MSP kupują polskie aplikacje
Polski rynek systemów dla średnich firm zdominowali rodzimi producenci. Ich korzenie sięgają końca lat 80., jednak pierwsze wersje pakietów, choćby z grubsza odpowiadających dzisiejszemu rozumieniu tego słowa, zaczęli tworzyć w pierwszej połowie lat 90. Wtedy na polski rynek zaczęli wchodzić również zachodni producenci.
W 1988 roku grupa osób pracujących wcześniej w niesławnej spółce InterAms założyła dom software’owy. Były to czasy, gdy o kompletnych pakietach oprogramowania biznesowego jeszcze mało kto w Polsce myślał. Informatyzacja większości polskich przedsiębiorstw i instytucji sprowadzała się do pojedynczych stanowisk z komputerami PC. Gdzieniegdzie pojawiały się niewielkie sieci oparte na systemie Novell, zdobytym zresztą najczęściej z pogwałceniem wszelkich praw autorskich. Twórcy nowej firmy pragnęli od początku sprzedawać coś, co zasługiwałoby na nazwę system. Aby było to możliwe, musieli jednak znaleźć klienta, który zgodziłby się finansować prace badawczo-rozwojowe nad oprogramowaniem, czyli w praktyce kupić kota w worku. Udało się. Szpital wojewódzki w Kaliszu podpisał z nowo powstałą spółką Simple dwuletnią umowę o wartości 63 mln ówczesnych złotych.
— W czasie dwóch lat mieliśmy stworzyć kompleksowy system do zarządzania tą placówką medyczną, ale z różnych przyczyn się to nie udało. Uzyskaliśmy jednak środki niezbędne do rozruchu firmy. A ponieważ prace nad systemem dla szpitala rozpoczęliśmy od elementów najbardziej uniwersalnych, mogących znaleźć zastosowanie również w innych branżach, pozyskaliśmy też innych klientów. Oni zapewnili firmie przetrwanie — wspomina Wojciech Popowski, prezes spółki Simple.
Chaotyczny rozwój
Wyrosłe z kontraktu ze szpitalem w Kaliszu Simple obecnie jest, według biura analitycznego DiS, największym pod względem liczby użytkowników końcowych dostawcą systemów wspomagających zarządzanie dla średnich firm.
Powołanie domu software’owego w celu obsługi jednego konkretnego klienta nie było w Polsce lat 80. sytuacją wyjątkową. Dzięki podobnym związkom z klientem z Częstochowy, udało się zaistnieć zajmującemu czwartą pozycję w rankingu DiS Macrosoftowi. Przy tym charakterystyczne jest, że firmy te właściwie nie miały żadnej strategii rozwoju, a pierwsze lata ich działalności nacechowane są dużą żywiołowością.
— Początkowo firma zajmowała się wszystkim, czego sobie życzyli klienci, a więc również sprzedażą komputerów. Dopiero w 1992 roku sprecyzowaliśmy naszą strategię rynkową. Nie potrafię nawet powiedzieć, kiedy dokładnie powstał pakiet Skid. Było to na przełomie lat 80. i 90. Pomysł, aby sprzedawać razem oddzielne dotychczas aplikacje pojawił się nagle, bez specjalnych przemyśleń — wyjaśnia Paweł Bondar, prezes Macrosoftu.
— Działania naszej firmy na przełomie lat 80. i 90. na pewno nie były wynikiem jakiejś strategicznej decyzji. Były raczej wypadkową oczekiwań klientów, których udało się nam wtedy pozyskać oraz naszych aspiracji zawodowych. Dopiero później, gdy nasza pozycja rynkowa ugruntowała się, zaczęliśmy wyznaczać sobie kierunki rozwoju w sposób bardziej świadomy — dodaje Wojciech Popowski.
Wchodzi Zachód
Mniej więcej do połowy lat 90. polskie domy software’owe rozwijały swoje produkty w oparciu o własne narzędzia informatyczne i bazy danych. Tworzyły je też głównie dla systemu operacyjnego DOS. Sześć, siedem lat temu sytuacja ta zaczęła się powoli zmieniać.
Pojawiły się pierwsze wersje systemów operacyjnych Microsoft Windows. Wraz z producentami najbardziej rozbudowanych i kosztownych systemów klasy ERP lokalny rynek zaczęli też penetrować zachodni dostawcy systemów dla średnich firm. Ich produkty często nie były dostosowane do specyfiki polskiej gospodarki, ale zazwyczaj stały na wyższym poziomie technologicznym. Polscy producenci, co prawda, dalej dominują wśród dostawców oprogramowania dla średnich firm, ale jak sami przyznają, ich pozycja jest coraz słabsza.
— Nie sądzę, aby na rynku systemów dla średnich firm dominacja polskich producentów została zachowana w takich proporcjach jak obecnie. To już się zmienia. Nawet dostawcy największych systemów klasy ERP bardzo obniżają ceny i zaczynają konkurować o klientów, o których tradycyjnie walczyli między sobą prawie wyłącznie dostawcy krajowi — zaznacza Wojciech Popowski.
Pod naciskiem konkurencji, większość polskich domów software’owych już zrezygnowała z wykorzystywania własnych środowisk bazodanowych. Nie wszyscy chcieli też dalej inwestować we własne produkty. Przykładem firmy, która zrezygnowała z przygotowania własnego systemu na rzecz przekształcenia się w dystrybutora, jest Great Plains Software Polska.
— Nasza spółka pod nazwą Bossa powstała w 1993 roku. Stworzyli ją ludzie, którzy od 1987 roku projektowali oprogramowanie w spółce Samba. Gdy w 1994 roku zaczęliśmy szukać kapitału na dalszy rozwój, m.in. budowę aplikacji działających pod kontrolą systemu Windows, okazało się, że nie jest to wcale takie łatwe. Poza tym dostałem informację, że coś podobnego do tego, co chcieliśmy stworzyć, ma już amerykański producent. Postanowiliśmy nawiązać z nim współpracę. W roku 1995 staliśmy się pierwszym poza krajami anglosaskimi dystrybutorem systemu DyNAMICS, a po zmianach kapitałowych w 1997 roku odeszliśmy od nazwy Bossa — relacjonuje Ryszard Sadowski, prezes Great Plains Software Polska. Część firm, które nie zrezygnowały z rozwoju własnych produktów, próbuje żyć w symbiozie z zachodnimi producentami. Przykładem jest wrocławska Teta. Spółka, co prawda, dalej rozwija swój system, ale tak naprawdę coraz bardziej uzależnia się od sprzedaży samego modułu kadrowo-płacowego, który w wielu instalacjach stanowi uzupełnienie najbardziej renomowanych systemów ERP zachodnich producentów.
Zaledwie 33 spośród 207 firm, o które powiększyło się w roku 2000 grono klientów Tety, zdecydowały się na zakup przynajmniej trzech modułów produkowanego we Wrocławiu pakietu.



