Nie taki frank złoty

Ewa Skrundz
20-09-2006, 00:00

Polska nie byłaby Polską gdyby również w dziedzinie kredytów hipotecznych nie odnalazła swojej własnej specyfiki. Taką jest pożyczanie we frankach szwajcarskich.

Oczywiście, znawcy tematu natychmiast stwierdzą, że nie do końca jest to polski wynalazek, gdyż pożyczanie pieniędzy w walutach obcych było, jest i będzie szeroko stosowane na całym świecie.

Nigdzie jednak skala tego zjawiska nie osiągnęła takich rozmiarów i nigdzie nie towarzyszyły jej tak różnorodne opinie, zarówno specjalistów, jak i konsumentów. W 2005 r. udział kredytów w CHF w całości udzielonych kredytów mieszkaniowych wyniósł bowiem aż 75 proc.

Co jest przyczyną tego stanu? Rynek.

To rynek bowiem kreuje popyt i podaż usług bankowcyh. Klienci zainteresowani jak najtańszym (w swoim rozumieniu) sposobem nabycia mieszkania, zwracali się do uczestnika rynku — banku oferującego takie rozwiązanie. Kilka lat temu wysokie oprocentowanie kredytu w złotówkach nie dość, że już „na wejściu” powodowało przerażenie klienta, to jeszcze nie pozwalał na pożyczenie wystarczająco dużej kwoty kredytu. W rezultacie nieruchomość nabyta dzięki takiemu kredytowi byłaby raczej skromnym M3 niż rezydencją. Przez wiele lat z kredytem w PLN nie było to jednak łatwe.

Frank dla Polaka

Tymczasem frank szwajcarski dawał większe możliwości: dzięki bardzo niskiej stopie procentowej tej waluty, nawet po dodaniu dość wysokiej marży bankowej, rata miesięczna takiego kredytu była ciągle niższa od kredytu złotowego. Tym samym klient mógł pożyczyć większą kwotę. Dlaczego? Dlatego, że bank pożyczając pieniądze bada zdolność kredytową klienta, czyli zdolność do spłaty rat kapitałowo-odsetkowych w określonych w umowie kredytowej kwotach i terminach. A mówiąc wprost, każdy bank bada, czy dochody klienta po odjęciu kwoty niezbędnej do utrzymania jego i jego rodziny oraz ewentualnych innych stałych wydatków, np. finansowych, wystarczają na zapłacenie raty kredytu mieszkaniowego. Jeśli — nawet w tym samym banku — rata kredytu złotowego w kwocie 100 tys. zł wynosiła w 2003 roku około 700 zł (przy stopie procentowej na poziomie 7,5 proc.), a rata kredytu w CHF w równowartości tej samej kwoty (czyli 100 tys. zł) wynosiła około 380 zł to z punktu widzenia klienta wybór był prosty. Klient, któremu po zapłaceniu wszystkich niezbędnych wydatków zostawało w portfelu około 700 zł wybierał w tym momencie kredyt w CHF na kwotę 2-krotnie wyższą niż ten w PLN.

Za i przeciw

Nie będziemy ukrywać — jesteśmy przeciw. Nawet trudno byłoby nam ukrywać, gdyż wszyscy znawcy tematu dobrze wiedzą, że Bank Pekao SA jest właściwie od zawsze (czyli od 2002 r.) przeciwny pożyczaniu pieniędzy w walutach obcych.

Zacznijmy od „za”

Klienci wielokrotnie posługują się walorami towarzyszącymi — w tzw. pierwszym wrażeniu — frankowi szwajcarskiemu, a mianowicie:

n ciągle niższe oprocentowanie niż dla kredytu złotowego — dzięki czemu rata kredytu jest niższa nawet pomimo wyższej z reguły marży banku udzielającego taki kredyt

n stabilność waluty szwajcarskiej — dzięki temu występujące ryzyko walutowe (gdyż trudno zaprzeczyć jego występowaniu) jest niskie

n możliwość — w razie czego —przewalutowania, w dodatku w wielu przypadkach za darmo!

Jak wiadomo, klient ma zawsze rację i to nie tylko dlatego, że zwyczajowo tak przystało mówić, ale również dlatego, że skoro klient tak mówi to znaczy, że stoją za tym wszystkim racjonalne przesłanki.

Trudno bowiem zaprzeczyć, że rata kredytu złotowego jest niższa od raty kredytu we frankach, gdyż w większości przypadków jest odwrotnie. Piszemy, że w większości, gdyż np. w banku Pekao SA proponujemy rozwiązania pozwalające na płacenie — w początkowym okresie — rat niższych niż dla kredytu w CHF. Regułą jest to, że rata kredytu we frankach jest niższa.

Przejdźmy do „przeciw”:

n Oprocentowanie kredytów w CHF stale i znacząco rośnie. Powodem tego stanu jest nic innego jak stan gospodarki i finansów Szwajcarii. Jeszcze nie tak dawno podstawowa stopa procentowa ustalana przez bank centralny kraju Helwetów wynosiła 0,5 proc., a Libor 3M, czyli cena rynkowa tego pieniądza pożyczanego na okres 3 miesięcy, wynosiła nawet 0,2 proc. (15.01.2004). Tymczasem dziś, po wielu podwyżkach komunikowanych przez pana Jeana Pierr’a Rotha, szefa banku centralnego Szwajcarii, stopa ta wynosi 1,75 proc., a cena rynkowa osiągnęła dokładnie taki sam poziom. Innymi słowy, kredyty w CHF podrożały w trakcie 2 lat kilkukrotnie.

n W przeciwieństwie do waluty szwajcarskiej polską walutę trudno nazwać stabilną, a to właśnie wahania złotego, w tym m.in. w stosunku do franka szwajcarskiego, powodują niekorzystne dla kwoty kredytu zmiany kursowe. Jeszcze nie tak dawno kurs PLN/CHF wynosił 3,11 zł (17.05.2004), a dziś wynosi on 2,48 (15.09.2006). Oznacza to, że w tym okresie kurs ten zmalał o ponad 20 proc. Biorąc pod uwagę teorię rachunku prawdopodobieństwa, czyli „jeśli coś się wydarzyło raz, to może się wydarzyć ponownie”, możemy założyć, że kurs może ponownie wzrosnąć do poprzedniego poziomu i tym samym spowodować, że klienci będą winni bankowi 20 proc. więcej niż pożyczyli.

n Przewalutowanie kredytu jest zaakceptowaniem poniesionej straty kursowej.

Niekorzystne wzrosty oprocentowania oraz zmiany kursowe z reguły nie powodują, że rata kredytu w CHF staje się wyższa niż ta dla kredytu złotowego, ale na pewno powodują znaczące zwiększenie kosztów kredytu mieszkaniowego. Po pewnym czasie może się okazać, że zmiana kursu była tak znaczna, iż pomimo spłacania kredytu zgodnie z harmonogramem pozostały do spłaty kapitał urósł nam do pierwotnej wielkości, a wzrost oprocentowania spowodował, że w kwocie raty większa niż dotychczas porcja pieniędzy przeznaczana jest na pokrycie odsetek a mniejsza na pokrycie kapitału (za chwilę będzie o tym szerzej). Klient, który zda sobie nagle z tego sprawę, z reguły podejmuje energiczne działania w celu „ucieczki” od kredytu walutowego za pomocą jego przewalutowania na złotowy. Często operacja taka nic nie kosztuje. Tyle tylko, że w taki sposób — jak to mówią dilerzy rynku pieniężnego – klient „zamyka pozycję”, akceptując tym samym poniesioną stratę. A wtedy, jeśli kurs zmieni się w odwrotnym kierunku, klient nie skorzysta już na tej zmianie.

Swego nie znamy

Tymczasem kredyty w PLN cechuje pełna przejrzystość kosztów i przewidywalność wydatków. Nie towarzyszy im bowiem z zasady ryzyko kursowe, a ryzyko stopy procentowej jest o tyle znikome, że w przypadku wzrostu inflacji — a tym samym stóp procentowych — nasze dochody powinny zachować się w sposób mocno zbliżony. Obecne oprocentowanie kredytów złotowych rozpoczyna się już od 4,77 proc., a marże stosowane przez banki są tu zasadniczo niższe (np. 0,5 proc., a nie 2-3 proc., jak czasami bywa w przypadku kredytów walutowych).

Ponadto, zgodnie z ostatnimi wskazówkami Komisji Nadzoru Bankowego określonymi w tzw. „Rekomendacji S”, a dotyczącymi praktyk w zakresie udzielania kredytów hipotecznych, przy ustalaniu zdolności kredytowej dla kredytu w walucie obcej należy przyjąć kwotę raty, jaka wynosiłaby dla tego kredytu w złotych, powiększoną dodatkowo o 20 proc.

Co nas czeka

W związku z opisanymi powyżej negatywnymi doświadczeniami klientów, jak również staraniami instytucji nadzorujących działanie rynku bankowego w Polsce możemy się spodziewać, że udział kredytów walutowych będzie — powoli, ale jednak — malał. Pierwsze tego symptomy można zauważyć już w bieżącym roku, w którym część złotowa rynku kredytów mieszkaniowych rośnie trochę szybciej niż ta walutowa. Przyczynią się do tego również negatywne trendy stopy procentowej dla CHF.

I właśnie dlatego rekomendujemy, by każdy pożyczał pieniądze — zwłaszcza na długi okres i tak ważny cel, jakim jest sfinansowanie zakupu własnego mieszkania lub domu — w tej samej walucie, w której zarabia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Skrundz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Waluty / Nie taki frank złoty