Model w porsche wraca na scenę

opublikowano: 13-11-2012, 11:18

Przez ostatnie lata Dariusz Dąbski z mozołem odbudowywał fundamenty TV Puls. Teraz nie boi się stawić czoła TVP czy TVN. Gra toczy się o jak największy kawałek telewizyjnego tortu wartego 3,5 mld zł rocznie. Czy jego plan wypali?

Połowa lat 80. Wiosenny wieczór w St. Louis, jednym z serc wolnej Ameryki. Dariuszowi Dąbskiemu dzień w robocie przeleciał jak z bicza strzelił: kilka godzin zajęć na uczelni, potem praca — prowadzi treningi judo w lokalnym centrum sportowym — następnie wyprawa na pokaz walki w murzyńskiej dzielnicy po drugiej stronie rzeki.

Wyświetl galerię [1/2]

Dariusz Dąbski (FOT. M. Wiśniewski)

Nadszedł czas na wieczorny relaks w towarzystwie telewizyjnego show. Akurat pokazują dwóch przystojniaków, to modele. Chwalą się, że z pozowania do reklam jakoś wiążą koniec z końcem.

— Ile dostajecie za godzinę pracy? — docieka dziennikarka.

— Średnio 500 dolarów. Pięć stów?! 22-letni Dariusz Dąbski aż podskakuje w fotelu. Zostanie modelem, zacznie jeden z najbardziej elektryzujących epizodów w swoim życiu, odpali rakietę błyskawicznej kariery. A że nie ma pojęcia jak? Cóż z tego. Jeśli chce, to na bank mu się uda. W końcu to Ameryka.

Bliźniak w ortalionie

— Naprawdę, ty modelem? — Sharon, szefowa agencji, nie dowierza, że stojący przed nią atleta, mówiący z wyraźnym twardym akcentem, wierzy we własne słowa.

— Tak.

— Masz za dużo mięśni… — mówi w końcu, wyraźnie chcąc się pozbyć natręta.

Przyszły model poczuł, że blask fleszy, sława i wymarzone porsche odjeżdżają mu sprzed nosa. Co zrobić, by nie zostać na lodzie ze swoją kupą mięśni?

— Ok... but listen, I have a twin brother — wystrzelił. Brat bliźniak lada miesiąc dojedzie, a kiedy dojedzie, to szanowna agentka zobaczy, że nie jest taki napakowany. Tylko niech rozmiary da, jak ten model ma wyglądać. Dała, na odczepnego. Trzy miesiące później Dariusz ma 20 kilo masy mięśniowej mniej i wie, jak nieprzyjemnie jest biegać w ortalionie przy temperaturze 40 stopni. Dwa lata później Darius (bez „z”, łatwiej Jankesom wymówić) Dąbski jest już na szczycie, występuje w telewizyjnych reklamówkach puszczanych w przerwie Super Bowl.

— On już taki jest. Skoncentrowany na celu, przeambitny. Nigdy nie kończy bez sukcesu, nawet jeśli kosztuje go to wiele wyrzeczeń. Nie poddaje się — przyznaje Erin Murphy, żona właściciela TV Puls, pochodząca z Nowego Jorku modelka, która poznała Dariusza Dąbskiego na planie reklamy MTV.

Życie po Murdochu

Ambicja, wytrwałość, siła to cechy, które teraz Dariuszowi Dąbskiemu przydadzą się jak nigdy. Od ponad dwóch dekad ten biznesmen działa w Polsce. A jak przekonuje znający go dobrze Roman Kluska, kogo jak kogo, ale ludzi z karierą w Ameryce do końca życia uwierać będzie kraj, w którym decydenci nie radzą sobie nawet z dachem stadionu.

— Gdyby Darek żył w wolnym gospodarczo kraju, osiągnąłby wszystko. A tak musi wyszarpywać ciężką pracą, krok po kroku — przekonuje Roman Kluska. Od siedmiu lat Dąbski jest związany z Telewizją Puls, od trzech lat ma w niej absolutną władzę jako właściciel. To stacja, która w swej dynamicznej historii miała wsparcie i błogosławieństwo zakonu franciszkanów, Ryszarda Krauzego i Zygmunta Solorza, wojnę i obecny sojusz reklamowy z TVN, a do tego wielki niewypał z Rupertem Murdochem. Teraz Puls wchodzi w kolejny zakręt. Tyle, że tym razem nie chodzi o strach przed wypadnięciem z toru na ciasnym wirażu.

Chodzi o wielką szansę, o to jak ściąć zakręt, by znaleźć się w ścisłej czołówce. TV Puls w oczach wielu speców jest czarnym koniem w stawce, z ambicjami przebicia się do pierwszej ligi, zarezerwowanej dotychczas dla TVN, Polsatu i TVP. Skąd tak wysokie notowania biznesu Dariusza Dąbskiego? Choćby z prostej arytmetyki. Na platformie cyfrowej telewizji naziemnej zastępującej analogową Puls ma dwie stacje i dzięki cyfryzacji szybko zwiększa zasięg. Do tego wypracował jeden z najefektywniejszych modeli biznesowych. Przez ostatnie pięć lat oglądalność TV Puls w grupie komercyjnej 16-49 lat wzrosła o 530 procent. A koszty?

— W tym czasie ścięliśmy je 11-krotnie. Teraz wraz z cyfryzacją nadchodzi nowe rozdanie. Wśród wszystkich telewidzów w grupie komercyjnej TV Puls ma udziały na poziomie 2,5 procent, ale wśród tych, którzy oglądają tylko kanały naziemnej telewizji cyfrowej, ten odsetek wynosi nieraz i 10 proc. Taki wynik daje nam 4. pozycję — wyjaśnia Dąbski, nie tylko właściciel, ale i dyrektor programowy stacji („tak jest taniej, można samemu jeździć na targi, oglądać filmy po nocach i analizować słupki, zamiast płacić za to krocie innemu menedżerowi”).

Cyfrowe paliwo

Tsunami ma ruszyć lada tydzień — wyłączone zostaną na zawsze nadajniki telewizji analogowej w województwie lubuskim, za nim pójdą kolejne. Ktoś zapyta, co to zmienia w erze internetu, telewizji kablowych i platform cyfrowych? Ano zmienia. Eksperci szacują, że nawet ponad 40 proc. telewidzów, a więc co najmniej kilkanaście milionów osób, zdecyduje się na darmową naziemną telewizję cyfrową. A to oznacza, że w 2013 r., gdy telewizja analogowa odejdzie do lamusa, udziały TV Puls siłą rzeczy przebiją 5 proc.

— Cel jest ambitny. Chcemy być stacją pierwszego wyboru. Cała sztuka polega na tym, żeby mierząc znacznie wyżej niż te 5 proc., nie przeinwestować w ramówkę. A z drugiej strony, by nie zabrakło nam paliwa, gdy zaczniemy docierać do coraz większej widowni. Musimy jej dać dobry produkt, zachęcić pierwszym wrażeniem. Rekrutuję ludzi na kolejne kluczowe stanowiska i nastawiam się na inwestycje liczone w miliony. Może znów pojawi się inwestor, może znajdziemy się na giełdzie — tak Dariusz Dąbski szkicuje strategię na najbliższy rok.

Do wyrwania jest jak największy kawałek tortu reklamy telewizyjnej wartego 3,5 mld zł rocznie. Tu każdy procent oglądalności oznacza co najmniej kilkanaście milionów złotych przychodu więcej. Stąd bezpardonowa walka w cennikach, ramówkach, u prawników i lobbystów (nie każdemu przecież cyfryzacja jest na rękę). Wygra najsilniejszy.

Moc pingwina

Silny jest pingwin Skipper, postać z kreskówki „Pingwiny z Madagaskaru”, przeboju wieczornego pasma dziecięcego w TV Puls. Jeden z telewizyjnych konkurentów porównuje Dariusza Dąbskiego właśnie do Skippera. Dumny herszt pingwiniego oddziału do zadań specjalnych, znawca różnorakich technik walki co rusz pakuje się ze swoją bandą w tarapaty. Zawsze jednak znajdzie awaryjne wyjście. Jeśli nie da się sprytem lub podstępem, do gry włącza argumenty ostateczne.

— Pewnego dnia zrozumiesz, że w życiu jest tylko jeden uniwersalny język: siła — przekonuje jednego ze swoich kompanów Skipper. Dariusz Dąbski kilka razy miał przed sobą widmo rozpadu TV Puls. Od lat walczy z demiurgiem w postaci urzędników i polityków kontrolujących system koncesyjny, spowalniających nieraz proces cyfryzacji tak korzystny dla jego biznesu. Przez swój bezpośredni, impulsywny, wojowniczy a zarazem trudny charakter i osobiste przekonania raczej nie koleguje się z biznesową śmietanką Warszawy, nie chadza na lunche na Wiejską.

— Dlatego ja go nazywam przedsiębiorcą. Takim, który o sukces walczy własnymi rękoma, własnym intelektem, a nie snuciem sieci powiązań — przekonuje Roman Kluska. Dąbski, w oczach swoich byłych współpracowników, to solista, który mocą swojego głosu gasi każdy zalążek budującego się chóru. Dlatego nie ma zaufanej ekipy, która idzie za nim w ogień od lat, mistrzem zarządzania relacji z pracownikami na pewno nie jest. Ciosy na klatę przyjmuje więc sam. Jak ostatnio, gdy okazało się, że opłaty za częstotliwości i koncesje mają wzrosnąć o kilkaset procent. Zabolało, ale nie zabiło. Od czasów sportowej kariery judoki nie walczył po to, by klepać matę. Przyduszony, nie poddawał się do utraty przytomności. Ale zwykle na końcu i tak to on był tym duszącym, to on miał więcej siły.

— Znajomi mówią, że nikt mnie nie zabije, jeśli już, to sam się zabiję, taki jestem uparty. A ja powtarzam sobie, że choć upragniona cyfryzacja się wlecze, to pływanie pod prąd wzmacnia mięśnie. Czuję, że i ja, i firma mamy większy potencjał, niż to, co widzimy w ramówce i raportach oglądalności. Ale są prawneograniczenia. To frustruje. Ten łańcuch trzeba zerwać, trzeba mieć siłę — zaznacza.

Przepłynąć Mississippi

Niewiele brakowało, by Dariusz Dąbski nie zabłysnął na biznesowej scenie. Gdyby amerykańscy sportowcy pojechali na igrzyska do Moskwy w 1980 r. ich rywale z bloku sowieckiego zrewanżowaliby się występami w Los Angeles cztery lata później. To właśnie na igrzyska w USA ostrzył sobie zęby 20-letni student AWF Darek Dąbski, jeden z czołowych judoków w kraju.

— Wtedy poczułem przytłaczający brak perspektyw, odezwał się też mocniej zaszczepiony przez rodzinę antykomunizm. Reżim uwierał mi na tyle, że postanowiłem nie czekać na igrzyska w Seulu, tylko wyjechać do Stanów. Nie było to łatwe — mówi 48-letni dziś Dariusz Dąbski.

Ostatni problem był w... ambasadzie amerykańskiej. Urzędnik traktował go jak natrętnego petenta.

— Nie wytrzymałem. Zapytałem, skąd pochodzi jego rodzina, bo nie wyglądał na Indianina. No i gdzie jest ta demokracja, wolność, to „warm welcome”? Dał wizę. Pomieszkiwał u znajomych w Chicago. Szybko wyjechał do St. Louis, chciał nauczyć się angielskiego, a na Jackowie nie za bardzo było jak. Zaczął studia biznesowe i śnił o american dream, szukając pracy.

— Przeszedłem kurs pakowania, miałem pakować towar w sklepie. Wytrzymałem tydzień, ktoś napisał w gazecie o zdolnym judoce z komunistycznego kraju. Trafiłem do klubu jako trener i zawodnik — tłumaczy.

Choć w Stanach wygrał w judo wszystko, co było do wygrania („Amerykanie byli silni fizycznie, ale mało zdeterminowani i słabi w strategii walki”), to fortuny na tym nie zbił. Judo traktowano jak peryferyjną dyscyplinę, poważniejsze pieniądze dawały występy międzynarodowe w barwach USA. Odmówił („wtedy czułem, że to byłaby zdrada nie PRL, ale Ojczyzny”), a jednocześnie uparł się, że za Chiny Ludowe nie da się zaszufladkować na bocznym torze. Nie po to porzucił wszystko, co miał w Polsce, by teraz zginąć w tłumie, gdzieś nad Mississippi. Czyhał na sukces. Szukając zarobku, brał udział w walkach pokazowych, bił się w karate full contact. Chciał walczyć w amerykańskim wrestlingu. Przyszedł gotowy na ostrą naparzankę, wolną amerykankę, o której jako chłopak słyszał legendy.

— Menedżer imprezy był przerażony. Myślał, że jakiś wariat przyszedł lać ludzi. Gdy wyjaśnił mi, że to aktorski show, zabrałem manatki — przekonuje Dariusz Dąbski. Wybrał szołbiznes.

Protoplasta Dżoany

— Jak już zrzuciłem mięśnie, wybrałem się do Chicago, przygotować sobie profesjonalny katalog, który składało się do firm poszukujących modeli do reklam. Wydałem wszystkie pożyczone pieniądze, nie starczyło mi na mieszkanie. Trzy zimowe tygodnie spałem w pożyczonym nissanie na przedmieściach Chicago, w dzień spotykając się z potencjalnymi klientami i czekając na odpowiedź z którejkolwiek agencji. Wóz albo przewóz — wspomina biznesmen. Bingo! Tyłek wymarzł, ale wreszcie dostał angaż do sesji bielizny samego Calvina Kleina. Okutany w trzy swetry facet z oszronionego samochodu trafił nagle w roznegliżowanej wersji na podświetlane plakaty i do kolorowych magazynów. Imponujący, importowany z Polski kaloryfer z mięśni brzucha rozgrzewał wyobraźnię Amerykanów w czasach, gdy kilkuletnia Dżoana Krupa dopiero zaczynała podkradać matce szminkę.

— To była winda w górę. Za zarobione pieniądze mogłem się uczyć, poznawać Amerykę, budować sieć kontaktów — tłumaczy.

Błogosławiony Kluski

Wymarzone porsche kupił niebawem, wspinając się po kolejnych szczeblach kariery. Po Super Bowl miał już twarz, która masom kojarzyła się z sukcesem. Postanowił przekuć to w pracę w biznesie bez show. Podjechał porszakiem pod siedzibę BMW North America. I znów walka na słowa.

— Nie przyjmę cię. Będziesz pracował dla Toyoty, potem dla Forda i Pontiaka, aż wreszcie trafisz do nas — wyłożył kawę na ławę menedżer.

— Ale ja czuję, kocham BMW. Tu będę pracował — odparował pewny swego Darius. Dostał angaż. Sprawdził się w sprzedaży, zmienił pracę na szefa klubu fitness, najpierw jednego, następnie całej sieci. Poznał przedsiębiorcę z polskimi korzeniami, regionalnego lidera leasingu. Przyszły lata 90. Zdecydował: wracam. Żona miała opory, on miał plan.

— Używany sprzęt IT przywoziliśmy ze Stanów, przerabialiśmy go w Polsce i sprzedawaliśmy na gwarancji w pionierskim wtedy kredycie lub leasingu. Działałem w amerykańskim stylu, odważnie. Wypaliło. Powstała baza 1,2 tys. dilerów, przez którą szły duże transakcje. W oparciu o nią wprowadziłem też później do Polski dystrybucję Lexmarka i IBM. A obok rozkręcałem dystrybucję gier Nintendo i zabawek Tomy Toys — wyjaśnia Dąbski.

Któregoś roku macki po niego wyciągnęła korporacja. Netia kusiła nie tylko pieniędzmi, ale i wizją przeorania Polski, złamania monopolu TP SA. Zawiódł się, plany okazały się w dużym stopniu mrzonką, za to zgłosił się guru z Polski — Roman Kluska.

Przekonał Dąbskiego do pokierowania Optimusem. Rezultat? Różny. Miał swój udział w 10-krotnym wzroście wartości spółki, okazałe zarobki, ale i wylew po tym, gdy wybuchła tzw. afera Kluski, w której na celowniku był także i on. Gdy niektórzy się łamali, on twardo obstawał przy tym, że Optimus nie naginał prawa. Po latach okazało się, że miał rację, tamte wydarzenia zweryfikowały go w oczach części opinii publicznej. Jeśli po ataku na Optimusa Roman Kluska stał się biznesowym świętym, to Dariusz Dąbski miał status błogosławionego menedżera od ciężkiej roboty.

— Po tych doświadczeniach przyszło zaproszenie do rady nadzorczej Orlenu i kolejny zaszczyt — szefowanie projektowi budowy Centrum im. Jana Pawła II w Łagiewnikach — mówi właściciel TV Puls.

Po drodze do TV Puls w CV Dąbskiego jest jeszcze między innymi angaż na szefa w Fujitsu Siemens z celem budowy sieci sprzedaży. Wkrótce Roman Kluska poleca jego uwadze mało znaną telewizję. Dąbski zaczyna szukać inwestora dla TV Puls, godząc interesy Solorza, franciszkanów i Murdocha. Tryby telewizji wciągają go na dobre.

Siła papki, moc dębu

Największym rozczarowaniem — wypominanym mu do dziś — jest fiasko projektu Murdocha. Australijczyk przez News Corp. wpompował w TV Puls dziesiątki milionów dolarów. Na próżno: stacja ze zmiennym powodzeniem walczyła o zwiększanie zasięgu, widownia niechętnie przyjęła konserwatywną ramówkę.

— Też wierzyłem, że w katolickim kraju jest miejsce na taką stację. Myliłem się — przyznaje Dariusz Dąbski.

Jakub Bierzyński, szef OMD, radził mu wówczas za pośrednictwem mediów, by zrezygnował z ambitnego drogiego repertuaru i poszedł w tanią szmirę.

— To podniesie oglądalność — przekonywał. Bez Murdocha TV Puls zaczął dryfować w stronę kolorowej papki, oglądalność skoczyła. Po czym ruszyła cyfryzacja. Od dobrych kilkunastu miesięcy, krok po kroku, inwestycje idą na coraz lepsze programy. Bo — tu znów eksperci są zgodni — na byle czym do ekstraklasy się nie wjedzie. Czy strategia TV Puls wypali? Część rywali wciąż traktuje Dąbskiego z dystansem. Że wariat, że śni o gwiazdach, a potyka się o krawężniki. A TV Puls w końcu wyłoży. Jednak część czuje przed nim respekt.

Przypomina, że facet pod krawężniki podjeżdża jednym z najszybszych seryjnych samochodów w Polsce (porsche z 690 KM pod maską) i z równie imponującą mocą zawłaszcza kolejne kawałeczki telewizyjnego tortu. A do tego wciąż kipi w nim krew rycerskich przodków. Jeden z nich podczas walki stracił broń, wyrwał więc dąb i potężnym pniem pogonił towarzystwo. Tyle legenda. Realia telewizyjnego rynku są takie, że Dąbskiemu jeden dąb może nie wystarczyć.

Artykuł ukazał się w numerze 17 miesięcznika "PB Weekend"

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Model w porsche wraca na scenę