Mój samochód jest jak pies

opublikowano: 24-01-2019, 22:00

Gdyby auta mogły mieć dzieci, Jimny byłby owocem związku twardziela z lasu z oschłą w obejściu Niemką o hiszpańskim imieniu. Nie mogą. Dlatego Jimny jest… psiakiem.

Pies, piesek, psiątko. Poczciwy, dobry, ufny i odważny. Ale to darmozjad. I chociaż Chińczycy są innego zdania, pies nie jest pożyteczny czy — jak kto woli — praktyczny. Tak zacząłem swój tekst o Jeepie Wranglerze blisko dekadę temu i tak zacznę ten dzisiejszy. Bo tak jak Wrangler, tak i Suzuki Jimny pod wieloma względami ma psi charakter.

Gdyby auta mogły mieć dzieci, Jimny byłby owocem związku twardziela z lasu z oschłą w obejściu Niemką o hiszpańskim imieniu. Nie mogą. Dlatego Jimny jest… psiakiem
Wyświetl galerię [1/6]

Gdyby auta mogły mieć dzieci, Jimny byłby owocem związku twardziela z lasu z oschłą w obejściu Niemką o hiszpańskim imieniu. Nie mogą. Dlatego Jimny jest… psiakiem FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Czasy barmana

Część czytelników z pewnością pamięta czasy, w których samochody sportowe były… sportowe, terenowe — terenowe, a kombi — kombi. Auto dobre w terenie nie było dobre na szosie, a wyśmienite na torze karciłeś za brak komfortu na ulicy. Pakowne nie było szybkie, a szybkie nie było pakowne. Niektórzy pewnie wspominają te czasy z rozrzewnieniem i nie do końca zgadzają się z globalnym, ekonomicznym barmanem, który miesza motoryzacyjne smaki i wymachując shakerem, tworzy nowe koktajle: SUVy, crossovery czy inne crosscountry. I chociaż nowe kompozycje bywają smaczne, dobrze jest czasem „napić się czystej”. Z tym, że „czystą” podają obecnie bardzo rzadko. To wynik naszych gustów, ale też przepisów. W rezultacie zaczyna brakować np. osadzonych na ramie aut terenowych. W zasadzie została tylko w klasykach gatunku. A i tam nie zawsze (plotka głosi, że nowy Land Rover Defender będzie jednak z nadwoziem samonośnym z jakąś tam wariacją na temat ramy). Możemy zwalać winę za obecny stan rzeczy na nas samych, przepisy, ekologów czy nawet cyklistów. Ale nie warto, bo zacietrzewieni w chęci znalezienia winnego, możemy przeoczyć to, że do salonów w Polsce właśnie wjechał samochód, którego producent najwyraźniej ma głęboko w wydechu całego tego „barmana”. Oto w drugiej dekadzie XXI w. wprowadza do sprzedaży zupełnie nowe auto zbudowane według starej szkoły. Innymi słowy: Japończycy polali czystej! Chętny na kieliszeczek? Góra dwa, ewentualnie siedem?

W rurkach nie podchodź

Nowy Suzuki Jimny w czasach wymuskanych SUV-ów jawi się niczym ostatni samuraj motoryzacji. Na tle uniwersalnych pseudoterenówek wyróżnia się tak, jak wyróżniałby się brodaty drwal na warszawskiej ulicy, wypełnionej mężczyznami na drwali się stylizujących. Źle by się czuł. Bo choć to on jest tym prawdziwym drwalem, to wygląda gorzej, mniej zgrabnie się porusza i brakuje mu markowych dodatków. No i nikt się nie zainteresuje, że to on umie się posługiwać siekierą. Po powierzchowności go ocenią, a ta… No cóż. To drwal! Czego się spodziewałeś? Pomady do brody? Nie? Słusznie! Porównanie do drwala nijak bowiem nie przystaje do aparycji Jimnego. Pasuje wyłącznie do jego umiejętności.

Suzuki Jimny nie udaje. To jeden z niewielu prawdziwych samochodów terenowych — zbudowany na ramie nośnej typu drabinowego, wyposażony w reduktor i sztywne mosty, a przy tym nieduży, lekki i niedrogi.

Jimny przez fanów off-roadu ceniony był za niezwykłą dzielność na bezdrożach i bezawaryjność. Wizualnie nowy Jimny nawiązuje do tego z lat 70. (czytaj: masz ochotę złapać go za dach i bawić się jak resorakiem). Wygląda jak dziecko Land Rovera Defendera i Mercedesa klasy G, czyli połączenie spartańskiego designu „rodziców” z powiedzonkiem: małe jest piękne. Przesłodka, choć prosta aparycja. Nie dajmy się jednak zwieść wyglądem pacholęcia. To sprawna maszyna terenowa. Bezkompromisowa również. Ale żeby się o tym przekonać, musisz zabrać go na spacerek. Do lasu. W ostępy. Miasto i międzymiastowe nie są jego ulubionym terenem, tak jak mieszkanie nie jest ulubionym miejscem twojego psa. Wszystko, co czyni z Jimnego sprawny „przeprawowóz”, czyni zeń też kiepskie środek do przemieszczania się po mieście i w trasie. Prosty, wolnossący benzyniak (1,5 l 102 KM) trudno nazwać demonem osiągów. Jazdę z prędkością 120 km/h zalecam wyłącznie w przypadku wybuchu wojny i konieczności szybkiej ewakuacji. Komfortowa prędkość przelotowa? Maksymalnie 90 km/h. Mimo czterech miejsc to auto raczej dwuosobowe. Oczywiście ma tylną kanapę. Ale ma też dwa „ale”. Jeśli kanapa jest zajęta, to miejsca na bagaże zostaje tyle, że trudno nazwać je miejscem. Po wtóre, na tylne miejscówki trudno się dostać. Tak trudno, że większość potencjalnych pasażerów raczej wybierze taksówkę, by uniknąć akrobacji i ryzyka pęknięcia spodni u początku pleców. Za kierownicę też niełatwo się dostać. Zwolennicy obcisłych dżinsów mogą zapomnieć o przejażdżce. Kolejne wrażenie jest nieco agroturystyczne. Swojskie, miłe, choć do bólu proste wnętrze. Furtka tam, gdzie inne auta mają drzwi. Strzecha w miejsce dachu. I spartański lufcik, czy może raczej czołgowy wizjer tam, gdzie powinna być przednia szyba. Ot, kombajn zbożowy z klimatyzacją i USB. Każdy zakręt pokonany z przechyłem jak w Boeingu, każde hamowanie z nurkowaniem.

Im dalej w test, tym… wcale nie lepiej. Co chwilę się przekonuję, że to auto odarte ze wszystkich cech współczesnego samochodu. Po co one komu? Dokładnie po to, po co ludzie chcą mieć psa.

Umorusany szczeniak

To sympatyczny samochód dla sympatycznych ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. Jimny wywołuje uśmiech na twarzach każdego, kogo mija. Patrzą wszyscy od lat kilku do stu kilku. I u wszystkich pojawia się ten sam rozkoszny uśmiech porównywalny z reakcją na biegnącego w naszą stronę umorusanego szczeniaka, który co prawda przed chwilą obsikał sofę lub zeżarł szpilki od Jimmy’ego Choo, ale właśnie mu wybaczyliśmy. Tylko dlatego, że cieszy się na nasz widok. Biegnie nieporadnie, potyka się o własne uszy, tyłek tańczy lambadę, przód kankana. Widzisz to? Tak samo jest z Jimnym. Nieporadność na trasie to nic przy tym, co potrafi dać w terenie.

Jak wspominałem, ma dwa sztywne mosty, prosty napęd z reduktorem jak klasyczne auta 4x4 i przekładnię śrubową w układzie kierowniczym, czyli wszystko, co czyni zeń „maszyną zagłady” w trasie. Ale teraz jesteśmy w terenie. A tu ten szczeniak powali dużo droższych rywali z segmentu SUV. Kąt natarcia to 37 stopni, rampowy — 28, a zejścia — 49 st. Brzuch na wysokości 210 mm. Po załączeniu reduktora auto bardzo sprawnie pokonuje przeszkody, radząc sobie nawet z głębokimi koleinami i błotem (wszystko na seryjnych oponach). Przy wspinaczce i zjeździe ze stromego zbocza rękę podają systemy wspomagania zjazdu i ruszania pod górę. Gdy tylko dwa koła po przekątnej z jakichś powodów tracą przyczepność, specjalny układ automatycznie je hamuje, a moment obrotowy trafia do tych z lepszą trakcją. I Jimny brnie przed siebie niewzruszony. Innymi słowy, gdzie diabeł nie może, tam Jimny już był. W terenie jest jak ryba w wodzie, pies na spacerze. Jak dieta z pizzy. Idealny! Ceny startują od 67,9 tys. zł. Uwierz mi, lepszego — a przy tym tańszego — auta terenowego nie znajdziesz.

Pean z uszami

I jak? Brać? Przypominam: widoczność, choć poprawiona, taka sobie. Niewygoda i trzęsawka. Przecież taki zestaw wad eliminuje samochód jako środek lokomocji. Tak, tylko że Jimny nie jest środkiem lokomocji. To zabawka, glebogryzarka, ratownik, najdzielniejsze małe auto na świecie. Poza drogami to szczenię szakala. Przebiegłe, choć posłuszne. Pnie się, grzęźnie, niemal topi, by po chwili z gracją wydostać się z opresji. Na bezdrożach czuje się najlepiej, odważnie wjeżdża w każdą przeszkodę terenową — oczywiście, jego odwagę ogranicza odwaga kierowcy. Tchórz za kierownicą czy nie — nieważne. Auto świetnie się bawi. Ani trochę nie męczy. Jak pies, który bez końca może aportować patyk czy piłkę. Radości ma co niemiara. Emocji jeszcze więcej. A czyż nie o to chodzi? Nikną wcześniejsze pretensje, że powoli, ociężale i że trzęsie. Jeśli auto terenowe prowadzi się świetnie po asfalcie, to oznacza tylko tyle, że nie jest terenowe. Jimny jest dla tych, którzy kochają psy. Są gotowi do wyrzeczeń, zmiany stylu życia po to, by zyskać kumpla. Bo Jimny to auto kumpel i trochę motoryzacyjny survival dla gotowych do wielodniowych wyrzeczeń, żeby mieć kilka godzin frajdy. Polubiłem ten samochód. Ma duszę. Jest twardy, dzielny, wdzięczny i szczery. W mieście się męczy, co daje po sobie poznać. Ale jeśli właściciel zabierze go na spacerek w leśne ostępy, to zobaczy, czym jest psia, przepraszam — motoryzacyjna — miłość. Aż chce się go potarmosić za lusterka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy