Menedżerowie, którzy nie klepią biedy

Mirosław Sikorski
opublikowano: 26-05-2006, 00:00

Średnia cena dwuletniego kursu MBA w Polsce to 50 tys. zł. Inwestycja zwróci się jednak już po roku pracy.

Dyplom MBA wart jest ponad dwa i pół razy tyle co dyplom magistra — wynika z badań wynagrodzeń przeprowadzonych przez agencję Sedlak & Sedlak. Absolwenci elitarnych studiów menedżerskich „wyciągają” średnio 9 tys. zł miesięcznie. Przy czym co czwarty z nich zarabia około 15 tys. zł, a co dziesiąty — powyżej 23 tys. zł.

— Pieniądze to nie wszystko. Istotne jest to, że docieram do informacji, których sam nie znalazłbym, poznaję praktyki najlepszych firm. Podnoszę kwalifikacje. To dodaje pewności siebie i wiary we własne możliwości — zaznacza 24-letni Maciej Kaliciński, który kończy I rok MBA w The Polish Open University w Warszawie.

W teorii i w praktyce

Kaliciński jest menedżerem marketingu w WGI Domu Maklerskim. Wybrał specjalizację: zarządzanie strategią.

— Nie ma lepszej metody pogłębiania zdobytych umiejętności niż ćwiczenie ich w codziennej praktyce — zapewnia.

Inne korzyści? Te studia pozwalają poczuć się obywatelem świata.

— Dlaczego? To proste. Znajomy wykładowca z Wielkiej Brytanii ciągle powtarza, że standardy MBA w każdym kraju są takie same. Także polski student dorównuje studentowi z Anglii, Francji czy USA — a często jest lepszy. Jak się potem dziwić, że finansiści znad Wisły rozchwytywani są w londyńskim City? — wyjaśnia Janusz Jacewicz, koordynator studiów MBA w Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menedżerów.

Sieć kontaktów

Wartość studiów MBA nie sprowadza się jedynie do wiedzy. Korzyścią są stosy wizytówek oraz notesy z kontaktami. Dziś nikomu nie trzeba tłumaczyć, co to znaczy networking, czyli sprawnie budowana sieć biznesowych powiązań.

— Od kogo można otrzymać propozycję współpracy, jeśli nie od dobrego kolegi z sali wykładowej albo z klubu absolwentów Master of Business Administration? — zauważa Maciej Kaliciński.

A trzeba dodać, że przynależność do tego ekskluzywnego grona umożliwia nie tylko integrację w ramach własnej ścieżki, ale i poznanie uczestników innych edycji. Są wśród nich szefowie banków, renomowanych agencji konsultingowych i koncernów, znani ludzie mediów. Do polskiej ligi MBA należą m.in. Leszek Balcerowicz, Adam Pawłowicz i Wanda Rapaczyńska.

Towar deficytowy

Rynkową wartość dyplomu MBA dostrzegają zwłaszcza konsultanci personalni.

— Jest to przepustka na stanowiska kierownicze we wszystkich liczących się firmach — twierdzi Jacek Karczewski, doradca zawodowy z Sopotu.

— O sukcesie lub porażce decydują zasoby ludzkie. Inne dobra są łatwo dostępne, nawet pieniądze — można wziąć kredyt albo wejść z kimś w spółkę. O dobre, profesjonalne kadry natomiast coraz trudniej — tłumaczy Marcin Pietras, menedżer portalu w Edu.Pracuj.pl.

A jak dyplom MBA postrzegają przedsiębiorcy?

Jan Klapkowski, dyrektor Gdańskiego Związku Pracodawców, nie ma wątpliwości, że polskie szkoły Master of Business Administration wypuszczają światowej klasy profesjonalistów.

— Ci ludzie są doskonale przygotowani do wolnorynkowej gry, ich atutem jest analityczne myślenie, znają języki, sprawdzają się w negocjacjach — wylicza.

— Renomowany program na renomowanej uczelni otwiera niejedne drzwi. Nie słyszałem o absolwencie MBA w Polsce, który byłby bezrobotny albo... klepał biedę. Przeciwnie — ludzi tych z otwartymi rękami przyjmują firmy konsultingowe, telekomunikacyjne, finansowe czy FMCG — dodaje Jacek Jędrzejczak, ekspert ds. HR.

Wielcy bez kompleksów

Z drugiej strony, są szefowie, którzy nie chcą posyłać swych podwładnych na studia MBA.

— Może nie potrafią pogodzić się z tym, że uczeń przewyższy mistrza. Albo obawiają się, że ktoś dokształci się za firmowe pieniądze, a potem przejdzie do konkurencji lub założy własny biznes — zastanawia się Przemysław Rey z Jobpilot Polska.

W międzynarodowych korporacjach, takich jak Xerox, Intel, IBM czy Coca-Cola, profesjonalizm zawsze wygrywa z kompleksami.

— Zachodni menedżerowie lubią się otaczać ludźmi, którzy ich przewyższają wiedzą, doświadczeniem, kwalifikacjami — przekonuje Marcin Pietras.

— Absolwenci MBA to asy w korporacyjnej talii. Gigantów biznesu nie stać na to, by tych ludzi nie mieć w swoich szeregach — twierdzi prof. Brunon Synak, socjolog z Uniwersytetu Gdańskiego.

okiem eksperta

Raczej zysk niż wydatek

To prawda, ludzie z dyplomem MBA są drodzy. Menedżerów tych nie należy jednak traktować w kategoriach wydatku, lecz inwestycji. Niektóre rodzime firmy zdają się jeszcze tego nie rozumieć. Wolą zatrudniać przeciętniaków niż ekstraklasę kadry zarządzającej. Ale i to powoli się zmienia. W ostatnich miesiącach dostrzegam wyraźny zwrot na rynku pracy. Odwróciły się role — to pracownicy zaczynają dyktować warunki pracodawcom i nie jest już tak, że na jedno miejsce znajdzie się natychmiast dziesięciu chętnych. Dotyczy to także, a może przede wszystkim top menedżerów. Znalezienie odpowiedniej osoby na kierownicze stanowisko staje się dziś nie lada problemem. Od wysokich zarobków, które otrzymują absolwenci MBA, ważniejsze są zyski, jakie przynoszą oni przedsiębiorstwu. Szefowie firm z polskim kapitałem już to zauważyli.

Jacek

Młyński

konsultant ds. rekrutacji w Straight — Doradztwo Personalne

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Sikorski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu