Menedżer roku nie powinien panikować

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2002-01-11 00:00

Chociaż w naszym kraju recesji tak naprawdę nie ma, to wielu szefów polskich spółek nie wytrzymuje presji wszechobecnej propagandy i w panice histerycznie tnie koszty. Niestety, tym, którzy tak postępują nie będzie łatwo wyjść z finansowego dołka, a tym bardziej zostać najlepszym w Polsce szefem firmy. Tak przynajmniej twierdzą Ryszard Bociong i Sławomir Majman zarządzający Stowarzyszeniem Menedżerów w Polsce, które już po raz szósty organizuje konkurs na najlepszego menedżera — tym razem roku 2001.

- Kto zostanie menedżerem roku 2001?

Ryszard Bociong: Nie wiem. Sam jestem ciekaw. Na razie uruchamiamy procedurę zgłoszeń do konkursu.

- Ale pewnie ma Pan jakieś swoje typy?

R.B.: Szczerze mówiąc, nie.

- A Pan?

Sławomir Majman: Nie. Zresztą nigdy nie mieliśmy żadnych typów, przynajmniej nie na etapie rozpoczęcia konkursu. Mam nadzieję, że jak zwykle spłynie do nas mnóstwo kandydatur — co najmniej kilkadziesiąt i...

R.B.: ...wszystkie poparte twardymi wynikami finansowymi spółek, którymi zarządzają kandydaci.

- W tym roku te twarde wyniki i cały konkurs mogą być niewesołe, bo jest przecież recesja.

S.M.: O tej recesji można by długo mówić...

R.B.: ...przepraszam, ale chciałbym jeszcze coś dodać do poprzedniej odpowiedzi. Otóż, Sławku, tutaj nie chodzi o liczbę kandydatów, tylko o ich jakość. Co do obecnych kłopotów gospodarczych, to nie wpłyną one negatywnie — jak pan sugeruje — na konkurs, bo dość łatwo jest być menedżerem, kiedy ich nie ma. Znacznie trudniej zarządzać firmą w trudnych warunkach, a tak naprawdę dopiero wtedy okazuje się, czy ktoś jest dobrym menedżerem czy nie.

- To może dopiero w tym roku poznamy prawdziwego mistrza w zarządzaniu firmą?

S.M.: Na pewno tegoroczny konkurs będzie szczególny, bo rzeczywiście mamy stagnację, czy też recesję — nazywajmy to sobie, jak chcemy. Jest to piekielnie trudny test dla polskiej kadry menedżerskiej. Zdecydowana większość tych ludzi po raz pierwszy w swoim życiu zawodowym styka się z tym, że zyski nie idą w górę. Niestety, wielu z nich reaguje w sposób przekraczający granice zdrowego rozsądku.

- Czyli?

S.M.: Panikują! Wpadają w obłęd histerycznego cięcia kosztów. Nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę utrudniają sobie wyjście z tej stagnacji.

- To jak w takim razie powinni reagować?

R.B.: Ale proszę pana jeszcze dwie rzeczy.

- Proszę bardzo.

R.B.: Po pierwsze, drogi panie, padło tutaj słowo recesja. W Polsce nie ma recesji! Jeszcze.

- Jeszcze?

R.B.: Bo nie jest wykluczone, że kiedyś w Polsce recesja będzie. Ja nie twierdzę, że ona będzie za rok, czy dwa. Ale trochę za bardzo przyzwyczailiśmy się do tych żałobnych tonów, płynących z mediów: jest źle, będzie coraz gorzej itd. Po drugie, takie właśnie biadolenia stają się usprawiedliwieniem dla wielu menedżerów, którzy podejmują za mało wysiłków w celu zwiększania konkurencyjności zarządzanych przez siebie firm. Oczywiście, nasza gospodarka nie odnotowuje tak dużej dynamiki wzrostu, jak w latach poprzednich — to jest ewidentne. Nie należy jednak przesadzać.

S.M.: A ja będę kontynuował swoją wypowiedź. Otóż, są takie dziedziny polskiej gospodarki, które tą paniką są dotknięte w sposób skrajny.

- Na przykład?

S.M.: Na przykład informatyka. Tam kadra menedżerska jest najmłodsza i ponoć najlepiej przygotowana — największy odsetek ludzi z MBA itd. Niestety właśnie w tej branży panują najbardziej histeryczne nastroje. Do tego stopnia, że niedawno dostałem list od prezesa Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, skierowany do wszystkich członków, w którym błaga żeby nie wariowali, żeby pokazywali się publicznie, uprawiali komunikację z rynkiem, żeby się przestali ukrywać. Informatyka jest przykładem skrajnym, ale są też inne dziedziny, gdzie zachowania irracjonalne w obliczu stagnacji występują w znikomym stopniu — np. sektor finansowy. Prawda Rysiek?

R.B.: Nie dajmy się pogrążyć i ponieść temu czarnowidztwu, które płynie powiedziałbym... zewsząd.

- Z powietrza się nie wzięło.

R.B.: To już jest zupełnie inny temat. Nie wiem, czy związany bezpośrednio z konkursem. Chyba nie.

S.M.: Dlaczego nie? Proszę pana, my wyznajemy tezę, że co najmniej 50 proc. negatywnych nastrojów związanych ze stagnacją gospodarczą w naszym kraju tkwi w głowach kadry kierowniczej.

R.B.: Absolutnie tak.

S.M.: Powiedzmy szczerze. Są trzy źródła tej paniki. Pierwsze to rzeczywista sytuacja gospodarcza, która nie jest dobra, ale też nie jest katastrofalna. Drugim jest coś w rodzaju reakcji łańcuchowej. Do jednego dyrektora przychodzi dwóch kolegów i zaczynają straszliwie rozpaczać. Tymczasem jemu nie jest źle — może nie super, ale ok. Słuchając jednak kolegów on też dochodzi do wniosku, że jest fatalnie i zaczyna zwalniać ludzi, ciąć wydatki na marketing, przestaje kupować software itp. Ale trzecim, głównym źródłem — i to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć — jest to, co płynie z góry. Na grudniowym spotkaniu naszego stowarzyszenia z premierem Markiem Polem poprosiliśmy jego, premiera Millera i premiera Belkę, żeby przestali w końcu rozsnuwać czarne scenariusze dla gospodarki. Bo oni straszą! Straszą wszystkich dyrektorów i przedsiębiorców, którym naprawdę niewiele trzeba, żeby się przerazić.

- Tak czy inaczej te strachy na lachy pozytywnie wpłyną na konkurs.

R.B.: Przynajmniej mamy taką nadzieję...

S.M.: ...na tyle, że prawdziwe wartości menedżerskie na tle domniemanego kryzysu będą bardziej oczywiste.

(nagle dzwoni telefon prezesa Bocionga)

Szeptem: Przepraszam bardzo, ale mam teraz spotkanie — nie mogę rozmawiać. Proszę mi podać numer swojego telefonu, oddzwonię za pół godziny. (koniec rozmowy)

R.B.: No właśnie znowu ktoś dzwonił do mnie, że ma jakiś biznes. Sam pan widzi, że nie ma żadnej recesji.

S.M.: To może ja włączę komórkę.

R.B.: Ha, ha, ha, ha. Przepraszam, wróćmy do tematu.

- Często Panowie mówią, że ten konkurs to niezła zabawa.

S.M.: Jak najbardziej.

- Ale dla kogo? Dla kandydatów, czy może raczej dla jury?

S.M.: Dla obu stron. Do ostatecznej rozgrywki awansuje zwykle 10-12 osób i odbywa się coś w rodzaju egzaminu ustnego. Oczywiście wszystko bardzo serio, ale w dużym stopniu ma to charakter popisu konkursowego na piątym roku prestiżowego konserwatorium muzycznego — klasa skrzypiec.

- A w komisji zasiadają sami wirtuozi: Paganini i Wieniawski?

S.M.: Komisja jest także niezwykle przejęta, zasiadają w niej i praktycy, i teoretycy. Są tam ludzie, którzy naprawdę z niejednego pieca chleb jedli.

- Często się Panowie kłócą?

S.M.: Bardzo często. Wyłanianie zwycięzcy to długa, wielogodzinna...

R.B.: katorżnicza robota. To chciałeś powiedzieć?

S.M.: Tak jest. Po tej całej procedurze rozmów, każdy z nas ma mniej więcej 2 faworytów i...

R.B.: ...wygrać może tylko jeden.

- O co się Panowie najczęściej spieracie?

S.M.: Na ogół o to, czy twarde dane księgowe rekompensują na przykład pewne braki osobowości, które się ludziom zdarzają. Albo o to, czy mamy nagrodzić szefa naprawdę wielkiego zakładu pracy, którego wyniki decydują o losie 5 proc. polskiej gospodarki, czy równie dobrego człowieka, który kieruje znacznie mniejszym zakładem, ale ma fantastyczne wyniki finansowe.

R.B.: No, tak. Myśmy już przechodzili w gronie jury wielokrotnie tego typu dyskusje, które, trzeba przyznać, czasami bywały nawet bardzo zabawne. Ale problem polega również na tym, że grupa finalistów, z której należy wyłonić jednego laureata, to ludzie reprezentujący już bardzo wysoki poziom i w zasadzie każdy z nich mógłby wygrać konkurs. Nasze spory właściwie zawsze toczą się o to, jak spośród najlepszych wyróżnić — jak to nazywa profesor Obłój — tego primus inter pares.

- A Panowie nie mieliby przypadkiem ochoty wystartować w tym konkursie?

S.M.: Nie możemy!

R.B.: To byłoby nieetyczne!

- Ale załóżmy, że nic nie stoi na przeszkodzie.

S.M.: Wie pan, ja kieruję przedsiębiorstwem dość niszowym iii... w porównaniu z jakimś bankiem, czy stocznią, to jesteśmy nieco mniejsi. Rzeczywiście, stworzyliśmy coś z niczego, ale mimo wszystko nie sądzę, żeby kwalifikowało mnie to do bycia menedżerem roku.

R.B.: Hmmm... to bardzo trudne pytanie. Można na nie odpowiedzieć w ten sposób: ostatecznie nie zawsze będę członkiem jury i być może ktoś kiedyś mnie zgłosi. Wtedy wystartowałbym chętnie. Natomiast na razie jest to wykluczone.

S.M.: Ale proszę sobie nie myśleć... w składzie jury nie ma nieudaczników. To nie są gremia, które bardzo krytycznie oceniają innych, bo im się akurat nie udało.

R.B.: W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się pewna anegdota. Mianowicie kiedyś George Bernard Shaw zwiedzał jakąś wystawę malarską i oprowadzał go autor prac. W pewnym momencie Shaw mówi do artysty: te obrazy mi się nie podobają. Malarz odparł: to niech pan sam spróbuje coś takiego namalować. Proszę pana, ja jajek nie znoszę, ale smak omletu potrafię ocenić odpowiedział Bernard Shaw.

Stowarzyszenie Menedżerów w Polsce powstało w 1994 roku. Skupia wyłącznie przedstawicieli (firm działających

na terenie naszego kraju) pierwszego i drugiego stopnia zarządzania. Od 1996 roku prezesem zarządu tej organizacji jest Ryszard Bociong, który na co dzień pełni funkcję prezesa zarządu Towarzystwa Ubezpieczeń Ogólnych Commercial Union.

Od roku 1998 przewodni-czącym rady Stowarzyszenia Menedżerów w Polsce jest Sławomir Majman

(w latach 1996-98 był jego wiceprezesem),

będący jednocześnie dyrektorem generalnym Biura Reklamy SA.