Monet za Orlen, a za PKO Picasso

Nad biurko, obok kalendarza, pasowałby jakiś Picasso — mruży oczy Kowalski. Skoro jakiś, to czemu nie lokalny, jeśli w rok drożeje o 125 proc.?

Nic mniej mądrego niż zestawianie stóp zwrotu z akcjiz roczną zmianą średniej ceny za dzieło. A może jednak? Przeciętny wzrost wartości prac Tadeusza Makowskiego był w tym roku czterokrotnie wyższy niż zwrot na akcjach Orlenu — wynika z danych Artprice — ale trzeba wiedzieć, że w przeciwieństwie do papierów, na imponujące 125 proc. zapracował i olej za 1,58 mln zł, i grafika za 2,5 tys. zł.

Willem de Kooning
Wyświetl galerię [1/3]

Willem de Kooning

Rodzimy rynek konkretnego twórcy to oczywiście nie żaden niezawodny barometr dla gospodarki, ale w przypadku notowań światowych, można już o czymś wnioskować. W 2016 r. najdroższe prace były m.in. autorstwa Moneta, de Kooninga, Picassa i Rubensa, ale o spowolnieniu może świadczyć fakt, że gdyby najcenniejszy w tym roku impresjonizm trafił do tabeli z 2015 r., nie byłby na szczycie, tylko na szóstym miejscu.

Mimo że wynik na rynku sztuki zależy od tego, jakie dzieło trafi w danym okresie do obiegu, tabele rekordów i tak nie są więc do wyrzucenia — nawet jeśli inwestor ma już akcje Orlenu, ale potrafi się jeszcze obejść bez Rubensa. Na takim etapie warto też inaczej czytać zestawienia — skoro na polskim rynku da się czasem wytropić impresjonistę, to może nie jest potrzebny od razu Monet, z kupą siana, za miliony monet.

Sianokosy za miliony, Podkowiński za nic

Za nic to nie znaczy za grosze, bo impresjonistyczne prace Podkowińskiego trafiają na aukcje tak rzadko, że autor jest zdecydowanie mniej spotykany niż sam Monet. Francuskiego przedstawiciela nurtu wspominano ostatnio dość często, bo listopadowy wynik 72,5 mln USD (306 mln zł) okazał się być najwyższym ze wszystkich aukcyjnych notowań w tym roku. Stóg siana, jaki widać na obrazie, zaróżowił się od słońca zachodzącego za liliowym horyzontem — jak przystało na impresjonizm, nawet ten niszowy, polski. Malarstwu Władysława Podkowińskiego nie można odmówić żadnego z tych migotliwych, świetliście pastelowych uroków, jednak najdroższa z jego prac nie wyszła mu w pewnym sensie na dobre. Za 0,5 mln zł wylicytowano szkic do „Szału uniesień” — płótna reprodukowanego już i na kalendarzach, i na kubeczkach. Naga modelka o rozwianych włosach dosiada wierzgającego czarnego konia rozmiarów słonia — żadna nowoczesność, tylko barok, więc znawca Moneta mógłby się nie nabrać. [FOT. CHRISTIE’S]

59 mln USD, a jakby gryzmolił pięciolatek

Jak okazało się również w listopadzie, patrząc na płótno drugie pod względem wysokości ceny, można nie wiedzieć, czy wisi prawidłowo, czy do góry dołem. Amerykański abstrakcyjny ekspresjonizm rzeczywiście może przerażać, bo zwykle trudno powiedzieć, o co w nim chodzi — szczególnie że malarz Willem de Kooning nawet tego cennego dzieła nie zatytułował. Nie musiał, bo wbrew pozorom jest na odwrót, a odbiór jego malarstwa nie wymaga właściwie żadnego przygotowania. Mowa o abstrakcji, dlatego że nie ma tu konkretnych kształtów, i o ekspresji, bo każdy z tych rozbryzgów jest w zasadzie samym gestem, żywiołem rozmazywania farby prosto z tubki, działaniem bez ograniczeń, dramatycznym. Jeśli natomiast dorobek Amerykanina jeszcze do inwestora nie przemawia, jest rozwiązanie: Tadeusz Kantor też miał etap, w którym zajmował się podobnym rozmazywaniem, przy czym rekord za jego bryzgi to 85 tys. GBP (443 tys. zł). Jak podaje Artprice, od 2000 r. ceny obrazów Kantora podniosły się 2811 proc. — jałowym porównaniom do giełdy aż trudno się oprzeć. [FOT. CHRISTIE’S]

Picasso w domu, albo nie — w pałacu

Chociaż Jay-Z nie mógł się na początku zdecydować, gdzie powiesiłby obraz, rapował wyraźnie, że do domu czy pałacu pasowałby mu Picasso. Skoro jednak abstrakcją nazywa się drugą w tabeli pracę Willema de Kooninga, na dorobek hiszpańskiego malarza trzeba znaleźć jakąś inną nazwę, bo nawet jeśli nos jest na miejscu oka, na obrazie zwykle widać jakąś postać. Przeciętna cena za taki olej wyniosła w tym roku prawie 6 mln USD (25 mln zł), a połamane sylwetki kupowane za takie stawki określa się jako kubistyczne. Kubizm, sprytny nurt z początków XX wieku, pozwalał malarzom na przedstawianie przedmiotów z kilku punktów widzenia na jednym obrazie — dlatego ludzie może i są pokawałkowani, ale na przykład widać, kiedy są nadzy.

Taki problem inwestycji w płótno Picassa nagłośniony był na okoliczność rekordu z zeszłego roku, bo za „Kobiety z Algieru” katarski nabywca zapłacił najwyższą aukcyjną cenę w historii, mając świadomość, że w kraju obraz będzie zbyt gorszący, żeby mógł być wystawiony. Tak jak wtedy wydano 160 mln USD (676 mln zł), tak w tym roku rekord był skromniejszy o zero i wyniósł 56 mln USD (236 mln zł) za kobietę potraktowaną kubistycznie bardzo wcześnie, bo w 1909 r. Postać wyglądająca jak z pozaginanej blachy jest więc jednym z pierwszych takich obrazów, natomiast wspomniany w kontekście zwyżek dorobek Makowskiego jest tzw. polską recepcją.

Kiedy Picasso gościł w Warszawie, właśnie te prace chciał oglądać — dzieci przedstawione jako pajacyki, podobnie blaszane — z ciałami z klocków i w czapeczkach w kształcie stożków. W taką młodzież trzeba przy tym inwestować ostrożnie, bo chociaż gromadka wyglądająca dość sztywno przebiła próg 1 mln zł, w grudniu wystarczyło już jedno ledwo zarysowane, niewyraźne dziecko, żeby z portfela zniknęło 120 tys. zł. Jeśli trend się utrzyma, chudzinka przerośnie jednak każdego, nawet gdyby stawał do konkurencji z koniem tuczonym przez Podkowińskiego. [FOT. SOTHEBY’S]

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Monet za Orlen, a za PKO Picasso