Nie uważaliśmy się za bogów

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-06-09 00:00

Awans społeczny i wielkie żale. Fortele Kazimierza Górskiego. Rzeź w Chorzowie. O kulisach kadry lat 70. opowiada Lesław Ćmikiewicz.

„Puls Biznesu”: Zaskoczyły pana wybory Pawła Janasa?

Lesław Ćmikiewicz: Raczej nie. Paweł Janas skreślił starszych zawodników i postawił na młodych. Podobnie robili jego poprzednicy. Choćby Kazimierz Górski, inwestując we Władka Żmudę, który na mistrzostwach w 1974 roku spisał się znakomicie. Janas zapowiedział, że nie będzie powoływał zawodników, którzy nie grają w drużynie klubowej. To dotyczy Frankowskiego, Dudka. Ale nie Mili i Kosowskiego — i tu można doszukiwać się podtekstów. Szkoda mi Frankowskiego, bo strzelał decydujące bramki w eliminacjach. Może po mundialu Janas będzie miał dream team na eliminacje do mistrzostw Europy. Jeżeli nie — nie chciałbym być w jego skórze.

Wie pan, co może czuć zawodnik pewny miejsca w kadrze, który na kilka dni przed mistrzostwami dowiaduje się, że nie wyjdzie na boisko. W 1972 r. na olimpiadzie grał pan non stop, tylko przez 25 minut siedział pan na ławce rezerwowych. Dwa lata później na MŚ w RFN w ostatniej chwili stracił pan miejsce w podstawowym składzie — na rzecz Maszczyka. W 1978 do Argentyny już pan nie pojechał.

Dla zasłużonych są ordery i aleja zasłużonych. Wszystko zależy od decyzji trenera. Nikomu nie życzę sytuacji, gdy nagle uświadamia pan sobie, że koledzy zagrają bez pana. Sportowa ambicja... Potworne uczucie. Przed mistrzostwami świata w 1974 roku miałem głupi wypadek. Na zgrupowaniu w Zakopanem koledzy bawili się butelką z wodą, jeden drugiemu chciał ją wylać na plecy. Upadła na ziemię, rozbiła się, ja na nią nadepnąłem... Krew lała się strumieniami. Sześć szwów. Koledzy ćwiczyli, a ja nie mogłem chodzić. Rozpacz, irytacja. Trener Górski nie miał wyjścia, w moje miejsce wstawił Maszczyka, który zagrał rewelacyjnie. A Włodek Lubański? Motor zespołu i przypadek: kontuzja. Zastąpił go Szarmach. Andrzej diametralnie zmienił sposób gry polskiej drużyny — na bardziej dynamiczny, szybki, waleczny.

Co decyduje o powołaniu do kadry: inteligencja, technika czy sympatia trenera?

Nie ma sympatii trenera! Technika — owszem, ale zawodnik przede wszystkim musi pasować do zespołu. Drużyna Górskiego powstawała na długo przed mistrzostwami świata w Niemczech. W 1968 roku, jeszcze jako młodzieżówka, zagraliśmy wyjazdowy mecz z Włochami. Nikt nie stawiał na nasze zwycięstwo. Dla Włochów, pewnych łatwej wygranej, byliśmy Polaczkami. Wiceprezydent włoskiej federacji powiedział nam nawet coś w stylu: „Panowie, nie martwcie się, jak u nas przegracie, będziecie mieli prawo rewanżu w Warszawie”. Po meczu, który — ku jego zdumieniu — zakończył się remisem, ukłonił się naszej drużynie i — na własny koszt — zaprosił na zwiedzanie Rzymu, a także opłacił pobyt w hotelu Ritz. Jaki to był dla nas szok! To było jak dotyk nieba: nagle wszyscy zaczęli nas doceniać, nie byliśmy już Polaczkami. W eliminacjach do mistrzostw świata w 1974 roku młodzieżówka stanowiła już trzon pierwszej reprezentacji.

U Kazimierza Górskiego był pan „jokerem”: zawodnikiem do zadań specjalnych. Jacek Gmoch nie przepadał za panem. I mistrzostwa świata w Argentynie oglądał pan w telewizji.

Rzeczywiście, z Jackiem Gmochem miałem konflikt, choć kiedyś byliśmy sobie bliscy. To on przecież w 1970 roku w Legii wziął mnie pod swoje skrzydła. I nagle zmiana! Powołał mnie na sprawdzian do reprezentacji, grałem z Holandią, nawet nieźle. Ale nie dostrzegł tego. Później raz tylko powołał mnie na mecz z Islandią w 1979, już po mistrzostwach w Argentynie. Jacek był apodyktyczny, chciał rządzić wszystkim; nawet tym, kto ma występować w telewizji. Inna sprawa, że miałem kontuzje, nasi lekarze źle mnie leczyli, zamierzali mnie nawet skreślić z uprawiania sportu... Chcieli wstrzykiwać mi cement w stawy, bombardować je kobaltem!

Co liczy się na boisku? Można jak Jerzy Gorgoń tratować napastników albo jak pan realizować „zadania specjalne”.

Gorgoń miał akurat taki sposób bycia, który Górskiemu pasował. Napastnicy musieli się go bać. I bali się go jak diabli. Co innego pomoc i atak. Tu nie wystarczy siła.

I kto to mówi! Pamięta pan mecz z Walią w 1973 r., jeszcze przed Wembley? Leighton James, walijski lewoskrzydłowy, powiedział po nim o Polakach: „Ci ludzie pozabijaliby własnych ojców”. I wcale nie miał na myśli Gorgonia, ale przede wszystkim pana.

Pamiętam ten mecz w eliminacjach do mistrzostw świata — w Cardiff. Wyjątkowo brutalny. Przegraliśmy 0:2. Nie podjęliśmy walki. Walijczycy rozbili nas twardą i agresywną grą. Próbowaliśmy grać technicznie, choć na zgrupowaniu przed rewanżem w Chorzowie trenerzy tłukli nam do głowy, że jeżeli nie przyjmiemy sposobu gry Walijczyków — to „nic z tego nie wyjdzie”. I nie wyszło. W życiu nie grałem takiego meczu jak wtedy w Cardiff. Potem Chorzów, pierwsze 20 minut to rzeź na boisku. Sędzia widział tylko ułamek tego, co się działo. Widział, jak Trevor Hockey mnie kopnął i musiał go wyrzucić z boiska, ale nie zauważył chociażby tego, jak brutalnie sfaulowany Gadocha siedział na murawie, zwijając się z bólu, a walijski zawodnik podbiegł do niego i szpicem buta kopnął w kręgosłup. Robert zapytał mnie wtedy, który to zrobił. Krzyknąłem, że to ósemka, Terence Yorath. Nie minęło kilka minut i Yorath leżał na murawie z twarzą zalaną krwią. Czasem trzeba pokazać przeciwnikowi, że też się potrafi grać nieczysto.

Nic dziwnego, że trzy miesiące później na Wembley polskich piłkarzy witały okrzyki „Animals! Animals!”.

Okazało się, że wrogie przyjęcie angielskich kibiców przyniosło odwrotny skutek. To znają wszyscy... Przecież Tomaszewski, przed meczem nazwany przez Briana Clougha „błaznem”, później okrzyknięty został przez brytyjskie media „człowiekiem, który zatrzymał Anglię”.

Porównajmy reprezentacje Górskiego i Janasa. Czego brakuje dziś naszej drużynie?

Niczego. Jak my przed 30 laty jest żądna wygranej. Zresztą przez te lata piłka zmieniła się tak, że trudno o porównania. Inny sposób gry, zachowania, inna fizjologia czy techniki wspomagania. Dzisiaj piłkarze mają wszystko, czego chcą; to, o czym my mogliśmy jedynie marzyć. Czy uwierzy pan, że w ramach wspomagania zażywaliśmy tabletki dla kobiet w ciąży, bo zawierały pełen zestaw witamin? Być może działały jak placebo — ale działały!

Trener Górski miał swój styl gry, wtedy bardzo nowoczesny, bo w trójkę napastników, dwaj szybcy skrzydłowi po bokach: Gadocha i Lato. Dzisiaj rolę skrzydłowych pełnią boczni pomocnicy — grają i jako obrońcy, i napastnicy. Trudno o porównanie... Poza tym, 20-30 lat temu piłka miała więcej romantyzmu, można było ją przyjąć, zatrzymać, rozejrzeć się. Dzisiaj nie ma na to czasu, dużo się gra właśnie bez przyjęcia. W tamtych czasach, kiedy pomocnik wybiegał 5-6 km, to było dużo. Dzisiaj biega po 12 km.

Kazimierz Górski słynął z niesztampowych powiedzeń. Czy był równie niekonwencjonalnym szkoleniowcem?

Po olimpiadzie w 1972 r. w nagrodę pojechaliśmy do USA. Przy okazji rozegraliśmy kilka meczów z USA, Meksykiem i Kanadą. Wszystkie wygraliśmy. Żelaznym punktem pobytu były spotkania z Polonią. A domyśla się pan, jak takie spotkania Polaków na obczyźnie wyglądały... Kto przeżył choćby jedno, zapamięta je na długo. Rankiem człowiek ledwo stał na nogach, a musieliśmy jeszcze grać mecze. W drodze powrotnej do kraju mieliśmy zatrzymać się w Bułgarii i rozegrać mecz z reprezentacją narodową. Bułgarzy od dwóch tygodni przygotowywali się do niego w ośrodku wysokogórskim. A my? „Trenowaliśmy” z Polonią.

Gdy czekaliśmy w samolocie na lotnisku w Sofii — w upale, bez wentylacji — myśleliśmy, że Bułgarzy celowo opóźniają odprawę. Po wielu godzinach podróży potwornie zmęczeni chcieliśmy zrobić trening, ale Bułgarzy tłumaczyli, że stadion jest nieoświetlony, więc nie możemy trenować. A mecz rano, za kilka godzin. Wydawało się, że wykończeni podróżą z USA i bez treningu nie będziemy w stanie wyjść na boisko. I wtedy właśnie dał o sobie znać geniusz pana Kazia. Do kolacji każdemu z nas zamówił po litrowej butelce piwa. A o jedenastej w nocy pogonił nas na plażę i kazał się wykąpać. Potem po piwku — i do łóżek. Genialne! Piwo zrobiło swoje, spaliśmy jak dzieci. Rano — ani śladu zmęczenia. Ograliśmy Bułgarów 2:0. Potem przez wiele lat zapraszali trenera Górskiego na sympozja naukowe, by zdradził technikę swego treningu. Górski mawiał, że wszystko jest dla ludzi — tylko z umiarem.

Z jakim nastawieniem jechaliście na mistrzostwa świata w 1974 roku — po Wembley i Chorzowie?

Nie, nie uważaliśmy się za bogów, choć znaliśmy już swą wartość. Przed Wembley Anglicy wygrali z Austrią 7:0, my zremisowaliśmy 1:1 z Holandią, wówczas bardzo silną. Do tego remis na Wembley i zwycięstwo w Chorzowie 2:0 pokazały, że trzeba się z nami liczyć. Owszem, były obawy, bo nigdy wcześniej nie graliśmy w mistrzostwach świata. No i pierwszy mecz z Argentyną — od razu z faworytem. Pamiętam chwile przed meczem, gdy wchodziliśmy na boisko. W korytarzu spotkaliśmy Argentyńczyków, roześmianych, wyluzowanych. My: sprężeni, skoncentrowani. Po 1974 roku zachowywaliśmy się już tak samo jak oni. Zwycięstwa w pewnym stopniu nas zepsuły. I sława, to porównywanie w światowych mediach, kto jest lepszy: Gadocha czy Szarmach...

Fakt, na olimpiadzie w Montrealu „wymęczyliście” srebro w kiepskim stylu.

Tak, siłą rozpędu i po strasznych meczach. Dobry był tylko mecz w półfinale z Brazylią (2:0), reszta — kiepska. Mimo srebrnego medalu były wielkie żale. Widzieliśmy to po powrocie, już na lotnisku. Gdy wracaliśmy z olimpiady i mistrzostw świata, witały nas tłumy, a po Montrealu... Każdego z nas celnicy sprawdzali jak przemytników. Kilku miało rewizję osobistą. Zapłaciliśmy cło za kupione tam prezenty. Niektórzy celnicy mówili, że takie dostali polecenie „z góry”. Nikt nas nie witał, prócz rodzin. Żadnych fanfar. Potem wszyscy olimpijczycy dostali odznaczenia. Prócz piłkarzy. Koniec mitu, koniec drużyny.

Czy w 1974 roku, wiedząc już, że zagracie na mistrzostwach świata w Niemczech, rozmawialiście między sobą o apanażach, kontraktach, nagrodach?

W reprezentacji krążyło takie powiedzenie powtarzane przez działaczy klubowych i włodarzy PZPN: „Wygrajta, a wy nam się nie bójta”. Słowem: były obietnice profitów. Zazwyczaj jednak kończyło się na uścisku dłoni. Tłumaczono, że nagrodą jest sam awans społeczny, który zawdzięczamy grze w reprezentacji. Dzisiaj brzmi to komicznie, ale wtedy oznaczało — chociażby — paszport i możliwość wyjazdu za granicę, co udawało się nielicznym. No i przydział na mieszkanie czy talon na malucha. To był ten awans społeczny.

Ale po powrocie z olimpiady w Monachium ze złotem była feta. I frukty.

Niestety, mit. Były premie pieniężne, ale niewspółmiernie niskie w porównaniu z sukcesem. Wtedy największą nagrodą było odznaczenie państwowe. Fetę urządzono dopiero w 1974 roku — po powrocie z mistrzostw świata w Niemczech. Propaganda sukcesu robiła swoje. Gierek sam mówił, że kto do niego nie przyjechał, to gratulował mu przede wszystkim polskiej reprezentacji. W gotówce dostaliśmy wtedy około 70 tys. zł. Tyle kosztował mały fiat. Każdy o nim marzył. Później przekazano nam część ekwiwalentu w dolarach. Polska dostała za nasz sukces 1,25 mln dol. My z tego — ogonek do podziału: 50 tys. dol. Wyszło jakieś 2 tys. na zawodnika. Reszta trafiła do PKOl.

Czy już wtedy interesowały się wami zachodnie kluby?

Nas mogli sprzedać na pniu, całą drużynę. Ale trzeba było używać podstępu, by wyjechać — jak Gadocha. Bayern Monachium chciał go kupić za bajońską — jak na owe czasy — kwotę 300 tys. dol., ale komitet kultury fizycznej sprzedał go za 10 tys. dol. — do Francji. Francuzi sprytnie podeszli Gierka, przypominając, że przecież pracował u nich jako górnik, że przyjaźń polsko-francuska, że sprzedaż Gadochy do francuskiego klubu tylko by ją wzmocniła. I Gierek uległ. Ale Lubańskiego już nie puścił. Gierek powiedział mu: Panie Lubański, panu nie wolno opuścić kraju. Pan jest sztandarową postacią polskiego sportu. Jesteście wzorem dla młodzieży, wy nie możecie dać się sprzedać za dolary. Takie były czasy... Gdyby Włodek nie wyjechał do Lokeren, to dzisiaj pewnie żyłby skromnie. Jak zresztą wielu z nas.

A co działo się z panem?

Do 1979 r. grałem w Legii i musiałem zakończyć karierę, bo już nie mogłem chodzić. Siadły mi stawy. Wziąłem się za trenerkę, jak zwykle: ze zmiennym skutkiem. Zacząłem od asystentury u Kazia Górskiego i Andrzeja Strejlaua, później prowadziłem m.in. Górnika Zabrze i Pogoń Szczecin. Doprowadziłem naszą reprezentację do półfinału mistrzostw Europy drużyn młodzieżowych. Były i wpadki... Brakuje mi już cierpliwości i samozaparcia, by prowadzić zespół. Nie te lata, nie te nerwy.

Zmienne szczęście... Jest pan trenerem: czy jeżeli damy plamę w Niemczech, Janas powinien nadal prowadzić reprezentację?

Powinien zostać. To jego drużyna awansowała w dobrym stylu do finałów mistrzostw świata. Komu to się udało? Górskiemu, Engelowi, Piechniczkowi dwa razy — i komu jeszcze? Dla trenera to wielki sukces.

Ale za mały, by obronić funkcję trenera reprezentacji. Wszyscy musieli odejść.

Prawda. Jest nawet takie powiedzenie, że trener jest tak dobry jak wynik ostatniego meczu. Paweł Janas sam zadecyduje, czy zechce zostać. Po klęsce opinia publiczna wymusi jego dymisję.

Opinia publiczna — czyli przede wszystkim kibice. Wsparcie albo dezaprobata. Czy rzeczywiście piłkarze podczas gry zwracają uwagę, co krzyczą trybuny?

Oczywiście. To bardzo ważne. Gdy na Stadionie Śląskim sto tysięcy gardeł śpiewało polski hymn, to czuliśmy się, jakby skrzydła nam rosły. Ciarki przechodziły po plecach. Ilekroć odzyskiwaliśmy piłkę, doping dodawał animuszu. To był taki stan, że dla niego samego warto było atakować. Tym razem — po porażce z Kolumbią — nasi kibice się nie popisali. Dzień później Niemcy przegrywali z Japończykami 2:0, ale kibice ich dopingowali, zmusili do lepszej gry. I Niemcy strzelili dwie bramki. Kibice winni być z drużyną nie wtedy, gdy wygrywa z frajerami, lecz gdy jest w opałach. Wtedy mówimy o nich: dwunasty zawodnik.

Jak pan ocenia nasze szanse w tych mistrzostwach? Jakiś faworyt?

Nie powiem nic odkrywczego: powinniśmy wyjść z grupy. Najtrudniejszy mecz czeka nas z Ekwadorem. Od niego wszystko zależy. Z Niemcami też będzie trudny mecz. I Kostaryka w rankingu FIFA jest przed nami. Potem spotkanie albo z Anglią, albo ze Szwecją. Będziemy się męczyli. A faworyt? Nie zdziwiłbym się, gdyby powtórzył się scenariusz z mistrzostw Europy, gdy wygrali Grecy. Nie widzę pewniaka.