Mieszanie w szkolnym jedzeniu

Nowe przepisy dotyczące jedzenia w szkołach obowiązują od miesiąca, ale ministerstwo dopiero bierze się za ich tłumaczenie.

Po wprowadzeniu rozporządzenia ministra zdrowia, regulującego to, jakie jedzenie można serwować i sprzedawać uczniom polskich szkół, w placówkach oświatowych rodzi się słodko-słone podziemie, a przedsiębiorcy prowadzący stołówki i sklepiki, a także ustawiający maszyny vendingowe nie ustają w protestach.

sklepiki
Zobacz więcej

sklepiki

sklepiki Leonid Mamchenkov/Flickr CC BY 2.0

Rozporządzenie ogłoszono 28 sierpnia, a weszło w życie już 1 września. Przedsiębiorcy narzekali, że dano im zdecydowanie za mało czasu na to, by przystosować się do nowych — i niejasnych — przepisów. We wtorek w Instytucie Żywności i Żywienia spotkali się z nimi przedstawiciele resortu. Zapowiedziano, że w ciągu 2-3 tygodni powstanie poradnik wyjaśniający, jak stosować się do rozporządzenia. Ze zmian nikt jednak wycofywać się nie zamierza.

— Jesteśmy skłonni doprecyzować, wyjaśnić, może nawet nieco zmodyfikować rozporządzenie, ale uważamy, że jest ono bardzo dobre i realizuje istotny cel — chodzi o to, by zmienić na lepsze nawyki żywieniowe dzieci i rozpocząć w końcu realną walkę z nadwagą i otyłością — mówiła Beata Małecka-Libera, wiceminister zdrowia.

W sklepikach i stołówkach szkolnych w całym kraju już pojawiają się kontrole sanepidu, które sprawdzają, czy wymogi rozporządzenia są respektowane. Teoretycznie za nieprzestrzeganie przepisów, czyli na przykład za dodanie zbyt dużej ilości soli lub cukru, grożą kary pieniężne od 1000 do 5000 zł.

— Kontrole są, ale na razie po to, by edukować i pomagać w interpretacji, a nie by karać — informuje Beata Małecka-Libera. Grzegorz Łapanowski, kucharz i działacz fundacji „Szkoła na widelcu”, który uczestniczył w pracach nad rozporządzeniem, podkreślał, że idea jest słuszna, ale wykonanie mocno szwankuje.

— Zrobiono to na szybko i bezkosztowo, wprowadzając rozporządzenie. To za mało — teraz każdy interpretuje dokument po swojemu. Tymczasem potrzebna jest szeroko zakrojona, długotrwała akcja społeczna, w ramach której zespoły kucharzy i dietetyków będą jeździły od szkoły do szkoły i edukowały osoby odpowiedzialne za przygotowanie posiłków dla dzieci. Tego za darmo nie da się zrobić — uważa Grzegorz Łapanowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Rolnictwo / Mieszanie w szkolnym jedzeniu