Minister księstwa szczęścia

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2013-11-29 00:00

Po cichu Wiesław Jan Prusiecki, prezes poznańskiej firmy Konkret, snuł coraz śmielsze deweloperskie wizje. Aż doszedł do głośnego projektu w Modlinie za miliard złotych. Tam pokaże, co to znaczy żyć.

Naładowany po sufit kamper, zwany przez jego wesołych właścicieli „baletowozem”, toczy się w stronę Kołobrzegu. Szóstka rozbrykanych dzieciaków tylko czeka na przesłodzone gofry i piasek w uszach. Spory kawałek przed letnim kurortem czeka je jednak zimny prysznic — potężny korek. Siedzącego za kółkiem Wiesława Prusieckiego nie zbija to z tropu.

— To co, jedziemy do Paryża do Disneylandu? — rzuca w stronę pasażerów. Kiepski żart? Konsternacja? Nic z tych rzeczy. Po prostu — skręcili w lewo i pojechali do Francji. Bawili się pysznie. Kilkanaście lat później dzieciaki dostają od ojca po kartce papieru zadrukowanej 19 zdaniami.

— Macie się nauczyć na pamięć. Kto mi wyrecytuje bez błędów, dostanie nagrodę — zawiadamia tata. W ten sposób młode pokolenie Prusieckich poznaje „Dezyderatę” — poemat Maksa Ehrmanna, hymn hipisów, pochwałę optymizmu i motto dobrego, szczęśliwego życia. Credo ma się im przydać czy to w Kołobrzegu, czy w Paryżu.

— Mam misję w życiu. Chcę zmieniać świat. Wie pan, czego nam brakuje w Polsce? Ministerstwa Szczęścia. To szczęście jest tym, do czego każdy dąży i czego potrzebuje. Wierzę, że w Twierdzy Modlin mam zadanie z góry — stworzę tam nowe Księstwo Warszawskie, Księstwo Szczęścia — zapala się Wiesław Prusiecki, który w sierpniu zapłacił niemal 18 milionów złotych za 58 hektarów w historycznej twierdzy u zbiegu Narwi i Wisły.

Głowa w piachu

Kim jest nowy właściciel ziemi naznaczonej przez Napoleona, cara Mikołaja I i polskie elity? Dla Google to niemal anonim, przykład maksymy, że im ciszej jedziesz, tym dalej zajedziesz. Żadnego zdjęcia i tylko kilka tekstów z lokalnej prasy. Na deser parę okrągłych zdań z okazji kupna Modlina od Agencji Mienia Wojskowego. Wiadomo, że plan na Księstwo Szczęścia, inteligentne miasto pod Warszawą, ma w budżecie wpisane 10 cyfr — okrągły miliard złotych. — Przez lata jak mogłem, unikałem list najbogatszych Polaków i mediów. Nie wchodziłem w polemikę nawet, gdy pisali o mnie bzdury. Wobec szumu wokół Modlina nie da się jednak dłużej trzymać głowy w piasku, choć do końca biłem się z myślami, czy jeszcze trochę nie popróbować. Odzieram się z prywatności, to jest widocznie cena, jaką płacę za wyzwanie — wyznaje Wiesław Prusiecki.

Wulkan z żyletek

„Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu — pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy” — tak się zaczyna „Dezyderata”, której tekst zdobi ścianę pokaźnego gabinetu właściciela Twierdzy Modlin. Wiesław Prusiecki na przywitanie wymienia mocny uścisk dłoni i żwawo wbiega na ostatnie piętro historycznego budynku w sercu kompleksu City Park w Poznaniu. Tempo jego chodu powoduje, że współpracownicy zwykle podążają za nim delikatnym truchtem. Tymczasem dla niego ten krok to zwyczajny, niedzielny rytm. Wejście na poddasze dawnej siedziby sztabu 15. Pułku Ułanów ćwiczy kilkanaście razy dziennie. Tam przecież ma swoją świątynię pracy.

— Tata już tak ma, jest wulkanem energii. Jak się zdenerwuje, to nie krzyczy, po prostu niewiele mówi i chodzi jeszcze ze dwa razy szybciej — śmieje się Paulina Prusiecka, jedna z trzech córek biznesmena, coraz bardziej włączana w rozwój City Parku. — Ja 52 lata? Czuję się na 27 — deklaruje sam zainteresowany, poprawiając bandanę z reprintem żyletek i przymierzając stylowy cylinder. Rozmowę prowadzi w podobnym stylu co biznesy: wielowątkowo, z pozycji kogoś pełnego wigoru, entuzjazmu, kreatywności, ale zarazem naznaczając ją spostrzeżeniami i przemyśleniami człowieka dojrzałego, świadomego swoich celów i wartości. Takiego, który wewnętrznie „kroczy spokojnie”.

Patent na cud

Ze znanych szerszej publiczności osiągnięć wystarczy wspomnieć właśnie o City Parku — to największy projekt deweloperski, jaki dotychczas zrealizował Wiesław Prusiecki.

Pochłonął 200 mln zł i zarabia bardzo przyzwoite sumy. 4,5-hektarowy kompleks z najdroższymi apartamentami w Wielkopolsce, topowy adres poznańskiej elity menedżerskiej to dla wielu rywali z branży cud mniemany.

— Nikt tego tematu nie chciał tknąć. Gdy spółka Prusieckiego, czyli Konkret, kupiła ten teren, wszyscy pukali się w głowę — wspomina jeden z wielkopolskich deweloperów. City Park to także biura, restauracje, kluby, centrum handlowe i pięciogwiazdkowy hotel. Wszystko w stylowej, czerwonej cegle, wysmakowane, dopieszczone i sprzedane niemal na pniu. By napisać historię koszar ułanów na nowo, Wiesław Prusiecki sprzedał centrum handlowe Panorama, rozwijane niemal przez dekadę.

— Finansowo wsparła mnie Nordea. Tu tkwi odpowiedź na pytanie, czy znajdę miliard na Modlin. Znajdę, mój kolejny dobry pomysł zbierze dobrych partnerów, jak to było wielokrotnie w przeszłości. Ten model sprawdza się w 100 procentach — uważa inwestor.

Power Helenki

— Będziesz muzykiem albo baletmistrzem — mówiła matka nastoletniego Wiesia, wysyłając go do szkół, w których poznawał tajniki skrzypiec i niuanse baletowej choreografii. Do dziś w prezesowskim gabinecie stoją skrzypce i gitara, jest też kącik fitness. Jednak wychowany na gdańskim Wrzeszczu chłopak gdzie indziej lokował ambicje. W połowie lat 70. kombinował, kupował, sprzedawał choćby butelki lub makulaturę. A gdy rodzinne losy pchnęły go do Poznania, przeskoczył do technikum samochodowego i do własnego mieszkania, które zaczął wynajmować jako 15-latek.

— Trochę mnie za młodu życie przeczołgało. Jako kilkunastolatek nabrałem nawyku ciężkiej pracy, utrzymując się z tego, co udało mi się zarobić. Dziś niektórzy mogą powiedzieć, że zwyczajnie miałem i mam szczęście. Wtedy ja im odpowiadam, żeby sami spróbowali tego szczęścia, czyli snu po 4 godziny na dobę przez 20 lat — mówi. Przy czym wewnętrzną Etnę — czy, jak kto woli, własną elektrownię atomową — Prusiecki odziedziczył po energicznej babci Helence. Na jej cześć usypał nawet kopiec koło posiadłości pod Poznaniem. A na grobie kazał wyryć cytat z Goethego: „Tylko człowiek, który przez całe życie pracował, ma prawo powiedzieć: żyłem!”.

— Kurczę, może ja to też dla siebie napisałem… — zastanawia się i znów zerka na ścianę z „Dezyderatą”.

Wujek z Kenzo

W poemacie stoi jak wół: „Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami, jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna”.

— Niektórzy mówią, że ja żyję czasem tak, jakby mi miało starczyć tylko do pierwszego. Trochę tak jest, pewnie i przez to, że szkoda mi czasu na konsumowanie. Wolę marzyć, wymyślać, działać — tłumaczy inwestor.

Przy łóżku zawsze trzyma kartkę i ołówek, wyobraźnia nie zawodzi go także w fazie REM, skrzętnie notuje nocne przebłyski. W City Parku dał upust swoim talentom — projekt (autorstwa szanowanego architekta) przewrócił do góry nogami. Wisienką na torcie jest Kenzo — nietuzinkowy apartament prezesa, pełen akcentów minimalizmu, orientu, ale i technicznych nowinek. To tu nocuje, gdy pracuje na tyle długo, że powrót do domu oznaczałby skrócenie snu do 2-3 godzin. Jako jednoosobowe źródło dobrej energii przyciąga bezpośredniością masę ludzi i pomysłów, więc Kenzo zamienił się w jego drugi dom. Wyrzuca z siebie tysiąc pomysłów na minutę, zaraża, inspiruje. Kiedy trzeba, obsesyjnie dba o szczegół i nie bawi się w dobrego wujka.

— Zawsze byłem ciekawski. Do tego mam to coś, to trzecie oko. Z moich biznesów wykiełkowały dziesiątki innych interesów, w których maczałem palce — twierdzi.

Pająk Świtalskiego

Część mediów ubrała przejęcie Modlina przez Prusieckiego w czarne szaty. Przyczyną jest teza o skarbie narodowej historii przejętym za bezcen przez kumpla komunistów, wspólnika nie wszędzie podziwianego Mariusza Świtalskiego. W domyśle pada pytanie: „Czy Prusiecki to nie wydmuszka, robot sterowany przez bardziej znanego kolegę? Czy będzie jak Vahap Toy i jego mrzonki o Las Vegas na Podlasiu lub jak szefowie Imtechu z bajkami o megaparku rozrywki pod Grodziskiem Mazowieckim?”

— Nic się nie trzyma kupy w tej opowieści. Czerwonych pająków nie trawię, w poprzednich przetargach nikt nie licytował Modlina, a fort był do kupienia od pięciu lat. On nie będzie bajką. Jest dla mnie konkretnym planem. Świtalski? O, to jest ciekawa historia jego faulu poniżej pasa — tłumaczy inwestor.

To Prusiecki był jednym z kół zamachowych w początkach Elektromisu, rozkręcał go razem z młodszym o kilka miesięcy Mariuszem Świtalskim. Nie zamierza się tego wypierać.

— Poznaliśmy się w połowie lat 80., handlując elektroniką. Spotkało się dwóch młodych po przejściach i z mocną chęcią wybicia się ponad przeciętność. Ja zaczynałem od naprawiania i sprzedawania zepsutego sprzętu AGD. On podobnie. Zaiskrzyło od razu — tłumaczy Wiesław Prusiecki.

Wena z głośnika

— Dopóki odpowiadałem za rozwój i handel w Elektromisie, na pewno wszystko robiliśmy na 100 proc. legalnie, pomagali nam świetni prawnicy. Korzystaliśmy z ówczesnych możliwości prawnych. Po 1988 r. z Elektromisem i Mariuszem Świtalskim biznesowo nie mam nic wspólnego. Założyłem wówczas własną firmę — mówi deweloper.

Nie chce jednak wracać do faulu biznesowego partnera i opowiadać o perypetiach związanych z rozstaniem. Wiadomo, że faul zabolał na tyle, że od razu zaczął pakować swoje rzeczy do samochodu. — Jak się ta firma będzie nazywała? — wypalił na odchodne Świtalski.

— Conkret — odparował Prusiecki, inspiracja przyszła w kilka sekund, w gorącym momencie, wprost z napisu na klapie bagażnika auta. No i poszło.

Hello San Marino

Dopiero w latach 90. biznesmen spolszczył nazwę na Konkret. Wtedy też stał się właścicielem m.in. centrum handlowego Panorama w Poznaniu. Do Panoramy doszedł pewnym krokiem — bez Świtalskiego nie stracił swego flower power, szerzej otworzył trzecie oko. Przegląd jego ówczesnych interesów układa się w barwną mozaikę z jednym mocnym spoiwem — marżą.

Wobec szalejącej inflacji szybki interes z przebitką poniżej 200-300 procent był stratą czasu. Zatem sprowadził serial „Dynastia” do polskiej telewizji, kontener ryżu z Tajlandii, luksusową elektronikę z Zachodu, wprowadzał na nasz rynek koncern naftowy Sunoco, zalewał kraj olejami Elf i Castrol. Polacy kiwali się w rytm teledysku reklamy Conkretu wyśpiewanej przez Papa Dance. Na świat przychodzą kolejne dzieci, nieoceniona towarzyszka życia staje na głowie, by ogarnąć rodzinny interes. Maszyna chodzi bez zgrzytów.

— Rozwijałem biznesy, ale też obsesyjnie dbałem o szczęśliwie dzieciństwo córek i synów. Chciałem dać im coś, czego sam nie doświadczyłem — podkreśla Wiesław Prusiecki. Dynamitem w interesach było m.in. zaproszenie w połowie lat 90. ulicznych kupców do wynajmowanych hal, zasianie ziarna pod Panoramę. Na potęgę skupował i sprzedawał atrakcyjne działki i budynki w całej Polsce. Dziś ma w swoich spółkach dziesiątki nieruchomości i gruntów, m.in. 500 ha nieopodal Poznania. Tam coś się tli.

— Do tego jeszcze polskie San Marino, Cypr, czyli Hello City — wylicza biznesmen. Idea Hello City to na pozór zupełnie odlotowy pomysł budowy strefy wolnego handlu i cła w części Półwyspu Helskiego.

— Polska potrzebuje nowego wyzwania, nowej rakiety do rozwoju. Polski Hongkong, centrum finansowe na Helu brzmi abstrakcyjnie, ale prawnie jest możliwe. Tylko weź tu, znajdź polityka, gotowego choć porozmawiać o takiej wizji — kwituje. Na razie te plany i tak muszą zaczekać. Wszystkie działa skierowane są na Modlin.

Energia Smart City

Na najbliższe lata to Modlin będzie adresem, pod którym zamieszka Prusiecki. Apartament Kenzo opustoszeje. Projektuje właśnie marketingowy szkic nowego miasta, wybiera się do Moskwy w poszukiwaniu dokumentów o obiekcie, w który najwięcej czasu, siły i pieniędzy włożyło Imperium Rosyjskie. Leci do Nowego Jorku, szukać inspiracji, wertuje stare książki, atlasy, mapy, wspomnienia. Przepytuje, kogo się da, poznaje wierchuszkę lokalnych władz, wtłacza swoją energię w wiekowe mury.

— To obiekt unikalny na skalę światową. Położony w niesamowitym miejscu, pełen historycznych perełek. Gdyby Amerykanie mieli coś takiego na swojej ziemi, zrobiliby z tego świątynię turystyki — uważa Wiesław Prusiecki. Robocza, a być może ostateczna nazwa nowego projektu to Modlin Smart City. Plany na miliard zakładają nie tylko lofty, hotel i wysokiej klasy outlet, ale także m.in. most stalowy nad Narwią, najdłuższe na świecie tężnie, uczelnię wyższą spojoną programowo z jednym z najlepszych amerykańskich uniwersytetów oraz silną, turystyczną więź ze stolicą. No i moc dobrych wibracji.

— Zależy mi na przyciągnięciu pozytywnie zakręconych ludzi, wnoszących coś ekstra do lokalnej społeczności. Rentowność projektu to priorytet, ale czuję, że jeśli będę się kierował jedynie kryterium jak najwyższego zysku, zabiję ducha miejsca — stwierdza.

Drugie życie, cztery łapy

Na pewno Prusiecki wie jedno — kupił twierdzę za Kazikowe „12 groszy”. Bo cóż to jest 17 milionów złotych wobec wydatków Imperium na fort?

— Ta energia wciąż tam drzemie. W najważniejszym momencie Modlin budowało 12 tysięcy chłopa przez 40 lat. Dzień w dzień. Taki to jest ogrom. Car Mikołaj I ostro zacisnął pasa w całym Imperium. Dumny z twierdzy, wizytował ją aż 17-krotnie — wylicza inwestor. Inni deweloperzy, którzy Modlin stadnie zig- norowali, przeważnie twierdzą, że łatwo nie będzie. Że za daleko od miasta, że koniunktury nie ma, no i w ogóle, że jeśli jakiś megazysk, to z mitycznego skarbu po Rosjanach, zakopanego ponoć gdzieś w fortecy.

— Uda się, bo ja mam coś jeszcze — zawsze wychodzę z tarapatów, spadam na cztery łapy. Trzy lata temu miałem wypadek na motocyklu przy 180 km na godzinę. Pękła mi śledziona, lekarze byli w szoku, że przeżyłem. Okazało się, że Bóg dał mi dwie śledziony, ot wybryk spotykany raz na milion, dar drugiego życia — mówi inwestor. Motywacją jest też chęć pozostawienia po sobie czegoś „trwalszego niż ze spiżu” także dzieciakom, które kocha na zabój. Choć potomkowie odebrali dobre szkoły, żyją w dostatku, nie mogą liczyć, że tata poda im wszystko na tacy.

— Niech pan nie pisze, że Modlin to projekt mojego życia. Do 2020 r. powinienem się z tym uwinąć i odfrunąć dalej. Zapewne zarządzanie nim oddam dzieciom, jeśli się wykażą odpowiednim talentem, wiedzą, pracowitością — zastrzega. Może nieprzypadkowo po rodzinie krąży anegdota o Żydzie, który będąc z synkiem na bazarze, dopiero po długich prośbach i namowach kupił młodemu kawałek arbuza. Po wielu latach wracają na ten sam bazar i tym razem syn namolnie dopomina się o piwo. Wreszcie ojciec nie wytrzymuje:

— Co?! Po arbuzie piwo?! A Księstwo Szczęścia musi się udać. Przecież według ostatnich zdań „Dezyderaty”: „z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy”.