Nie powiedziałem ostatniego słowa

Agnieszka Zielińska
opublikowano: 2005-02-28 00:00

Twórca holdingu, odsunięty od zarządzania nim przez inwestorów, przekonuje, że nie wyniki finansowe, lecz patriotyzm powinien być najważniejszy dla menedżera.

„Puls Biznesu”: Kilka lat temu w wywiadzie dla „Pulsu Biznesu” mówił Pan, że była szansa na konsolidację polskich firm budowlanych. Nie żałuje Pan dziś, że jednak nie doszło do połączenia Exbudu z Budimexem?

Grzegorz Tuderek: Na krótko przed moim odwołaniem prowadziłem rozmowy z prezesem Exbudu Witoldem Zaraską. Powiedziałem mu wtedy, że najlepszą formą współpracy na tym etapie jest nie fuzja, ale wymiana akcji. Zaproponowałem m.in., aby wszedł do rady nadzorczej Budimexu lub odwrotnie. Postanowiliśmy też, że chcemy, aby nasi pracownicy lepiej się poznali, bo wcześniej nasze firmy ostro ze sobą konkurowały. Wydaje mi się, że właśnie na tym etapie rozmów dogadaliśmy się. Jednak przeraziło to głównych udziałowców Budimexu — Kredyt Bank i amerykański Fundusz Inwestycyjny Templeton (TDA). Planowane przez nas połączenie mogło unicestwić ich plany i uniemożliwić nie tylko restrukturyzację firmy na ich modłę, ale także późniejszą sprzedaż Budimexu Hiszpanom. Jednak jestem pewny, że gdyby mnie nie odwołano, w końcu doszłoby do połączenia. Powstałaby wtedy wielka polska firma. Dziś żałuję, że tak się nie stało. Podobnie chyba myśli Zaraska.

Czy te zabiegi przyczyniły się do odwołania Pana z funkcji prezesa Bu- dimexu?

Głównym powodem mojego odwołania było to, że dążyłem za wszelką cenę, aby Budimex pozostał polską, narodową niezależną firmą. Niektórzy dopatrują się również względów politycznych, czego nie należy wykluczać. Tymczasem prezes Kredyt Banku Stanisław Pacuk i James Halper, reprezentujący Fundusz Inwestycyjny Templeton Direct Advisors INC, szykowali się, aby na Budimeksie zrobić duże pieniądze. Ja byłem ogromną przeszkodą. Dopiero po latach zdałem sobie z tego sprawę. Miałem do czynienia z partnerami o wątpliwej moralności. Pacuk wpędził Kredyt Bank w gigantyczne kłopoty i musiał odejść. Dokonał też nietrafionych inwestycji w Stocznię Gdańską, zaangażował kapitał w kościelne przedsięwzięcia Stella Maris czy tzw. aferę salezjańską. Za 2003 r. bank musiał stworzyć 1,5 mld zł rezerwy. O Halperze zrobiło się głośno kilka lat temu w związku z 223 milionami zł, które Wieczerzak zainwestował w TDA Capital Partners Inc. Obecnie zajmuje się tą sprawą sejmowa komisja śledcza do spraw PZU. Wyjaśnienia też wymaga zaangażowanie Halpera w spółki Synergia 99 i Synergia 2000, które przejęły część terenów Stoczni Gdańskiej. Sprawą interesuje się prokuratura.

Myślę, że polscy przedsiębiorcy powinni być ostrzegani przez służby specjalne o roli i działalności funduszy spekulacyjnych. Jednak niezależnie od wszystkiego to był mój błąd, że ja więcej o Templetonie nie wiedziałem. Oczywiście Halper z Polski wyjechał.

Jak Pan ocenia to, co się stało z Exbudem?

To jest również moja osobista tragedia. Zrobiono wszystko, żeby zniszczyć tę markę, dlatego że była polska. Po dwóch latach restrukturyzacji firmy, po odejściu Zaraski, stworzono rezerwy wysokości 400 mln zł. Po prostu nie wierzę aby to rzeczywiście było niezbędne, przecież Zaraska to był doskonały menedżer.

Restrukturyzacja w zagranicznym wydaniu zawsze ma scenariusz bandycki. Oznacza likwidację lokalnych firm i ogromne zwolnienia. Po moim odejściu schemat restrukturyzacji był podobny, zwolniono kilka tysięcy ludzi, zlikwidowano takie firmy, jak: Budimex Rzeszów, Olsztyn, Płock, Mostostal Poznań. Tymczasem te spółki poradziłyby sobie same, gdyby im nie przeszkadzano. A tu z góry przyjęto, że trzeba je skasować. Budimex Rzeszów zatrudniający 300 osób sprzedano za 10 zł! Zlikwidowano tę firmę tylko po to, by zarząd w Warszawie mógł wykazać dobre wyniki. Za skandal uważam sprzedaż siedziby Budimexu w Warszawie. Tak się postępuje wtedy, gdy nie ma się pomysłu na prowadzenie firmy, albo się ją źle prowadzi. Zawsze łatwiej zburzyć niż zbudować.

Niezwykle symptomatyczne było nabycie przez Dromex (spółka zależna od Budimexu, którą ja zakupiłem) udziału w hiszpańskiej spółce Leren. Na początku było to 3006 udziałów, a po tygodniu podwyższono kapitał zakładowy Lorenu o gigantyczną kwotę 7,16 mln EUR. Oczywiście podwyższenie kapitału oznaczało wytransferowanie tej kwoty z kraju. Po co i w jakim celu?

Siłą grupy, którą tworzyłem, były właśnie lokalne firmy, zdobywające kontrakty. Miałem świadomość, że najwięcej roboty będzie w regionach. Dlatego tam powstawały spółki, które działały jako samodzielne podmioty. W tych poglądach nie jestem odosobniony. Podobnie postępują Niemcy. U nich tylko firmy umiejscowione w landach i mające poparcie miejscowych władz mogą liczyć na zlecenia.

Po swoim odwołaniu powiedział Pan, że biznesmen powinien być przede wszystkim patriotą. Z tym stwierdzeniem nie zgodził się wtedy Wiesław Kaczmarek i na tym tle powstał między wami spór.

Kaczmarek powiedział wtedy: „Stanie na straży polskości nie jest zadaniem menedżera. Niech dba o zyski swojej firmy i dobre płace pracowników — to wystarczy”. W ten sposób skomentował fakt odwołania w krótkim czasie prezesów kilku dużych firm, m.in. Andrzeja Skowrońskiego z Elektrimu i Witolda Pereta z Animexu. Chętnie zapytałbym dziś Kaczmarka, czy nie zweryfikował tamtych poglądów.

Wtedy oburzyło mnie, że te słowa mówi były minister przekształceń własnościowych. Przypomniałem mu, że nikt tak nie dba o swoje narodowe interesy, jak np. Niemcy, Amerykanie, Anglicy. No, bo czy można by było sobie w ogóle wyobrazić, aby jakiś amerykański minister ośmielił się powiedzieć biznesmenom, aby pilnowali swojego interesu, a o Ameryce starali się nie myśleć? Tam cały wysiłek rządzących ukierunkowany jest na pilnowanie interesów rodzimych firm. Sprawa kontraktów w Iraku jest tego najlepszym przykładem. U nas akurat odwrotnie — kolejne rządy mówią biznesmenom „radźcie sobie sami”. Pamiętam, jak Witold Gadomski na łamach „Gazety Wyborczej” wytykał odwołanym prezesom, w tym również mnie, że nie umieliśmy naszymi spółkami zarządzać, a teraz zastąpili nas nowi, sprawni zagraniczni menedżerowie. Tymczasem proszę tylko zobaczyć, co się stało z tymi wspaniale zarządzanymi firmami, takimi jak Elektrim, Exbud, Animex i innymi, które przeszły w zagraniczne ręce. To, co się z nimi stało, to chichot historii. To właśnie brak patriotyzmu spowodował, że stały się one łupem międzynarodowych spekulacyjnych portfeli inwestycyjnych. Dlatego nadal uważam, że biznesmen powinien być przede wszystkim patriotą, a nie maszynką do robienia pieniędzy. Powinien bronić polskiego interesu!

W jaki sposób państwo mogło zabezpieczyć nasze narodowe interesy, nie ingerując jednocześnie w wewnętrzną politykę firm?

To pytanie powinno być skierowane do ówczesnych włodarzy. Moim zdaniem, można było wprowadzić pewne ograniczenia, np. aby w przypadku prywatyzacji 50 proc. zarządu firmy lub rady nadzorczej stanowili Polacy. W przypadku inwestycji realizowanych ze środków budżetowych, w systemie zamówień publicznych, należało zaś przyjąć zasadę, że firmy zagraniczne mogą mieć udział w wykonawstwie jedynie na zasadach joint venture, z tym że polska firma powinna być liderem, a jej udział w wykonawstwie miałby przekraczać 55 proc. Zapobiegłoby to wolnoamerykance.

Tak się nie stało z powodu zaniechań poszczególnych ekip rządowych i one ponoszą winę za destrukcję polskiego budownictwa. I o tym trzeba mówić głośno i stanowczo, bowiem jest to obszar gospodarki, na którym Polacy świetnie sobie radzą, nie gorzej niż firmy zachodnie.

Czy to źle, że otworzyliśmy się na zagraniczny kapitał?

Jesteśmy za bardzo otwarci, wszystkich serdecznie witamy, ale jednocześnie nie potrafimy zabezpieczyć swoich interesów. Rezultat jest taki, że na rynku nie ma też już praktycznie polskich firm budowlanych. Większość skupiona jest w zagranicznych rękach. Wyjątek stanowi JW Construction. To autentyczna polska firma deweloperska, naprawdę budzi szacunek. Sama organizuje finansowanie inwestycji, własnym potencjałem realizuje obiekty, sama też prowadzi ich sprzedaż. To dobrze zorganizowany holding.

My wpuściliśmy do Polski zagraniczny kapitał, ale np. Niemcy nas u siebie nie chcą...

Wielokrotnie zwracałem na to uwagę naszym prominentom. Bez skutku. Niemcy bardzo popierają swoje firmy, chronią swój rynek na różne sposoby. Tam interes rodzimych podmiotów to świętość. Polskie firmy budowlane w Niemczech są poddawane takim restrykcjom, że zostaliśmy stamtąd praktycznie wyrugowani. Na niektórych budowach mieliśmy do czynienia z bardzo drastycznymi przypadkami kontroli z użyciem psów policyjnych. Traktowano nas jak złoczyńców. Strona niemiecka podejrzewała nas o pracę na czarno, a żaden polski rząd nie potrafił skutecznie bronić interesów naszych firm. Domagałem się od Millera, aby w tej sprawie stanowczo rozmawiał z niemieckim rządem. Bez rezultatów.

Czy Pana zdaniem obecny rząd nie docenia wagi budownictwa?

Ten problem dotyczy wszystkich rządów, niezależnie od opcji politycznych. Kolejne rządy traktują programy dotyczące budownictwa jak kiełbasę wyborczą. Najpierw obiecują, a potem niczego nie dotrzymują. Nakłady w budżecie na budownictwo mieszkaniowe systematycznie i drastycznie maleją. A tymczasem nie ma szans na długotrwały rozwój gospodarczy bez rozwoju budownictwa. Wszystkie rządy o tym dobrze wiedzą, ale nikt nie kwapi się, aby w tej sprawie coś zmienić. Źle się też stało, że budownictwo nie ma dziś własnego ministerstwa. Stworzono ministerstwo moloch — resort infrastruktury, w którym wrzucono do jednego worka: drogownictwo, łączność, gospodarkę morską oraz budownictwo i Bóg wie co jeszcze. Na dodatek dobór kadr nie zawsze był właściwy... W sprawie konieczności stworzenia silnego resortu budownictwa kilkakrotnie interweniowałem u Millera. Niestety, był przeciwny, bo to psuło mu wizję taniego państwa.

Czy wejście do Unii jest szansą dla polskich firm?

Niestety, ten kawał tortu jest już podzielony. Moim zdaniem, największe zyski z dużych kontraktów odniosą wielkie firmy budowlane, które nie są już w polskich rękach. Przy dobrej kalkulacji mogą one liczyć na rentowność na poziomie 15-30 proc. Jednak te pieniądze nie pozostaną w kraju. To przerażające, że największe zyski z unijnych pieniędzy, a zwłaszcza z infrastruktury, pójdą lub wrócą właśnie do firm zagranicznych. Polskie przedsiębiorstwa mają szansę na zatrudnienie wyłącznie jako podwykonawcy. Szansą dla nich są jednak inwestycje w regionach, oparte na ofertach publicznych. Do regionów i gmin już zaczyna płynąć strumień unijnych pieniędzy — np. na budowę infrastruktury. Mam nadzieję, że największe szanse na zdobycie takich kontraktów będą miały właśnie firmy lokalne. Z czasem polskie spółki, a zwłaszcza zorganizowane zespoły rodzimych specjalistów, będą miały też coraz większe szanse na rynku unijnym. Ograniczenia dotyczące swobody zatrudnienia np. w Niemczech nie wytrzymają próby czasu. Nasi robotnicy budowlani na pewno będą mogli liczyć na zatrudnienie w usługach, dlatego że wydajność Polaka przewyższa niejednokrotnie wydajność pracownika niemieckiego.

Czy nie korci Pana, aby założyć firmę budowlaną i jeszcze raz zacząć od początku?

Jeżeli nie zostanę wybrany na posła, na pewno wrócę do budownictwa. To przecież moja miłość i moja pasja. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa...