Niemiec machnąłby ręką

Jacek Konikowski
opublikowano: 2003-11-28 00:00

Wejście Polski do Unii stanie się zarazem dniem naszej nadziei — twierdzi nieco podniośle, ale jak najbardziej racjonalnie Ulf Grossmann burmistrz Görlitz.

Serce Görlitz — staromiejska starówka — wygląda jak po ewakuacji. Po starym bruku, pamiętającym jeszcze powozy hanzeatyckich kupców, przechadzają się koty i kilku turystów. Nigdy chyba nie widzieli tak pięknej, ale zarazem — tak pustej i cichej starówki. Miasto, które nie tak dawno tętniło życiem, obumiera. I to wcale nie powoli...

Martwa staranność

W filigranowych, zadbanych jeszcze kamieniczkach z oknami bez firanek nie zapali się wieczorem światło. Od kilku lat stoją puste. Od kilku lat tajemniczy Niemiec, co roku wysyła do magistratu czek na milion euro — z przeznaczeniem na ich remont. Magistrat odnawia dom po domu, ale nie jest w stanie tchnąć w nie życia.

— Pomyśleć, że kiedyś to kupieckie miasto należało w Niemczech do najbogatszych — wzdycha Sebastian Łukaszewicz ze Zgorzelca.

Tam, gdzie niegdyś tętnił handel, straszą puste witryny z białymi kartkami na szybach, żebrzącymi o wynajęcie. Kilkaset sklepów w centrum jest do wzięcia od zaraz, choćby za symboliczne 1 euro miesięcznie. W całym Görlitz uzbiera się prawie 10 tys. opuszczonych mieszkań i sklepów. Aż.

Po drugiej stronie miasta, za rzeką — na jego dawnych przedmieściach — ruch i gwar. Tłoczno. W Zgorzelcu równie trudno o ładne mieszkanie, co o tani sklep w centrum. Mieszkania są małe, lokale na sklepy — nie tak piękne jak po niemieckiej stronie, za to droższe.

— Ale to u nas tętni życie i „rozwija się duch przedsiębiorczości” — zauważa Ireneusz Aniszkiewicz, zastępca burmistrza Zgorzelca.

W polskiej części miasta działa prawie 3200 małych i średnich firm, po niemieckiej — raptem 1000. Wielu polskich przedsiębiorców z zazdrością i apetytem spogląda za rzekę. Wielu ją przekracza — mimo że wciąż stanowi granicę między Wschodem a Zachodem.

— Tam gdzie diabeł nie może, Polaka pośle — mówi z przekąsem Rudolf Edger, prawnik z Görlitz.

Dobre warunki

Przy drodze z Bolesławca do granicy z Niemcami do niedawna roiło się od krasnali. Dziś, ogrodowe elfy sprzedaje tylko dwóch handlarzy. Inni robią to w Niemczech.

Polak Dariusz Kander przeniósł się do Görlitz z północnych Niemiec, gdzie długi czas żył z zasiłku dla bezrobotnych. Teraz jego warsztat samochodowy przy drodze do Zittau nieźle prosperuje. Do zakładu fryzjerskiego Renaty Łacińskiej zaglądają i Polacy, i Niemcy. Beata Kowalska jest architektem wnętrz, projektowała wystrój wielu sklepów i restauracji w Görlitz czy Dreźnie. Niemcy często dziwią się wielu projektom, uważając je za zbyt śmiałe, choć — na polską miarę — wcale takie nie są.

— Wszystko przez ich „teutońską wrażliwość” — sumuje Beata Kowalska.

Stefan Grządzielak przyjechał do Görlitz przed dwoma laty. Prowadzi z żoną kawiarnię na starówce.

— Wybraliśmy Görlitz nie tylko dlatego, że to piękne miasto, ale i z racji warunków dla biznesu. Władze miasta dały nam lokal. Na początku płaciliśmy symboliczne pieniądze, teraz więcej, ale i tak mniej niż w Polsce. Wielu naszych klientów przychodzi zresztą ze Zgorzelca. Pod koniec dnia w kasie mam pełno złotówek — śmieje się pan Stefan.

Jego sześcioletni synek, Patryk, w Görlitz chodzi do przedszkola.

— Mógłby do zgorzeleckiego, ale tam nie nauczy się dobrze niemieckiego — tłumaczy Stefan Grządzielak.

Matka Boska

Ryszard Skobierski, współwłaściciel firmy meblarskiej Comfort, mieszka po polskiej stronie, ale meble sprzedaje w Niemczech. Właśnie rozpoczął produkcję tanich domów dla średnio zarabiających Niemców. Aby w pełni odpowiadały normom, na co dzień korzysta z usług niemieckich rzeczoznawców oraz doradcy podatkowego.

Państwo Dariusz i Laura Kowalak mieszkają po niemieckiej stronie w Görlitz już dziesięć lat. W Zgorzelcu pan Dariusz prowadzi firmę meblarską Atrakcja.

— Chcemy, by nasze dzieci tu dorastały, żeby uczyły się niemieckiego. Ojciec mawiał, że trzeba poznać mowę wroga, aby został twoim przyjacielem — nie owija w bawełnę Dariusz Kowalak.

To dzięki jego staraniom dwa lata temu w kościele w Görlitz zawisł obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

— Z początku Niemcy nie chcieli się na to zgodzić, ale potem rada parafialna pomysł w głosowaniu poparła. W dzień po intronizacji tego obrazu biskup wypowiedział pracę ówczesnemu proboszczowi. Nowy proboszcz zabronił zapalać świeczki przed obrazem. Niemcy mówili, że chcemy spolonizować ich kościół. Po naszej interwencji u Papieża, zastąpił go polski kapelan, ojciec Przemysław. Teraz wspólnie z Niemcami modlimy się do naszego obrazu — opowiada Dariusz Kowalak.

Jego też pomysłem było, że łączący oba miasta most będzie nosił imię Jana Pawła II.

— Otwarcie zaplanowaliśmy w przyszłym roku: 3 maja, w rocznicę Konstytucji — cieszy się Kowalak.

Przenikanie

— Wielu Polaków pracuje w Görlitz. Ale ilu i kto, trudno mi powiedzieć... Nikt nie ma obowiązku informować nas o tym — twierdzi Ireneusz Aniszkiewicz.

Wystarczy jednak przejść się po Görlitz, aby się przekonać, iż mnóstwo Polaków znalazło zatrudnienie w restauracjach, sklepach, kawiarniach, hotelach, w supersamie Merkauff. To tajemnica poliszynela: Polacy opanowali większość usług po niemieckiej stronie. Monika Gębala od dwóch lat pracuje w kawiarni Pico Bello. Danuta Wojtaszewska jest pielęgniarką w miejskim szpitalu, Beata Jakubowska ma etat w prywatnej pracowni protetycznej. Po pracy wracają do rodzin w Zgorzelcu.

Doszło do tego, że Polaków w Görlitz zatrudnia się chętniej niż Niemców, bo mówią w dwóch językach, a niemal połowa klientów tutejszych sklepów i restauracji to właśnie my, sąsiedzi zza granicy, nowi koledzy z Unii Europejskiej.

Niemcy chwalą nas za rzetelność i pracowitość. Przynajmniej ci z Görlitz. Pewnie także dlatego, że mają nas na co dzień pod bokiem. Bo wielu Polaków — nie tylko ze Zgorzelca, ale i innych stron Polski — decyduje się zamieszkać w opuszczonych mieszkaniach w Görlitz.

Oficjalnie jest ich już więcej niż 600, czyli ponad dwukrotnie więcej niż przed 10 laty. Nieoficjalnie mówi się jednak o co najmniej 800 osobach. Przenosiny się opłacają. Wynajęcie mieszkania lub sklepu w wyremontowanej kamienicy na starówce kosztuje od 1,5 do 5 euro za metr miesięcznie.

Polaków w Görlitz mieszkałoby pewnie drugie tyle, gdyby nie niemieckie przepisy, utrudniające obcokrajowcom zajmowanie opustoszałych mieszkań.

— Cztery lata temu burmistrz Grossmann wspomniał mi o projekcie rządu Saksonii, który miał zachęcić Polaków do zajmowania takich lokali. Trzeba było udowodnić, że się ma pracę, pieniądze, jeżeli ktoś ma samochód, to musiałby go przerejestrować... Słucham go, słucham i mówię: „Ulf, jak wy tak będziecie zachęcać Polaków do zamieszkiwania po waszej stronie, to za kilka lat będziecie mieć nie pięć, ale dziesięć tysięcy pustych mieszkań”. I tak też się stało... — wspomina wiceburmistrz Aniszkiewicz.

Dzisiaj Niemcy chcą burzyć bloki z wielkiej płyty — te już bez mieszkańców. A w Zgorzelcu brakuje jakieś 260 mieszkań.

Razem zamiast obok

Po niemieckiej stronie miasta trudno spotkać na ulicy młodego Niemca. Większość wyjechała do zachodnich landów. Proste: tam jest praca, tu jej nie ma. Jest za to bezrobocie — dwukrotnie większe niż po polskiej stronie. Miejsce tych, którzy wyjechali, zajmują Polacy.

Ernest Klose, taksówkarz z Görlitz, przyznaje:

— Polacy to przedsiębiorczy naród. Radzicie sobie w sytuacjach trudnych, w których niejeden Niemiec machnąłby ręką. Wiele lat temu nie potrafiłem zrozumieć, jak to możliwe, że Polacy prowadzą własne firmy w komunizmie... Teraz też zachodzę w głowę, jakim cudem udaje się wam robić tu interesy? Przecież większość naszych młodych, którzy też mogliby je robić, skapitulowała i wyjechała w głąb kraju...

Renate Hempel prowadzi małą piekarnię. Mówi, że Polacy ukradli samochód jej córki... Wielu (Polaków) pracuje w Görlitz, ale jeszcze więcej będzie pracować — i ludzie, Niemcy się tego obawiają. Polacy zaczynają odbierać im robotę, przez co wielu młodych musi jej szukać poza miastem.

— Córka jest protetykiem, ale musiała wyjechać aż do Monachium, bo tu nie mogła znaleźć pracy — opowiada o własnym doświadczeniu.

— Dewaluuje się odwieczne chyba przekonanie Niemców, że są lepsi od Polaków — twierdzi Mirosław Fedorowicz, burmistrz Zgorzelca.

— Nie ma w nich już tej dumy, co kiedyś, nie traktują nas z pogardą, godną ulicznych handlarzy. Kiedyś gdy Polak wchodził do niemieckiego sklepu, ekspedientki patrzyły mu na ręce, czy czegoś nie zwędzi. Teraz wychodzą z siebie, by go zachęcić do zakupów — zauważa Ireneusz Aniszkiewicz.

— Dziś sprzedawcy zapraszają nas po polsku do zakupów. Zdają sobie sprawę, że z nas żyją — potwierdza Dariusz Kowalak.

Choć Polacy wciąż zarabiają mniej od Niemców, to jednak w Zgorzelcu — a nie w Görlitz — stanął hipermarket Real.

— W Zittau zbankrutował, w Görlitz też by pewnie długo nie pociągnął, a w Zgorzelcu proszę — handel idzie jak marzenie — dopowiada Ireneusz Aniszkiewicz.

Klaus Weber, kierownik zgorzeleckiego Reala, ma powody do zadowolenia, bo to jego hipermarket przynosi największe dochody ze wszystkich sklepów Reala w Polsce.

Lokalne więzy

Rozwój Görlitz w dużej mierze zależy od przedsiębiorczości Polaków.

— To ona może okazać się jedyną szansą, chociażby dla usług w naszym mieście — uważa Ulf Grossmann, burmistrz Görlitz.

Grossmann wraz z Fedorowiczem już od kilku lat prowadzą raz w roku wspólne posiedzenia rad miejskich. Po niemieckiej stronie działa polsko-niemieckie przedszkole, ale też wiele dzieci niemieckich chodzi do przedszkola w Zgorzelcu. Jeszcze pięć lat temu nikomu nie przyszłoby to do głowy!

— Mentalność Niemców się zmienia. Kiedyś uważali, że to my powinniśmy uczyć się ich języka, teraz, że warto uczyć się też polskiego — mówi Ireneusz Aniszkiewicz.

Do gimnazjum w Görlitz uczęszcza wielu polskich uczniów. Podczas ostatniej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wolontariusze ze Zgorzelca kwestowali również na ulicach Görlitz. Niemcy do puszek wrzucili ponad 20 tys. euro!

— Pewnie dzięki temu zebraliśmy najwięcej w całej Polsce, proporcjonalnie więcej nawet niż w Warszawie — chwali się polski wiceburmistrz.

— Jesteście narodem, który łatwo się aklimatyzuje w nowych warunkach. Wielu niemieckich polityków obawia się napływu przedsiębiorców z Polski do wschodnich landów, którzy zadowolą się niższymi zyskami i tanimi mieszkaniami — twierdzi Rudolf Edger.

To niepokoje nie bez podstaw. Podziela je wielu niemieckich polityków. Niedawno Kurt Shelter, minister ds. Europy w rządzie Brandenburgii, zaproponował stworzenie takich przepisów, które skutecznie zablokowałyby samodzielne inicjatywy przybyszy z nowych krajów członkowskich UE. Chodzi o to —tłumaczy Edger — by rzemieślnikowi czy przedsiębiorcy z Polski zaoferować miejsce pracy, bo inaczej otworzy własną firmę i zatrudni kilku innych Polaków.

A druga strona medalu? Wschodnie Niemcy coraz dotkliwiej odczuwają skutki emigracji zarobkowej miejscowej ludności do zachodnich landów. W stalowni w przygranicznym Eisenhuttenstadt już niedługo zabraknie kilkuset informatyków oraz inżynierów. W szpitalach w Cottbus, w Dreźnie, Guben, Pasewalk, Forst i we Frankfurcie wakują stanowiska dla prawie 400 lekarzy i pielęgniarek. Władze lokalne nie kryją, że sytuację mogą uleczyć pracownicy z Polski.

W czasach hakaty Niemcy germanizowali Polskę. Politycznie i kulturowo. Teraz Polacy (nie czekając na unijną wspólnotę) polonizują wschodnie Niemcy. Gospodarczo. Drang nach Osten zastępuje Drang nach Westen. Gadanina na wyrost? Być może. Ale mocne przyczółki już są. I coraz ich więcej.