Od dziś rząd znów będzie forsował pomysł podwyższenia składek na ZUS dla przedsiębiorców. Biznes jednogłośnie mówi: nie.
Dziś pierwsze czytanie nowego projektu zmian w ustawach o ubezpieczeniach społecznych, które różnicują stawki na ZUS w zależności od dochodów przedsiębiorców. Za poprzedni projekt posadą zapłacił Krzysztof Pater, minister polityki społecznej. Obecna wersja jest — w zgodnej ocenie — łagodniejsza, ale pracodawcy i tak mówią stanowcze „nie”.
— To, że zmiany dotkną mniejszą grupę przedsiębiorców, nie oznacza, że projekt w swojej istocie nie jest zły. Kwestionujemy to, że osoby prowadzące działalność gospodarczą w takim samym stopniu mają być obciążone składkami, jak pracownicy etatowi, którzy nie ryzykują przecież podejmowaniem inwestycji — mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.
Agnieszka Chłoń-Domińczak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Polityki Społecznej, odpiera te zarzuty i twierdzi, że proponowane zmiany nie są dotkliwe, bo nie będą dotyczyć większości małych i średnich firm, a dla 20 proc. oznaczać będą podniesienie składki o 80 zł miesięcznie.
— Każda grupa powinna dołożyć się do łatania dziury budżetowej — uważa Agnieszka Chłoń.
Wtóruje jej Anna Filek, posłanka SLD.
— Pamiętajmy, że reforma emerytalna spowodowała 15 mld zł ubytku w kasie ZUS. Tym, którzy płacą składki, nie możemy powiedzieć, że nie ma pieniędzy na ich emerytury. Ludzie muszą mieć poczucie, że są po równo obciążeni daninami dla państwa — mówi Anna Filek.
Posłanka SLD proponuje także dość istotną zmianę w nowej wersji: chce, aby wysokość składki była w większym stopniu uzależniona od dochodów osiągniętych w bieżącym, a nie poprzednim okresie.
— W ciągu roku w kondycji finansowej przedsiębiorstwa wiele może się zmienić. Byłoby to więc swego rodzaju urealnienie składek — mówi Anna Filek.