Nie znasz dnia, ani godziny

Karolina Guzińska
24-11-2006, 00:00

Zdobywając szczyt sycylijskiej Etny trzeba zachować czujność, bo nie da się przewidzieć erupcji wulkanu — wybuch z 1971 r. zniszczył obserwatorium ostrzegawcze.

Marcin Miotk, członek Bergson Teamu, alpinista z zamiłowania, a finansista z zawodu, ma na koncie wiele udanych wypraw — m.in. na Mount Everest (8848 m n.p.m.), Cho Oyu (8201 m), Shisha Pangma Middle (8013 m) czy Pik Pobiedy (7439 m). Wejście na Etnę (3340 m) — w porównaniu z ośmiotysięcznikami wydającą się górą niewysoką i nie wymagającą wielkich umiejętności wspinaczkowych — dostarczyło mu równie emocjonujących przeżyć.

Góra zmienną jest

— Szczyty górskie w jednym są do siebie podobne. Pozostają statyczne. A Etna to żywy organizm — raz buchnie tu, drugi raz tam, coś zabulgocze… Idzie się w oparach ze szczelin ziemi, po zwałach zastygłej lawy, ku nicości krateru. Przyjrzenie się z bliska sile żywiołu ma niesamowity walor poznawczy. Uświadamia, jak niebezpieczny może być wulkan, gdy się przebudzi — uważa Marcin Miotk.

Warto zobaczyć dymiący szczyt Etny, tym bardziej że nie wznosi się ona na końcu świata, lecz w miejscu dostępnym dla Polaków — na wschodnim wybrzeżu Sycylii. Podziwianie majestatu wulkanu z wysokości 1,9 tys. m to żelazny punkt programu wielu wycieczek — turystyczne autokary, prywatne samochody, a nawet liniowe autobusy z przytulonej do podnóża góry Katanii docierają do schroniska Rifugio Sapienza. Tu urywa się droga wiodąca południową stroną Etny. Wyżej — na 2,5 tys. m — wjeżdża kolejka linowa. Dalsze 400 m w górę pokonuje, po wulkanicznej drodze, samochód z napędem na cztery koła. Dziewięćdziesiąt procent turystów na tym poprzestaje. Fotografują pola lawowe, dymiącą ziemię, stożek Etny i wracają do aut. Kto chce zdobyć szczyt — dalej idzie pieszo.

— W drodze do krateru spotkałem dwie osoby — niewiele w porównaniu z kilkuset w niższych partiach góry. Bo zdrowy rozsądek nakazuje, by nie pchać się na jeden z najaktywniejszych wulkanów świata bez przygotowania. Łatwo się na nim zgubić — orientacja to jeden z większych problemów, bo Etna tonie w chmurach, a powyżej 1,9 tys. m nie wytyczono żadnej drogi. Równie groźne są dymy i częste wybuchy gazu. Tuż przed wyprawą trzeba zasięgnąć informacji o aktualnej sytuacji, bo zmienia się ona co chwilę. W przypadku tego wulkanu nie zna się dnia ani godziny... Zdarzały się już akcje ratunkowe — ze stoków Etny ewakuowano turystów, bo niespodziewanie zaczęła wyrzucać lawę. A wtedy lepiej znajdować się niżej niż wyżej — przypomina Marcin Miotk.

Dobre miejsce na zebranie danych to informacja turystyczna w narciarskiej miejscowości Nicolosi (ostatni przystanek przed Rifugio Sapienza). W tutejszych hotelach da się też przenocować przed wspinaczką.

Wiatr na szczycie

Zdobywanie Etny to porządny wysiłek — idzie się ciężko, po ostrych, wulkanicznych skałach. Niezbędne są mocne buty, przydają się kijki teleskopowe. Niezależnie od pory roku należy zabrać kurtkę przeciwwiatrową, coś ciepłego do ubrania i okulary dla ochrony oczu przed pyłem i popiołem. Gdy załamie się pogoda, każda góra staje się paskudna — nie wolno więc zapomnieć o kompasie, a nawet GPS.

— Trudno wybrać dobrą porę. Przez dziewięć miesięcy Etnę pokrywa warstwa śniegu, trzeba mieć raki i czekan, bo jest dość stromo. Zimą niektórzy idą na nartach skitourowych — oczywiście z przewodnikiem. Latem przeszkadza potworne gorąco, przydaje się duża ilość wody do picia. Śmierdzi siarką. Gdy wiatr powieje, ten zapach budzi odruchy wymiotne. Optymalne miesiące to wrzesień i październik, kiedy jest już chłodniej, ale jeszcze bez śniegu — radzi Marcin Miotk.

Droga w obie strony na szczyt Etny — przy starcie z wysokości 2,5 tys. m — zajmuje 5-6 godzin. Wyruszyć trzeba wcześnie rano. Idąc nie spotka się życia, tylko krajobraz księżycowy. Piękny, lecz pustynny. Ilość lawy wyplutej przez Etnę z ponad 270 kraterów bocznych uświadamia człowiekowi potęgę wulkanu.

— Główny krater ma kilometr głębokości. Czarną dziurę, z której wydobywa się dym, pogłębiły liczne erupcje: kiedyś krater liczył 100 m. Zaglądając w jego czeluść, czułem strach, bo nie ma żadnych barierek ochronnych, a cały czas wieje. Trzeba zachować czujność, bo noga może się omsknąć, ześlizgnąć… — opowiada Marcin Miotk.

Zmienia się też wysokość Etny — do przyjmowanych 3340 m czasem trzeba dołożyć jakieś 5 m, gdy wskutek wybuchu osadzi się na szczycie warstwa lawy, lub przeciwnie: odjąć kilka metrów, gdy erupcja wysadzi skałę.

Podczas wspinaczki mija się oznaczone, małe kratery. A grunt pod stopami zmienia kolor — zależnie od wieku lawa przybiera barwy od czerni i szarości, po brunatną i czerwoną.

— Zabrałem ze sobą kawałek skały na pamiątkę — przyznaje Marcin Miotk.

Pod koniec jego wędrówki opary siarki były tak nieznośne, że zasłaniał twarz rękawem, starając się oddychać w ubranie. Ale warto było: ze szczytu roztacza się zachwycająca panorama Katanii i Morza Śródziemnego. Wulkan piętrzy się kilkanaście kilometrów od wybrzeża, więc w marcowe i kwietniowe poranki ludzie jeżdżą po stokach Etny na nartach (zbudowano tu kilka wyciągów), by po południu opalać się już na plaży.

— Niższe partie góry zagospodarowano — wulkaniczna ziemia jest bardzo żyzna. Uprawia się na niej winorośl, rosną lasy i sady owocowe. Tylko na południowej stronie, od której wchodzi się na szczyt, roślinność nie ma szansy wykiełkować. Bo lawa wypływa ze zbyt dużą częstotliwością, dokonując zniszczeń. Nie pozwala odrodzić się przyrodzie, stąd ten kosmiczny pejzaż — opowiada Marcin Miotk.

Erupcje Etny zdarzają się średnio co 10 lat. Ostatnia, w 2001 r., zdemolowała drogi i wyciągi. Ale zastygła lawa odbudowuje to, co zniszczyła — ludzie używają jej do naprawy infrastruktury: stawiają płoty, zagrody, układają drogi. To niejedyne takie miejsce we Włoszech — zwiedzając ten kraj, można zobaczyć szereg wulkanów: wejść na Wezuwiusza i Etnę, a potem popłynąć promem z Sycylii na Wyspy Liparyjskie. Każda z nich to wulkan z dymiącym kraterem, z którego wciąż coś bucha.

— Wrażenie robi odwaga mieszkańców Stromboli. Żyją w zawieszeniu. Choć wulkan wybuchł ostatnio w latach 30. XX w., po całej wyspie rozsiane są punkty ratunkowe, skąd helikoptery zabierają ludzi w razie niebezpieczeństwa — wspomina Marcin Miotk.

Poleca „włoski szlak wulkaniczny” — kawałek egzotyki w swojskiej Europie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Nie znasz dnia, ani godziny