Nerwówka IV RP

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-05-07 00:00

Po najdłuższym weekendzie Europy kraj wraca do codzienności — firmy wyłączają automatyczne sekretarki, a klasa polityczna wznawia zgiełk, przepojony troską o nasze lepsze jutro. Najbliższe dni mają ogromne znaczenie dla budownictwa IV RP. W środę Trybunał Konstytucyjny (TK) w pełnym składzie rozpoczyna zaplanowaną na co najmniej trzy dni rozprawę z wniosku grupy posłów SLD oraz wniosku rzecznika praw obywatelskich —o ocenę zgodności z Konstytucją RP ustawy lustracyjnej, zarówno jej całości w brzmieniu z 18 października 2006 r., jak i nowelizacji z 14 lutego 2007 r. Przypomnijmy, że owa pierwsza wersja uznana została za błędną już przez prezydenta, który ją podpisał, ale zgłosił daleko idące zmiany. Niecodzienność rozprawy przed TK polega na rekordowej obszerności wniosku — posłowie postawili ustawie aż 42 (!) zarzuty, rzecznik ograniczył się do 7.

Przedsmakiem zbliżającego się starcia było wyjątkowo nieprzyjemne dla przywódców IV RP zakłócenie atmosfery narodowego święta wiadomością ze Strasburga. Akurat 3 maja, niemal dokładnie w czasie, gdy jako głowa państwa wykładał swoje wizje — Lech Kaczyński poniósł ciężką porażkę propagandową, polityczną i prawniczą. Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł nielegalność wydanego przez niego dwa lata temu — jeszcze jako prezydenta stolicy — zakazu organizowania tzw. parady równości. Istotą strasburskiego wyroku jest ocena,

że prezydent swoje osobiste poglądy bezprawnie przełożył na decyzję

funkcjonariusza publicznego.

Po takim ciosie Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do nerwowej kontrofensywy i dla odwrócenia uwagi społeczeństwa już następnego dnia ogłosiło równie nośny propagandowo,

co nieprzygotowany projekt ustawy dezubekizacyjnej. Potwierdza się prawidłowość, że PiS ma zdumiewającą umiejętność psucia w fazie wykonawczej nawet rozsądnych pomysłów i szczytnych idei. Już na starcie

ustawy przewodniczący klubu Marek Kuchciński popisał się dyletanctwem prawnym, stwierdzając dosłownie,

że za kłamliwe oświadczenie byłym SB-kom grozi „ograniczenie wolności czyli mówiąc wprost więzienie”.

Gdyby zajrzał do listy kar w art. 32

kodeksu karnego, to pojąłby

jaką niedorzeczność wygłosił.

Postawa sędziów ze Strasburga

dowiodła, że wszystkie trybunały

są we wrażym układzie i rzucają braciom kłody pod nogi. Nawet nieprzypadkowa data orzeczenia stanowiła element prowokacji. Ale pal sześć abstrakcyjny Strasburg, realny nieprzyjaciel skrywa się w rodzimym TK,

postrzeganym przez Jarosława

Kaczyńskiego jako trzecia izba parlamentu, której celem jest „petryfikacja zastanego układu społecznego, powstrzymywanie zmian”. Prezes PiS nie mówi głośno, że największym złem jest niezależność sędziów po ich

wyborze (dokonywanym tylko raz na dziewięcioletnią kadencję) od partyjnych wodzów i wyborczych sondaży.

Rewanżując się władzy sądowniczej za domniemane przejmowanie funkcji ustawodawczych, PiS zawłaszcza dla władzy wykonawczej uprawnienia sądownicze (autor trójpodziału Charles de Montesquieu chyba się w grobie przewraca). Właśnie tak skonstruowany jest projekt zaprezentowany w piątek — dla „dobrych” SB-ków przewiduje powrót na łono społeczeństwa furtką otwieraną nie wyrokiem sadowym, lecz jednoosobową decyzją premiera. Zwracamy uwagę, że uchwalanie zapisu „prezes Rady Ministrów” jest ryzykowne. Co się stanie, gdy

koalicjanci znowu się skłócą i jednak odbędą się wybory, po których

premierem zostanie ktoś z III RP?

No przecież taki hurtowo udzieli

rozgrzeszenia całym tłumom SB-ków. A zatem jedynie prawidłowy zapis w ustawie — zresztą nie tylko tej

dezubekizacyjnej — powinien brzmieć: „prezes Rady Ministrów

Jarosław Kaczyński”. Dopiero

wtedy IV RP mogłaby spać spokojnie...

Możesz zainteresować się również: