Nie jestem zupą pomidorową

Jacek Konikowski
opublikowano: 15-12-2006, 00:00

Projektował studia nagrań gwiazdom, ukrywał Rushdiego, wspomagał Solidarność... Teraz Michał Borowski porządkuje Warszawę.

Na szwedzki wzór.

„Puls Biznesu”: Jak się do pana zwracać, per książę?

Michał Borowski: (uśmiech) W moich żyłach płynie jedynie połowa książęcej krwi. Mama była tatarską księżniczką, a tata — Żydem. Jej rodzina wywodzi się w prostej linii z jednej z książęcych dynastii Złotej Ordy Dżyngis-chana. W XIV wieku przybyli do Polski i tu osiedli. Od Augusta Mocnego otrzymali nadania szlacheckie, ale nadal byli wierzącymi mahometanami. Kultywowali tradycje. I zawsze byli wojskowymi.

Lubi pan Abbę?

Skąd pan wie? Rzeczywiście, w 1974 r. poznałem menedżera i członków grupy. Byłem ich „nadwornym architektem”. Przez wiele lat projektowałem dla nich: a to studio nagrań, a to wille, biura, a to nadzorowałem inwestycje budowlane. Byli moimi klientami. To studio przez ponad 20 lat było jednym z trzech najsłynniejszych na świecie — obok Abbey Road w Londynie i studia Elvisa w Memphis.

A cyrk?

I to też pan wie? Przez krótki czas miałem własny cyrk. Pracując dla Abby, poznałem środowisko show-biznesu. Pewnego dnia poproszono mnie o zbudowanie sceny dla Roda Stewarta, który miał przyjechać do Szwecji. Wziąłem chłopaków i przez noc postawiliśmy scenę. Wiele gwiazd popu zamawiało u mnie projekty, jak choćby Roxette. Miałem już wtedy spore biuro architektoniczne, w którym pracowało 50 architektów. W połowie lat 80. mój przyjaciel, właściciel cyrku objazdowego, „sprzedał” mi pomysł na świetny interes, jaki był do zrobienia ze szwedzkim państwem. Było ono właścicielem ogromnego cyrku z 1891 r., który znajduje się w parku — w centrum Sztokholmu. Stanąłem do negocjacji z wojewodą sztokholmskim i po roku stałem się właścicielem tego zabytkowego gmachu na 1600 osób z ogromną sceną. Kosztowało mnie to wtedy jakieś 20 mln koron. Bank pożyczył. Cyrk był ruiną, ale znajdowało się w nim zapasowe studio nagrań telewizji państwowej. Przy pomocy ludzi z branży rozrywkowej zrobiłem w cyrku teatr muzyczny. Graliśmy „Les Miserables”, producentem był Cameron Mackintosh. Koncertował tu m.in. Dylan, którego miałem okazję dobrze poznać... Anthony Borrges grał na pianinie i czytał książki. Fantastyczny gość!

Dlaczego nie udało się panu namówić Tiny Turner i innych gwiazd na udział w koncercie na 10-lecie „Solidarności” w 1991 r.?

Udało się! Ale sprawa okazała się organizacyjną klapą... Przyszedł Mirek Chodecki. Powiedziałem: dobra, zróbmy to. Kilka telefonów do znajomych z branży, menedżerów największych gwiazd. Wszystkie się zgodziły, za darmo — gotowe były przełożyć swoje koncerty i jeszcze namówić innych. Sprawa upadła, bo równolegle dzwoniło do nich kilka innych osób, które dostały przyzwolenie Lecha Wałęsy... Ta nasza nieszczęsna sprawność organizacyjna doprowadziła do tego, że z koncertu na skalę światową wyszły nici. A szkoda, bo dałoby się to zrobić — i to za friko!

W swoim mieszkaniu w Sztokholmie ukrywał pan Salmana Rushdiego?

Przez trzy dni. To było chyba w 1992 r. —na Rushdiego została wydana fatfa. Szwedzki Pen Club w geście solidarności zaprosił go do Sztokholmu. Ale rząd — bojąc się odwetu islamistów — dyplomatycznie zapewnił mu ochronę, ale nie mieszkanie. Typowo szwedzkie podejście... Gabi Gleichman, sekretarz Szwedzkiego Pen Clubu, zapytał mnie, czy zgodziłbym się, by Rushdie pomieszkał u mnie kilka dni. Zgodziłem się, bo pamiętam, że podczas wojny mojego ojca przez pięć lat ukrywał rolnik spod Wilna, Jan Paszowski. Dzięki niemu ojciec przeżył okupację. Mieszkałem wtedy w kamienicy w centrum miasta. Mieściła się w niej ambasada Ekwadoru, a kilkaset metrów dalej — ambasady polska i czeska. Było więc bezpiecznie. Wypiliśmy kilka butelek białego wina i całe trzy dni zeszło nam na rozmowach. Salman generalnie jest zabawowym facetem, o wyjątkowym poczuciu humoru... Opowiadał kawały o swoich książkach, o tym jak uciekał własnej ochronie. Dziwił się, dlaczego zdecydowałem się go gościć. Opowiedziałem więc mu trochę o Polsce, o wojnie, o historii mojego ojca. Dni minęły błyskawicznie...

Nieruchomości
Najważniejsze informacje z branży nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych. Wiadomości, komentarze i analizy rynkowe.
ZAPISZ MNIE
×
Nieruchomości
autor: Dominika Masajło, Paweł Berłowski
Wysyłany raz w tygodniu
Najważniejsze informacje z branży nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych. Wiadomości, komentarze i analizy rynkowe.
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Dlaczego akurat Szwecja w życiorysie?

Był 1968 r. — strajk na Politechnice. Studenci architektury malowali plakaty z napisami: demokracja, wolność. Też je malowałem. Potem wypadki marcowe. Wtedy już, dzięki mojej mamie, byłem uświadomiony politycznie. To ona podjęła decyzję o emigracji.

Dworzec Gdański, pożegnanie z krajem... Ale czułem, że nie na zawsze. Mieliśmy różne możliwości: Ameryka, Izrael, Kanada. Szwecja była najbliżej. W 1973 r., zaraz po ślubie, uzyskałem obywatelstwo szwedzkie. I następnego dnia siedziałem w samolocie do Warszawy. Solidarność była mi bliska. Z mamą organizowaliśmy pomoc finansową, wydawaliśmy pismo „Hotel pod Orłem”, opiekowaliśmy się opozycjonistami. Dzięki mamie poznałem Zbyszka Bujaka, Jacka Kuronia, Adama Michnika oraz innych opozycjonistów z KOR i Solidarności. Gościliśmy praktycznie wszystkich. W tym czasie tworzyłem w Sztokholmie pracownię architektoniczną. Oprócz pomocy finansowej było coś jeszcze, co mogliśmy z mamą, bardzo zaangażowaną w sprawy polityczne, zrobić: oddziaływać na zachodnią opinię publiczną. Najskuteczniej — przez środowiska socjaldemokratyczne. Mamie udało się zmienić nastawienie Olofa Palmego i szwedzkiej partii socjaldemokratycznej. Uwierzyli, że trzeba pomóc polskiej opozycji, że komunizm nie będzie trwać wiecznie, jak powszechnie tam sądzono. W końcu doczekaliśmy się „okrągłego stołu”! Pamiętam taką scenkę... W Sztokholmie wraz z Michnikiem jesteśmy u polskiego ambasadora. W Polsce już zmiany, ale do Szwecji nie doszły — ambasador wciąż ten sam. Opowiadamy dowcipy i nagle Michnik wyrywa się ze swoim: rosyjski milicjant stoi na Placu Czerwonym i pałuje faceta, który sika. Trwa to dobry kwadrans, w końcu facet przestaje. Milicjant pisze raport, który kończy słowami: ale nie dlatego przestał, że ja mu zabraniałem — nie miał już czym. I Michnik dodaje: to panie ambasadorze jest wytłumaczenie, dlaczego upadło sowieckie imperium...

Pana przyjaciel, Seweryn Blumsztajn uważa, że jest pan twarzą kaczyzmu...

Bzdura! Nie jestem z PiS, chociaż z prezydentem Kaczyńskim współpracowało mi się świetnie. Inni zarzucają mi, że jestem człowiekiem Michnika. Niedługo zaczną mówić, że jestem człowiekiem Tevnella. Niech mówią, co chcą!

Wielu pana nie lubi...

Naczelny architekt nie musi być fajnym gościem. Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie lubić. Nie zabiegam o to...

Trzy największe pasje?

Tenis, szachy, trochę malowałem... Ale priorytety są takie: architektura, dzieci, kobiety. Ostatnie trzy lata były tak pasjonujące, że poza pracą świata nie widziałem. W Warszawie jest tyle do zrobienia. Wszystko jest źle zorganizowane. Z jednej strony trzeba myśleć strategicznie, snuć plany, wizje, z drugiej zaś babrać się w grzęzawisku codziennych problemów. Czasem czuję się jak Herkules, który czyści stajnię Augiasza, innym razem jak Syzyf... To jest jednak pasjonujące! Szczególnie gdy się żyło w społeczeństwie dobrze zorganizowanym, jakim są Szwedzi, i ma się świadomość, że tak może być w Polsce. Mój przyjaciel, Lonia Fogelman, który też wrócił do kraju, mawia: „Jestem człowiekiem przyszłości. Ja wiem, jak będzie”. Ja też wiem, że można mieć równe chodniki, praworządność, urzędników bez lepkich rąk. Widziałem to już gdzie indziej. Wiem nawet, jak to zrobić: wystarczy robić. I robię! To moja pasja.

Rozmowę przerywa sekretarka:

— Panie Michale, pan prezydent czeka od kwadransa!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane