organizować obie imprezy w tym samym terminie. Poza tym cieszymy się na ewentualną możliwość organizacji obu imprez w jednym roku, bo to oznacza, że mamy dwa w cenie jednego. Raz tylko przecież zorganizujemy system dowożenia gości i turystów, raz tylko określimy częstość kursowania tramwajów, raz rozplanujemy objazdy czy rozkład hoteli.

Naprawdę pan wierzy, że Wrocław dostanie Expo? Co możemy dać innym krajom za poparcie?

Zabieganie o Expo polega na zawieraniu międzynarodowych interesów, na marketingu bezpośrednim. Niektóre kraje w zamian za poparcie naszej kandydatury chcą wsparcia Polski w kontaktach z Unią Europejską, inne oczekują wsparcia dla studentów z krajów Trzeciego Świata. Jeszcze inne — redukcji długów. Głosy na nas, Koreę i Maroko rozkładają się mniej więcej po jednej trzeciej. Naszymi stronnikami wydają się przede wszystkim kraje Europy Środkowej, Północnej i części Wschodniej. Belgia, Hiszpania i Portugalia wolą Maroko. Naszym sojusznikiem jest Unia Europejska, co oficjalnie potwierdzili komisarz Gunther Verheugen i przewodniczący europarlamentu Hans Gert Poettering. Na pozostałych kontynentach rozkład sił też jest zrównoważony. Pod względem organizacyjno-lobbystycznym Expo jest niewątpliwie trudniejsze do zdobycia niż EURO, bo decyzję podejmują w tajnym głosowaniu 101 delegatów poszczególnych krajów. Warto o nie zabiegać, bo impreza przenosi Polskę do przodu o kilka lat. Dlatego wspólnie z rządem robimy, co możemy. Rząd oczywiście ma więcej do zrobienia, ponieważ przestrzeń, w której ja się poruszam, jest mniejsza.

Wnoszę, że nieźle wam się współpracuje z rządem przy Expo. Trochę to dziwi, bo podobno ma pan być naturalnym kandydatem Platformy na prezydenta kraju. Naturalnym, bo zdobył pan jesienią 85 proc. głosów.

Kłamałbym, gdybym twierdził, że pogłoski o moim starcie w wyborach prezydenckich trochę mi nie schlebiają. Powiem jednak zupełnie otwarcie, że Pałac Prezydencki kompletnie mnie nie interesuje. Uprzedzam kolejne pytanie. Posłem też nie zamierzam zostać. Do 2010 r. będę, daj Boże, prezydentem Wrocławia. Z mojej perspektywy posłowanie wydaje mi się zajęciem dość nudnym. Zarządzam firmą, w której pracuje w sumie około 12 tys. ludzi. Zarządzam budżetem rzędu trzech miliardów złotych. Kłótnie o miejsce przecinka w ustawie mnie nie interesują.

Nie przesadzajmy, chyba aż tak nudno to by nie było. Zawsze mógłby pan obrazowo wyjaśnić, w imieniu klubu, jakie jest wasze zdanie o tym, że na budowę polskich aren EURO 2012 nie będzie unijnych funduszy.

Teraz też mogę to zrobić. Nie da się zbudować stadionów z pieniędzy unijnych, bo Bruksela nie premiuje przedsięwzięć komercyjnych, a takim jest EURO 2012.

Jak zatem wybudujemy stadiony? Z cegiełek? Wydaje się, że na partnerstwo publiczno-prywatne, którego przygotowanie trwa długo, nie ma już czasu.

Stadiony powstaną za pieniądze publiczne. Musimy być gotowi na 2010 r. Pierwotnie był taki pomysł, aby budowę stadionu finansować na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego, ale odstąpiliśmy od niego. Nie ma na to czasu. Nie ma pilotażowych projektów. Stara ustawa nie działa, a nowa jeszcze nie była nawet głosowana.

Ale partnerstwo byłoby tańsze dla miasta.

Budowa z pieniędzy publicznych wcale nie musi być droższa.

Zastanawialiście się, co potem z tymi czterema czy sześcioma stadionami zrobimy? Doświadczenie pokazuje, że tylko prywatny operator gwarantuje ich dochodowość po zakończeniu mistrzostw Europy.

Ogłosiliśmy dwa przetargi na projekt i zagospodarowanie stadionu. Szczegółowe i rzetelne ekspertyzy wykażą, ile restauracji musi być na parterze, co się powinno znaleźć na piętrze, a co na koronie. Dowiemy się również, ile na stadionie musi być galerii, jak tworzyć sieć klubów kibica, które przyciągną widzów. Będziemy gotowi, gdy Śląsk Wrocław trafi do I ligi piłkarskiej. Żeby obiekt po mistrzostwach zarabiał, trzeba spełnić jeden podstawowy warunek — mieć drużynę w ekstraklasie. Poza tym — choć pewnie nie będzie z tego w Polsce tak dużych pieniędzy jak w Niemczech — czekamy na możliwość komercyjnego nazwania obiektów sportowych i ewentualność podpisania umowy z dużą firmą.

Żeby stadion się utrzymał, musi na nim odbywać się około 250 imprez rocznie.

Miasto może, przynajmniej w początkowej fazie, dokładać do sportu. Zawody, które się na nim odbywają, są przecież dla mieszkańców. Tak samo jak szkoły wyższe i spektakle teatrów, do których dokładamy. Mecz piłkarski to spektakl, święto, tylko że dla większej niż w teatrze liczby widzów. Nie może być siedemsettysięcznego miasta z siedmioma teatrami i dwudziestoma szkołami wyższymi bez dobrej drużyny piłkarskiej i porządnego stadionu.

Wrocław ma dużo sukcesów. LG, Google, EURO, odnowiony rynek, bezrobocie spadło z 14 proc. do 7 proc. Chce pan jeszcze Expo, słyszę nawet o Europejskim Instytucie Technologicznym (EIT), unijnym CERN. Nie za dużo tego?

Zapytam: jak nie teraz, to kiedy? Jeśli teraz — przy wzroście gospodarczym, przy funduszach unijnych — nasz kraj się nie zmodernizuje, to druga taka szansa szybko się nie powtórzy. Musimy być optymistami i bardzo chcieć chwytać okazje. Rząd musi rozwiązać problem mieszkań dla młodych ludzi i spowodować, by nie wyjeżdżali za granicę. W przeciwnym wypadku będzie niedobrze. Twierdzę z całą stanowczością, że my wymyślony przez Barroso EIT będziemy w Polsce, we Wrocławiu mieć. Dlaczego? Bo chcemy tego najbardziej. Mimo że naszymi konkurentami są Budapeszt, Wiedeń, Paryż i trochę Londyn.

Trochę Londyn?

No tak (śmiech), ale Wrocław już na bazie swoich uczelni buduje EIT, dlatego mamy przewagę. Dostaliśmy z grantu 200 mln euro i taki ośrodek powstaje. Na 25 hektarach, w budynkach o powierzchni 23 tys. mkw. Jesteśmy więc jedynym kandydatem, który na przełomie 2008 i 2009 r. — gdy zapadnie decyzja — będzie gotowy. Poprosimy tylko o pieczątkę czy certyfikat. Nie wyobrażam sobie innego obrotu sprawy niż EIT we Wrocławiu. Jeśli instytut nie trafi do nas, będzie to oznaczać, że zawiedliśmy na całej linii. Polska nie ma czasu na stratę szans. Żeby gonić starą Europę, musimy rozwijać się, skacząc po kilka lat do przodu. I musimy bardziej stawiać na naukę. KGHM rocznie ma więcej zysku niż państwo polskie wydaje na naukę.

OK. Poddaję się. Skąd w panu tyle energii?

Ludzie we Wrocławiu mają energię. Ja tylko staram się ich energię potęgować. Musi pan sobie uświadomić, że skoro zarządzam prawie dwoma tysiącami urzędników — nie liczę nauczycieli i pracowników placówek kultury — to nie wszystkie wrocławskie pomysły pochodzą ode mnie. Pozwalam swoim ludziom podejmować decyzje. Poza tym Wrocław ma to szczęście, że — mimo iż Polska cierpi na brak dużych scalonych gruntów inwestycyjnych w sąsiedztwie szerokich dróg — my tutaj takie mieliśmy i nadal mamy.

Wywodzi się pan z biznesu. Miał pan firmę headhunterską. To pomaga?

Raczej przeszkadza.

Jak to?

Kiedy się wydaje pieniądze publiczne, ma się więcej ograniczeń. Czasami absurdalnych. Szczególnie w Polsce są one zbyt silne. Rozbudowane procedury dysponowania każdą złotówką spowalniają nasz rozwój. Polska administracja, co zauważył nawet premier Kaczyński, uważa, że aby coś zrobić, trzeba przyjąć ustawę (przykład EURO). To kompletnie do chrzanu. Trzeba by przełamać ten zaklęty krąg kolejnych ustaw. Czekam aż pojawi się ktoś na miarę Balcerowicza, który jednak tym razem uwolni nie gospodarkę, lecz administrację.

Ale „Puls Biznesu” na biurku pan codziennie ma?

No, mam.

Z sentymentu?

Nie. Wiadomości biznesowe po prostu przydają mi się w pracy. Samorząd i zarządzanie miastem odbywa się w dwóch sferach. Nadrzędnym celem jest poprawienie bytu mieszkańców dzięki lepszym drogom, komunikacji, inwestycjom mieszkaniowym, w sport czy w kulturę. Do tego jednak trzeba pieniędzy, a one pochodzą od firm. Bezpośrednio i pośrednio.

Czyli nie kupuje pan „Pulsu”, bo inwestuje pan na giełdzie?

Jako prezydent miasta nie mogę grać na giełdzie.

No, to ma pan ograniczone prawa obywatelskie.

Niestety, urzędnicy państwowi mają ograniczone prawa obywatelskie. n

Możesz zainteresować się również: