Nieźle nam wyszedł ten wolny rynek

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2014-04-07 00:00

W 25 lat polska gospodarka zmieniła się nie do poznania. Porażek było sporo, ale efekt i tak jest imponujący

Pół kolorowego telewizora, jedną trzecią samochodu i dwie trzecie pralki — taki był stan posiadania statystycznej polskiej rodziny w 1989 r. Od tego czasu nasze gospodarstwa domowe sprowadziły pod dach sporo sprzętu. Właściwie każda rodzina ma dziś telewizor i pralkę, o bardziej wymyślnym sprzęcie hi-tech nie wspominając.

Zdecydowana większość — 60 proc. — posiada też samochód, w dodatku znacznie szybszy i bardziej komfortowy niż maluchy i duże fiaty sprzed ćwierćwiecza. Choć liczba elektronicznych i mechanicznych cacek nie może być jedynym miernikiem poziomu życia ludzi, to nie ulega wątpliwości, że zrobiliśmy przez ostatnie 25 lat spory cywilizacyjny krok.

Lubimy grać w berka

W 1989 r. polski PKB wynosił 6,1 tys. USD na mieszkańca, co jest wynikiem zbliżonym do poziomu obecnej Armenii czy Jordanii. Nawet na tle innych państw naszego regionu — już niezależnych od Związku Radzieckiego lub dopiero walczących o wolność — uchodziliśmy za biedaka.

Czechosłowacja czy Węgry miały znacznie bardziej prężną gospodarkę i było im znacznie bliżej do Zachodu niż Polsce. My byliśmy raczej porównywani z Ukrainą, Bułgarią czy Rumunią.

Po 25 latach nasze miejsce jest już zupełnie inne. Polski PKB liczony w dolarach wzrósł od 1989 r. o 257 proc. — wynika z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. To jeden z najlepszych wyników w całej Europie Środkowej i Wschodniej (choć nie dla wszystkich krajów są porównywalne dane). PKB Węgier wzrósł w tym czasie zaledwie o 110 proc., a Ukrainy… o 37 proc. PKB krajów, które dziś wchodzą w skład Unii Europejskiej, powiększył się o 130 proc., czyli o niemal równą połowę tego, co uzyskała Polska. To oznacza, że bardzo mocno odrobiliśmy część zapóźnienia w stosunku do Zachodu.

W 1989 r. PKB Polski stanowił 43 proc. PKB obecnej UE, dzisiaj to już 67 proc. Do Grecji czy Portugalii brakuje nam już zaledwie kilku procent. Nawet w stosunku do Niemiec, które osiągnęły przez ostatnie ćwierć wieku ogromny sukces gospodarczy, udało nam się zniwelować sporą część zapóźnienia. Kiedy ruszały obrady okrągłego stołu, zamożność Polaków wynosiła 36 proc. zamożności Niemiec. Obecnie ten wskaźnik sięga już 54 proc.

Gdzie zyski, tam koszty

Sukcesy polskiej transformacji można wyliczać dość długo. Udało nam się stworzyć wiarygodne instytucje publiczne (bank centralny czy organizacje nadzorcze), rozkręciliśmy jedną z największych w regionie giełd papierów wartościowych, spłaciliśmy długi Gierka i wróciliśmy na międzynarodowy rynek długu oraz wprowadziliśmy pełną wymienialność złotego na inne waluty.

Weszliśmy do NATO, a potem do UE. Polski eksport nieźle sobie radzi i powoli przestajemy wysyłać za granicę zboże, ziemniaki i jabłka, a coraz częściej specjalizujemy się w eksporcie znacznie bardziej zaawansowanych technologicznie produktów.

Czy jednak nie dało się zrobić więcej? Nawet architekci polskiej transformacji przyznają, że nie uniknęli poważnych błędów (czytaj na str. 6). Przede wszystkim, niedoszacowali, jak dramatyczne będą skutki szokowej terapii planu Balcerowicza dla większości, najmniej zamożnych polskich rodzin. Inflacja wyrwała się spod kontroli. Zamiast zakładanych kilkudziesięciu procent wybuchła do kilkuset, a przez chwilę przekraczała nawet tysiąc. Gigantycznym problemem okazało się też bezrobocie. W przeciwieństwie do hiperinflacji, zjawisko to nie było chwilowe i nie skończyło się na początku lat 90.

„Potransformacyjne” bezrobocie swój szczyt osiągnęło dopiero w 2003 r. (ponad 20 proc.), a jego skutki są odczuwalne do dziś. Rozwarstwienie dochodów obywateli przez to nadal się nasila. Ponadto, wolny rynek i związana z nim niepewność jutra sprawiły, że Polacy stracili ochotę do prokreacji. Polska ma jedne z najgorszych perspektyw demograficznych w — i tak starzejącej się — Europie.

Statystyczna Polka rodzi dziś zaledwie 1,3 dziecka, a to oznacza, że nasz kraj będzie się w najbliższych dziesięcioleciach wyludniał. To, a także nadal dość duże uzależnienie modelu gospodarczego od niskich kosztów płacy, może sprawić, że w kolejnych 25 latach polska gospodarka będzie rozwijać się znacznie wolniej niż dotychczas.