Taki miernik: „Nieważne, czy byłeś na Evereście — powiedz, czy wszedłeś na szczyt Pobiedy” — pytają wspinacze ze Wschodu.
Pik Lenina, Pik XIX Zjazdu KPZR, Pik XXX-lecia Uzbeckiej KPP, Pik Dzierżyńskiego… Najwyższe szczyty w górach Pamiru i Tien-szan tkwią w minionej epoce. Choć niektóre nazwy już zmieniono — Pik Komunizma stał się Pikiem Somoni — Pik Pobiedy pozostaje Szczytem Zwycięstwa. Przypomina bohaterski czas w życiu „narodu radzieckiego”.
Z motyką na słońce
— Górę zdołano zmierzyć i nazwać dopiero w 1943 r., choć zauważono ją 10 lat wcześniej, podczas zdobywania Chan Tengri (6995 m) w paśmie Tien-Szan. W toku walk o Leningrad i Stalingrad nazwano ją Pikiem Pobiedy: Szczytem Zwycięstwa — wyjaśnia Marcin Miotk z Bergson Team, jeden z nielicznych Polaków, którzy Pik Pobiedy (7439 m) zdobyli.
Alpinista z zamiłowania — finansista z zawodu — ma za sobą wiele udanych wypraw: choćby na Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) czy Mount Everest (8850 m) w Himalajach. Największy respekt czuje jednak przed Pobiedą. Cóż, jeszcze w latach 60. zeszłego stulecia ta góra porażała statystyką: na 200 zdobywców przypadało 100 ofiar…
— W latach 50. i 60. Rosjanie ruszali w góry stylem oblężniczym — w 30 ludzi. Żywych wracało pięciu, lecz i tak odtrąbiano sukces. Nowoczesne wspinanie to wyprawy lekkie i szybkie — tzw. styl alpejski: kilku ludzi atakuje szczyt bez zakładania wielkich obozów — dodaje Marcin Miotk.
Dziś, gdy na Everest wchodzi kilkudziesięciu śmiałków rocznie, Pobiedę „zalicza” zaledwie kilku spośród 50-70 wspinaczy, atakujących ją każdego lata. Bywa, że nie udaje się to nikomu... Bo szczyt, strzelający w niebo na pograniczu kazachsko-kirgizko-chińskim, leży w dzikich górach Tien-Szan. A tam nie ma infrastruktury: alpiniści zasmakują wolności, lecz znikąd nie dostaną pomocy. Zdarzają się wypadki śmiertelne, zabłądzenia, problemy ze zdrowiem… W sezonie 2004, gdy do dwóch setek dotychczasowych zdobywców Pobiedy dołączył zespół: Marcin Miotk i Jacek Teler, tej sztuki poza nimi dokonała tylko grupa dowodzona przez utytułowanych przewodników kazachskich (każdy ma na koncie po kilka ośmiotysięczników). Lecz oni nie wrócili do bazy w komplecie — zginął turecki alpinista…
— Wchodząc na Pobiedę, trzeba założyć sześć obozów. By zdobyć Everest, wystarczą cztery... To pokazuje skalę trudności tej długiej, niemal siedmiokilometrowej trasy — podkreśla Marcin Miotk.
Rosyjski Everest
Ludzie gór mawiają, że Pobieda — zawdzięczająca sławę specyficznej pogodzie — jest dla nich tym, czym przylądek Horn dla żeglarzy. Szczyt wznosi się na styku ogromnych lodowców pasma Tien-Szan (m.in. drugi co do wielkości lodowiec górski świata — Inylczek Południowy) i jeszcze większej chińskiej pustyni Takla Makan. Bliskie sąsiedztwo lodowców i pustyni rodzi huraganowe wichry. Mur Piku Pobiedy to pierwsza przeszkoda, w jaką uderzają. Zmienna aura — 2-3 piękne dni, a potem mrozy do 25 stopni latem i dwumetrowe opady śniegu — to też normalka. Alpinistom grożą lawiny, muszą sondować grunt… Nic dziwnego, że sezon na Pobiedzie trwa krótko — wejść na szczyt da się tylko przez cztery tygodnie w roku: od połowy lipca do połowy sierpnia. Na śmiałków czeka kilkukilometrowy labirynt szczelin lodowca Zwiezdoczka, wspinaczka przez pionowe lodowe rumowiska, czterokilometrowa grań na 7 tys. metrów i ostra, nieubezpieczona grań szczytowa, gdzie każdy nierozważny krok grozi upadkiem w dwukilometrową przepaść…
— Pik Pobiedy uczy pokory najlepszego nawet alpinistę. Ale jest przepiękny i niepowtarzalny, dlatego warto próbować. Są tacy, którzy przyjeżdżali tu pięć, sześć razy, a na Pobiedę nie weszli. Najwytrwalsi mierzą się z nią aż do skutku. Ta determinacja pokazuje, jak ważny to szczyt dla Rosjan czy Kazachów —uważa Marcin Miotk.
Pik Pobiedy, nazywany „rosyjskim Everestem”, przez lata pozostawał poligonem, na którym wspinacze ze Wschodu zdobywali górskie szlify.
— Pięć siedmiotysięczników rosyjskich nosi nazwę „śnieżnego leoparda”. Ten, kto je zdobędzie, uważany jest za „mastiera sporta”. Razem z nami podążali na Pobiedę Rosjanie — „mastiery sporta” z Moskwy. Jeden z nich szczycił się brakiem palca u ręki. Stracił go przed dekadą, podczas ataku na Pobiedę drogą Abałakowa — wspomina Marcin Miotk.
Opowiadając o alpinistach z byłego ZSRR, podkreśla romantyzm ludzi i ich wspinaczek.
— Nie spieszą się, działają wolniej niż my… Polaków mile witają, częstują, traktują z szacunkiem — nasze sukcesy wspinaczkowe są im dobrze znane. Wielu nie może sobie pozwolić na nowoczesne wyposażenie, używają rzeczy sprzed nastu lat — np. ortalionu. Widać jednak, że to nie sprzęt się wspina, a ludzie — przekonuje.
Tylko dla orłów
Polacy, jak większość „innostrańców”, pojawili się pod Pobiedą dopiero kilkanaście lat temu. Pierwszego wejścia dokonała wyprawa pod kierownictwem Jarosława Żurawskiego w 1995 r. Również w następnych latach Polacy toczyli zmagania z Górą Zwycięstwa, lecz sukces odniósł tylko Marcin Kaczkan, samotnie zdobywając szczyt w 2002 r. Trzecie polskie wejście należy do Marcina Miotk i Jacka Telera. W sierpniu 2004 r. wyruszyli drogą Medzmarishvilego wytyczoną w 1961 r. — przez przełęcz Dziki (5000 m ) i Pobiedę Zachodnią (6918 m).
— Ze stolicy Kirgizji, Biszkeku, dotarliśmy wzdłuż jeziora Issyk-Kul do wojskowej bazy helikopterowej Maida Adyr (2700 m). Stąd leci się do bazy dla wspinaczy, rozbijanej u wylotu lodowca Zwiezdoczka. 40 niezapomnianych kilometrów lotu... Niektórzy płacą 200 USD za przelot, choć nie zamierzają wspinać się na Pobiedę. Robią to dla widoków — helikopter leci wzdłuż lodowca, który ukazuje pasażerom rozmaite twarze: strumyczki przechodzące w rwące rzeki, kamienie zastępowane szarym śniegiem, który wraz z wysokością zmienia kolor na śnieżnobiały… — opisuje Marcin Miotk.
Podejście na sam szczyt trwało 7 dni — wędrowali po 8 godzin dziennie. Wstawali o 5 rano — wcześnie, bo po południu psuła się pogoda. Chcieli też zdążyć przed ostrym słońcem: gdy mocno przygrzało, spadały bryły lodu, sople, kamienie. Po drodze nie widzieli roślinności ani zwierząt — góry Tien-Szan wysuwają się daleko na północ, strefa zimna zaczyna się nisko: na 3-4 tys. m.
— Podziwialiśmy za to unikalne, długie lodowce i piękne, strzeliste szczyty — zwłaszcza Chan Tengri o kształcie piramidy. Jego marmurowa kopuła najpiękniej wyglądała o zachodzie słońca — wspomina alpinista.
Nie było lekko — na Zwiezdoczce czyhały niebezpieczne, pionowe seraki (lodowe bryły odłamane od czoła lodowca). Pokonanie ich bez bagażu nie sprawiłoby trudności, ale trzydziestokilogramowe plecaki wciskały wspinaczy w ziemię…
— Z przełęczy Dziki dobrze widać północną, bardzo stromą ścianę masywu Pobiedy. Sunące nią olbrzymie lawiny wydawały tak przerażające dźwięki, że choć nasze namioty były rozbite w bezpiecznym miejscu, wyskakiwaliśmy z nich, by zlokalizować źródło potwornego hałasu — wspomina Marcin Miotk.
Bywało, że wichury udaremniały im rozstawienie namiotów — spali wtedy w śnieżnych jamach. Także proste na pozór czynności — jak gotowanie wody — przysparzały kłopotów.
— Doprowadzenie śniegu do stanu ciekłego to już sukces, a przecież wodę trzeba zagotować. Grzała się godzinę, a i tak nie dochodziła do wrzenia. Na takich wysokościach osiąga jakieś 90 stopni — tłumaczy Marcin Miotk.
Zdradliwa euforia
Nie popadali w zwątpienie. Jedyne, co powstrzymywało dwójkę Polaków przed wspinaczką, to zła pogoda.
— Nie wolno pchać się na szlak w trudnych warunkach — to nie szachy. Ludzie gór mawiają, że wspinacz mokry jest dwa razy głupszy od suchego. Nieracjonalnie się zachowuje, źle ocenia sytuację, odległości, zagrożenie… — przypomina Marcin Miotk.
Wysiłek wynagrodziła alpinistom piękna pogoda w dniu, w którym stanęli na szczycie Pobiedy. Atak na główny wierzchołek masywu rozpoczęli 15 sierpnia — 500 m wspinaczki zajęło im niemal cztery godziny.
— Ogromna radość po dotarciu do celu. I zachwycające widoki na stepy Kazachstanu czy pustynię Takla Makan. Szkoda, że nie można było zostać dłużej: 15-20 minut i trzeba było schodzić, uprzedzając zmienną aurę — wspomina Marcin Miotk.
Powrót do bazy to najgorszy moment. Pogoda się zepsuła, trzy dni walczyli z mgłą, zmęczeniem i… euforią. Radość z osiągnięcia celu to najczęstsza przyczyna wypadków.
— Udało się nam, bo wybraliśmy dobry termin wyjazdu, analizując pogodę w tym rejonie w ostatnich kilku latach. Mieliśmy też, mówiąc slangiem wspinaczy, dobry spręż. Na dużych wysokościach ludzie stają się apatyczni, wszystko robią dłużej, my jednak potrafiliśmy się mobilizować — uważa Marcin Miotk.
Kirgizja — ogromny górzysty kraj, którego średnia wysokość wynosi 2750 m: więcej niż Rysy (2499 m), najwyższy punkt Polski. Urzeka dziką przyrodą, niesłychaną gościnnością mieszkańców, wieloma kulturami i wyznaniami. Kto chce przeżyć górską przygodę, a nie boi się noclegów pod namiotami, ma opcję do rozważenia. Nie musi od razu pchać się na Pobiedę — może zdobywać 4-tysięczniki, wyruszyć na trekking, a nawet zafundować sobie poglądową lekcję glacjologii z okien helikoptera…
Jest też dobra wiadomość dla wspinaczy: miesięczny pobyt w Kirgizji, wraz ze zdobywaniem Pobiedy, kosztuje jakieś 2 tys. USD — co najmniej połowę taniej niż wyprawa w Himalaje.
