Wicepremier — wakat. Minister rolnictwa — wakat. Minister sportu — wakat. Taki był wczoraj wieczorem stan zorganizowania, czy raczej zdezorganizowania rządu RP. Być może jeszcze zastęp wysokich urzędników z rekomendacji Andrzeja Leppera już porządkuje biurka. Niby nic wielkiego, bywały większe zmiany w składzie rządu, także w tej kadencji Sejmu, i większe kryzysy, które udawało się przełamać.
Ale tym razem zażegnanie ryzyka może być dla premiera trudniejsze, bo nie wystarczy wytypować kandydatów do objęcia zwolnionych foteli. Jeżeli Samoobrona rzeczywiście spełni groźbę opuszczenia koalicji — a stanie się tak, jeśli Andrzej Lepper jeszcze panuje nad swoją partią — to PiS stanie wobec alternatywy: budować nową, niechby najbardziej kruchą większość, albo rzucić karty na stół i rozpisać wcześniejsze wybory.
To pierwsze oznaczać dzisiaj może tylko długotrwałe i bardzo trudne negocjacje — w pierwszej kolejności z PSL, dopiero potem z PO. Obie te potencjalne narzeczone będą chciały jak najdrożej sprzedać rękę, rozmowy będą się wlec, zawieszać i przerywać, w końcu może nawet przeważyć chęć ocalenia dziewictwa. A czas będzie uciekał, działając na niekorzyść PiS.
Pozorna kapitulacja i oddanie się pod osąd wyborców — nawet gdyby nie udało się na czas zmienić zasad ordynacji — może w tej sytuacji okazać się mocniejszą zagrywką Jarosława Kaczyńskiego. Trzeba pamiętać, że ten polityk lubi zaskakiwać, swoje ruchy zwykł obmyślać z wyprzedzeniem i dobrze czuje się walcząc w zwarciu.
Do lipcowo-sierpniowej kampanii przedwyborczej nie jest przygotowana żadna partia opozycyjna. PO nie pokonała jeszcze swojej tradycyjnej rozlazłości, a koncepcja programowa LiD tkwi w blokach startowych. Dysponując zwartym aparatem i umiejętnie wykorzystując pozycję partii rządzącej (plus pozycję w pałacu prezydenckim), osłabiony PiS ma jednak dzisiaj atuty, które czynią wybory sensownymi. Jest to dla PiS koncepcja ryzykowna, ale zarazem sexy. Zwłaszcza, że zaskoczona rozwojem sytuacji, zdezorganizowana LPR raczej nie będzie prężyć muskułów, ale schowa się za plecami koalicyjnego lidera.
To są oczywiście spekulacje i najporęczniejszą dzisiaj konstrukcją logiczną jest „jeżeli, to”. Pewne wydaje się tylko to, że politycznego lata w tym roku nie będzie. Ale też nie po raz pierwszy.
Rok temu Jarosław Kaczyński uznał za wskazane odsunięcie Kazimierza Marcinkiewicza i desygnował na nowego premiera siebie samego. Dla funkcjonowania rządu zmiana mogła się okazać korzystna. Sytuacja, gdy lider największej partii stoi na czele rządu, jest zdrowsza. Nikt nie kieruje pracami z tylnego siedzenia, mniej jest też konfliktów między rządem a jego politycznym zapleczem. Zwolennikom PiS wydawać się mogło, że rząd wychodzi na prostą. Przez rok premier miał jednak na głowie znacznie ważniejsze rzeczy niż przedwyborcze zapowiedzi — koalicjanci okazali się bardziej kłopotliwymi partnerami, niż się spodziewał (choć spodziewać się mógł wiele), a rządzenie okazało się bardziej skomplikowaną materią, niż wyglądało to z ław opozycji. O wielu wyborczych zapowiedziach premier zapomniał, np. o koncepcji taniego państwa. Rok rządów Jarosława Kaczyńskiego był rokiem otwierania kolejnych frontów w nieustannej wojnie politycznej. Czy był to rok pierwszy czy jedyny, przekonamy się niebawem.
Andrzej Nierychło